Opinie

Droga od nadziei do frustracji

Konwencja klimatyczna przestała już dawno być porozumieniem ekologicznym, a stała się umową, która na nowo ma zdefiniować rozkład sił na świecie
Oczekiwania wobec 15. Konferencji Stron Konwencji Klimatycznej w Kopenhadze były ogromne.
Na początku obrad atmosfera negocjacji była zaskakująco dobra, wydawało się, że wszyscy wierzą, iż przyjazd w następnym tygodniu głów państwa pozwoli na znalezienie kompromisu. Niestety, drugi tydzień konferencji przyniósł gwałtowne załamanie. Kraje afrykańskie, zniecierpliwione brakiem postępu, odeszły na kilka godzin od stołu obrad, powodując częściowy paraliż rozmów, a poszczególne państwa zaczęły się coraz bardziej okopywać na swoich stanowiskach. To był początek końca. Mimo to istniała jeszcze szansa na przełom, wiązano ją przede wszystkim z przyjazdem do Kopenhagi prezydenta USA Baracka Obamy. Wystąpienie prezydenta Obamy szybko rozwiało nadzieje i wykazało, że stanowiska USA nie zmieniło ogłoszenie przez Amerykańską Agencję ds. Środowiska dwutlenku węgla gazem szkodliwym dla zdrowia, co traktowano jako szansę na bardziej elastyczną postawę administracji amerykańskiej. Jak jednak komentowano, przemówienie Baracka Obamy kierowane było bardziej do własnych wyborcówniż uczestników kopenhaskiego szczytu. Przyniosło rozczarowanie i ostatecznie pogrzebało szansę na sukces.
[wyimek]Unia Europejska utraciła pozycję lidera. W Kopenhadze nie była partnerem dla USA i Chin [/wyimek] [srodtytul]Deklaracja bez zobowiązań[/srodtytul] Na szczęście nie doszło do całkowitej porażki. W wyniku prawie godzinnej rozmowy prezydenta Obamy z premierem Chin Wen Jiabao i późniejszych rozmów z innymi stronami uzgodniono deklarację polityczną nazwaną “Copenhagen Accord”, z której wykreślono wszystkie kontrowersyjne stwierdzenia. “Copenhagen Accord” nie jest dokumentem prawnym, nie zawiera żadnych zobowiązań, które powinny zostać zrealizowane. Jest deklaracją, której jedynym pozytywnym elementem jest to, że negocjacje porozumienia klimatycznego nie zostały przerwane i będą prowadzone dalej, w nadziei, że po roku, na kolejnym szczycie klimatycznym – w Meksyku – uda się wreszcie je zakończyć porozumieniem. Mimo klęski konferencja w Kopenhadze jest niezwykle ważnym wydarzeniem, z którego powinniśmy wyciągnąć wnioski. Po pierwsze ochrona klimatu stała się jednym z najważniejszych problemów politycznych współczesnego świata. Do Kopenhagi przybyli prezydenci i premierzy wszystkich najważniejszych państw. Łącznie było ich 119. W trakcie COP 15 doszło do bezprecedensowego wydarzenia, gdy negocjacje prowadzili nie negocjatorzy, ale przywódcy poszczególnych krajów. W odróżnieniu od lat poprzednich w żadnym przemówieniu nie negowano potrzeby działań na rzecz ochrony klimatu, większość polityków podkreślała, że jest to fakt potwierdzony naukowo. Oznacza to, że zmiany klimatu to już nie problem ekologiczny czy naukowy, ale fakt polityczny i gospodarczy, który musi być brany pod uwagę przy planowaniu kierunków rozwoju społeczno-gospodarczego. [wyimek]Kopenhaga pokazała, że nie da się podjąć globalnych decyzji bez udziału Chin [/wyimek] Konferencja w Kopenhadze chyba po raz pierwszy z całą ostrością wskazała na zmianę sił zachodzącą w układzie globalnym. Jednym z błędów podczas konferencji było uznanie, że świat jest nadal unilateralny i wystarczy zapewnienie, że do porozumienia włączą się Stany Zjednoczone, aby wszystkie inne problemy zostały rozwiązane. Stąd niefortunne przedstawienie na początku obrad tekstu porozumienia, który powstawał w wąskim gronie zainteresowanych i nie był wcześniej prezentowany wszystkim stronom. Podważyło to zaufanie do Duńczyków jako obiektywnych mediatorów przyszłego porozumienia i spowodowało oskarżenia, że przyszły tekst powstaje w sposób mało przejrzysty. Warto pamiętać, że porozumienie końcowe zostało wynegocjowane w wąskim gronie pięciu państw (RPA, Brazylia, Chiny, Indie i USA) i dopiero wtedy przedstawione pozostałym stronom do akceptacji. Zamiast możliwości negocjowania innym pozostawiono jedynie wybór – zaakceptowania lub odrzucenia tekstu końcowego. [srodtytul]Siła chińskiego smoka[/srodtytul] Kopenhaga pokazała, że nie da się podjąć globalnych decyzji bez udziału Chin. Negocjatorzy z tego kraju już nie ukrywają się za plecami państw rozwijających się należących do G77, ale stawiają twarde warunki w imieniu swojego kraju. I żądają, aby traktować ich co najmniej na równi z przedstawicielami Stanów Zjednoczonych. Coraz bardziej doniosły jest głos Indii i Brazylii, rządy tych państw zaczynają dostrzegać swoją potęgę i chcą być traktowane adekwatnie do niej. Na przykład Brazylia, głosem swojego prezydenta Luli da Silvy, zapowiedziała, że choć sama jest państwem rozwijającym się, to będzie wdrażać własną politykę ochrony klimatu i przyłączy się do pomocy finansowej dla krajów biedniejszych. Ogromnie traci na znaczeniu Rosja. Kiedy 17 lat temu rozpoczynano negocjacje klimatyczne, z jej zdaniem liczyli się wszyscy. Z Kopenhagi prezydent Dmitrij Miedwiediew wyjechał wcześniej, rozgniewany tym, że chociaż Rosja zmieniła swój negatywny stosunek do konwencji klimatycznej, nikt nie interesuje się jej opinią. Unia Europejska utraciła pozycję lidera. Rozdarta wewnętrznie sprzecznymi interesami krajów członkowskich nie potrafiła być partnerem dla USA i Chin. Można było wręcz odnieść wrażenie, że Wspólnota jest lekceważona przez innych, przekonanych, że i tak wyrazi zgodę na większość zgłoszonych propozycji. Mając ambitny cel zarówno w odniesieniu do redukcji emisji, jak i finansowania krajów rozwijających się, UE nie potrafiła przekonać do swoich projektów innych liczących się negocjatorów. Chociaż w Kopenhadze dyskusja teoretycznie dotyczyła tylko ochrony klimatu, to w rzeczywistości jej decyzje miały wpłynąć na wiele różnych sfer życia obywateli wszystkich krajów świata. Z tego też względu proces kopenhaski powinien być obiektem starannej analizy politycznej. Wskazuje bowiem na kryzys w łonie Unii Europejskiej, która mimo przyjęcia traktatu lizbońskiego nie potrafi odzyskać istotnego miejsca w polityce międzynarodowej. [srodtytul]Politycy na cenzurowanym[/srodtytul] Konferencja w Kopenhadze pokazała także poziom zdenerwowania społeczeństwa obywatelskiego bezradnością polityków. Po raz pierwszy od początku negocjacji w ich trakcie doszło do agresywnych wystąpień ulicznych, brutalnie tłumionych przez policję. Część z nich wynikała z bezradności policji duńskiej, inne były wyrazem frustracji przedstawicieli krajów rozwijających się. W przyszłości trzeba się będzie liczyć z narastającą agresją tych, którzy ponoszą najwyższe koszty zmian klimatu. Trudno jest dziś, kilka dni po zakończeniu 15. Konferencji Stron Konwencji Klimatycznej, powiedzieć, jakie będą efekty “Copenhagen Accord” i czy uda się zgodnie z planami doprowadzić do podpisania tego porozumienia w Meksyku. Z jednej strony w czasie negocjacji pojawiło się tyle wątków, które wymagają uzgodnienia, że trudno sobie wyobrazić, iż będzie możliwe ich ujęcie w jednym porozumieniu. Z drugiej strony, jak wskazuje wielu obserwatorów, konwencja już dawno przestała być porozumieniem ekologicznym, w którym chodzi o przetrwanie świata, a stała się umową, jaka ma na nowo zdefiniować rozkład sił na świecie. Przynieść rekompensatę tym, których wykorzystanie przyczyniło się do rozwoju Zachodu. Zmienić warunki konkurencyjności gospodarki poszczególnych krajów. O tym, że tak nie jest, że jednak chodzi o środowisko, przypominają nieliczni. Tacy jak negocjator Tuvalu, który po ogłoszeniu “Copenhagen Accord” rozpłakał się, mówiąc, że oznacza to zagładę dla jego kraju. Zmiany klimatu nie poczekają na decyzje polityków. Zachodzą już dziś. [i]dr Zbigniew Karaczun, prezes polskiego Klubu Ekologicznego okręgu Mazowieckiego, wykłada w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego dr Andrzej Kassenberg, prezes Instytutu na Rzecz Ekorozwoju, członek zarządu Polskiego Klubu Ekologicznego.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL