Opinie

Obama zbawiciel

Łukasz Ruciński
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Szczyt klimatyczny w Kopenhadze zakończył się dokładnie tak, jak miał się skończyć.
Ci, którzy mieli wyjechać z niego niezadowoleni (czyli organizacje ekologiczne), byli niezadowoleni. Ci, którzy mieli ogłosić sukces (politycy), sukces ogłosili. Ci wreszcie, którzy twierdzili, że wszystko co da się osiągnąć w stolicy Danii, to niewiele znacząca deklaracja polityczna, mogą pogratulować sobie trafności prognozowania. To, co uchwalili przywódcy stukilkunastu państw nie ma bowiem wiążącej mocy prawnej. W szczególności nie zmusza nikogo do redukcji emisji gazów cieplarnianych, a przecież o to tak naprawdę w grze o nazwie "walka z globalnym ociepleniem" chodzi. Nie udało się nawet określić, jak duże powinny być te redukcje.
[wyimek][b] [link=http://blog.rp.pl/blog/2009/12/19/lukasz-rucinski-obama-zbawiciel/]skomentuj na blogu[/link][/b][/wyimek] Szef ONZ Ban Ki-moon jest jednak zadowolony. "Porozumienie jest koniecznym początkiem" - powiedział dodając, że trzeba mu nadać moc prawną. Gdy deklaracja stanie się wiążąca, będzie ją nawet można nazwać przełomową.
Jaka jest więc oficjalna wykładnia zakończonego właśnie szczytu? Może to być chińskie przysłowie, które mówi, że nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Amerykanie mają inne powiedzonko, które Neil Armstrong wygłosił w trakcie spaceru po księżycu: "Mały krok dla człowieka, wielki skok dla ludzkości". Chociaż w przypadku Kopenhagi powinno brzmieć ono raczej odwrotnie: "Mały krok dla ludzkości, wielki dla człowieka". Tym człowiekiem jest Barack Obama. Jeżeli ktokolwiek zyskał dzięki konferencji, to nie jest to klimat, Ziemia czy mieszkańcy znikających pod wodą atoli, ale właśnie on. Wizyta prezydenta USA w Kopenhadze to propagandowy majstersztyk. Tak jak było do przewidzenia, negocjacje klimatyczne po kilku dniach utknęły w martwym punkcie. W tej sytuacji przyjazd Obamy był oczekiwany niczym odsiecz kawalerii. Emocje pogrzebały przecieki z Białego Domu, że prezydent może odwołać wizytę. Przybył jednak. Początkowo wszystkich rozczarował bladym przemówieniem, ale potem rzucił się w wir zakulisowych rozmów, których przebieg - jak donoszą agencje - był dość dramatyczny. Wreszcie, późno w nocy, zdołał nakłonić przywódców największych państw rozwijających się do podpisania przygotowanego przez Amerykanów tekstu porozumienia. Niebezpieczeństwo fiaska konferencji zostało zażegnane. Fakt, że porozumienie jest warte niewiele więcej niż papier na którym je wydrukowano, nie ma tutaj znaczenia. Ludzkość kocha Obamę za tworzenie dobrego - nomen omen - klimatu, a nie za realne osiągnięcia. Czyż nie za dobry klimat dostał pokojową Nagrodę Nobla? Jakby nie było - Obama może wpisać sobie w CV kolejne osiągnięcie: uratowałem świat przed zagładą. Przebieg konferencji pokazuje kierunek, w którym będzie ewoluować międzynarodowa walka z globalnym ociepleniem. Jak zauważył szef brytyjskiego Greenpeace John Sauven, dotychczasowe metody polityczne w tym zakresie wyczerpały się. Szczyt, jako impreza ONZ, utknął w niekończących się dyskusjach i był torpedowany przez rozbieżne interesy. Porozumienie udało się osiągnąć na zamkniętym zebraniu pięciu państw. Potem zostało ono wręczone przedstawicielom 188 innych krajów, którym nie pozostało nic innego niż je zaakceptować. I tak to będzie wyglądać w przyszłości. Główni światowi gracze - a przy okazji najwięksi emitenci CO2 - będą sami tworzyć międzynarodowe traktaty, a potem narzucać je innym. To koniec idealizmu i powrót do starej, dobrej polityki.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL