Literatura

Porządkowanie biblioteki

fot. Lin Pernille
Flickr
Robiąc porządek w książkach, zobaczyłam, do jakiego stopnia jest w nich zapisana historia życia mojego i mojej rodziny
Czytaj więcej: [link=http://www.rp.pl/temat/73290_Rzecz_o_ksiazkach.html]Rzecz o książkach[/link]
Kiedy nie mogłam znaleźć drugiego tomu „Lalki”, wściekłam się. Tom pierwszy odsłonił goły grzbiet dopiero po przewróceniu kilku półek pokrytych nalotem najnowszych książek, przeczytanych do połowy, ledwo zaczętych lub w ogóle nietkniętych. Drugi, z wydania PIW dla szkół z roku 1958, bez pierwszej okładki, za to z przypisami wyjaśniającymi każde trudniejsze słowo, przyczaił się gdzieś z tyłu. Przy okazji dokopałam się do dwóch egzemplarzy „Klubu Pickwicka”, podwójnego „Czerwonego i czarnego” oraz listów Giedroycia do Gombrowicza, też razy dwa. Te ostatnie kupiłam na Allegro przez pomyłkę, szukając listów Giedroycia do Bobkowskiego.
Po przeprowadzce zrobiliśmy przyzwoite i – zdawało się – wystarczającej wielkości półki. Ale wtedy książki wrzuciło się na nie byle jak, w nadziei, że zaraz się uporządkuje, a może nawet zrobi katalog. Lata minęły i nic z tego nie wyszło. Świeżo kupione książki szły na wierzch, jak leci, jedne na drugie. I nagle wszystko zaczęło wylewać się z brzegów. Na podłogę, na parapety. Nasz syn, który w międzyczasie poszedł do liceum, co chwila szukał lektur. –„Dwór” i „Spuścizna” Singera, „Iliada”? Oczywiście mamy – zapewniałam. Po czym rzucałam się do szukania, z drabiną lub pełzając po podłodze na przemian. I nie mogłam znaleźć. Wrzód trzeba było przeciąć. Któregoś wieczoru w furii wyrzuciłam wszystkie książki na podłogę. Na górze zostały: nieczytana od początku, oprawna w skórę, dziesięciotomowa encyklopedia hiszpańska sprzed 25 lat, Powszechna Encyklopedia Gutenberga (zielona skóra) oraz dostojna Wielka Encyklopedia Powszechna. Ta ostatnia, zamówiona kilkanaście lat temu, wypasiona wszechnica wiedzy sprzed epoki Google’a, przez kilkanaście lat kapała do nas z PWN po jednym tomie. A jak już wykapała, okazała się anachroniczna. Wiem, oczywiście, że hasła tamtejsze są poważniejsze niż w Wikipedii, ale i tak te kilkanaście woluminów zaliczam do kategorii „szkoda wyrzucić”. Bo nadzieja, że ktokolwiek kiedykolwiek do tego monumentu zajrzy, maleje z dnia na dzień. Wstyd przyznać, sama, jak mam coś sprawdzić, googluję. Jak nie znam słowa, sprawdzam w google’u tłumacz (czasem wyrzuca bzdury, ale za to nie trzeba wstawać od komputera). Czy w związku z tym cała seria słowników (półka trzecia od góry, środkowy rząd) też traci sens? No nie, słowników jeszcze używamy, na szczęście. Do kategorii „szkoda wyrzucić” z wielkim smutkiem zaliczyłam także serię wydawanych we Francji albumów o sztuce, w małym i dużym formacie. Kupował je mój ojciec w późnych latach 40. i po nim odziedziczyłam te, wtedy cenne, dziś wyblakłe, monochromatyczne książki z reprodukcjami, na których Cezanne wygląda tak samo jak Matisse, a Rembrandta w ogóle nie widać. Książki zapisały kawałek historii naszej rodziny. U mnie spotkały się: księgozbiór mego ojca, dziadków, męża kawalerski (chociaż to było tak dawno), mój panieński, oraz nasz wspólny, współczesny. Każdy coś tu wniósł. Zainteresowania, pasje. Celofanową serię poezji kupowałam w latach 70. w księgarni PIW. Wtedy czytałam jeszcze poezję. Rilke, Machado, to rozumiem, ale jak to możliwe, że zachwycałam się Alanem Ginsbergiem? A jednak – jego tomik w przebłysku odchylenia hipisowskiego kupiłam na początku lat 70. w Paryżu. Wtedy wszyscy to czytali. Francuzi – Zola, Balzac, Flaubert – ci są tu ze względu na studia. Wtedy ich przeczytałam, ale poza Flaubertem do nikogo nie chciało mi się wrócić. Mąż do naszego wspólnego książkozbioru wniósł Czechów – Hrabala, Haszka, których czyta do dziś – oraz liczne dzieła najnowszej historii, każde 500 stron. Stalin, II wojna, te rzeczy. Trzy życia nie starczą, żeby przeczytać. Po moim ojcu są rzeczone albumy sztuki, Pascal po francusku, trochę popularnych wydań klasyki dziewiętnastowiecznej, jakie ukazywały się po wojnie w ramach alfabetyzacji społeczeństwa. Każda książka z domu dziadków ma na grzbiecie przyklejony numer. Oni mieli czas skatalogować zbiór. A ja siedziałam na kupie książek, która przywaliła cały pokój. Rozdarta między pragnieniem, żeby to wszystko znowu przeczytać, potrzebą uporządkowania oraz koniecznością selekcji. „Kwiaty zła” po francusku (wydanie z 1938 r. ), „Nowele przykładne” Cervantesa? – kto będzie miał na to jeszcze czas? – Niczego nie oddawaj na makulaturę – powiedział mąż. - Sprzedamy na Allegro. Ciekawe, kto, kiedy i czy w ogóle zada sobie trud sfotografowania, umieszczenia i wysłania pocztą tego wszystkiego, pomyślałam. Ale pokornie oddzieliłam stos, który ma iść na stos. Cokolwiek by się powiedziało o pożółkłym trzytomowym Prouście zawiniętym w żółtą folię (nie przeze mnie), którego na pewno nie przeczytam po francusku, albo Sępie Sarzyńskim, to jednak jest to prawdziwa literatura. Ale co powiedzieć o junk książkach, jednorazówkach, które czyta się w pociągu, przy grypie, może jeszcze pożyczy komu, kto daj Boże, nie odda. To dorobek wydawniczej wolności i coraz tego więcej. „Nie wiem, jak ona to robi?” „Confessions of a shopoholic”, „Sushi for beginners”, „The nanny diaries” oraz liczne dzieła współczesnych polskich autorów, których nazwiska litościwie zmilczę. Nawet nie wiem, jak weszłam w ich posiadanie. Dostałam, czyżbym kupiła? Może przyszły do jakiejś redakcji? Jest jeszcze jedna kategoria, także najnowsza. Tzw. coffe table books. Nawet nie trzeba się fatygować, żeby umieścić je na półkach, sama nazwa wskazuje, gdzie ich miejsce. Tam właśnie spoczął dwutomowy album o Wenecji, do którego mnie i gościom zdarza się zajrzeć, oraz kilka innych dekoracyjnych cegieł otrzymanych w prezencie od wykształconych znajomych. Leżą tak sobie i staramy się nie zalewać ich kawą.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL