Ekonomia

Halo, Masaj przy telefonie

Tradycyjny strój i ozdoby kontrastują z najnowszymi zdobyczami techniki
Fotorzepa, Jakub Wilkans Jakub Wilkans
Kręte są ścieżki globalizacji. Wielu mieszkańców Tanzanii nie umie czytać i pisać i nie wie, jak używać mydła, ale chętnie korzysta z telefonów komórkowych
Mieszkając od kilku miesięcy w stolicy Tanzanii Dar es Salaam, obserwujemy globalizację i jej dary. Kapitalizm z wielkim workiem prezentów wprost z Europy, Ameryki i Japonii, jak Święty Mikołaj w wigilijną noc, zakradł się najpierw do centrum miasta. Wielopiętrowe biurowce, banki jeden przy drugim, klimatyzowane sklepy. Na szerokich asfaltowych ulicach kilkuletnie japońskie samochody. Ubiór czarnoskórych pracowników licznych firm i ich interesantów taki sam jak ludzi, którzy pracują w europejskich odpowiednikach tych instytucji. Gdyby nie pojawiający się między nimi Masajowie w długich tradycyjnych szatach i sandałach ze zużytych opon czy muzułmanki z włosami zakrytymi kolorowymi chustami, moglibyśmy nie poznać, że to Afryka.
Egzotycznie wyglądający w tym otoczeniu goście nie czują się w nim nieswojo. Kobiety z przedmieść robią zakupy w drogeriach, Masajowie kupują karty-zdrapki do komórek. Przedstawiciele tego wojowniczego ludu bardzo lubią przenośne telefony, są do nich niezwykle przywiązani. W centralnych dzielnicach Dar es-Salaam często widzi się grupy pięciu, ośmiu, dziesięciu mężczyzn leżących pokotem na chodniku lub poboczu, ewentualnie siedzących pod płotem, drzewem lub na starych oponach przy drodze, którzy jak w ołtarzyk wpatrzeni są w ekraniki swoich komórek. Gdyby ktoś ukradł cokolwiek (albo wszystko) z rozłożonych przed nimi kartonów (sprzedają przeważnie wyroby rękodzieła), z pewnością by się nie zorientowali. Telefony w Dar es-Salaam mają wszyscy. Idąc przez piaszczyste wertepy leżącej na obrzeżach miasta dzielnicy Segerea, co krok widzimy pogrążonych w komórkowym letargu mężczyzn w znoszonych lub kompletnie podartych ubraniach siedzących przed małymi, parterowymi, nieotynkowanymi domkami bez okien. Dookoła kury wygrzebują jedzenie ze stert śmieci zalegających na ulicach, dzieci niosą wodę z drugiego końca dzielnicy, a ojcowie esemesują.
[srodtytul]Nowoczesność: tylko jedna żona[/srodtytul] Wysocy, dumni Masajowie zawsze noszą przy sobie kij, lekko rozszerzony na jednym końcu, stanowiący świetnie wyważoną broń, lub długi nóż z wąskim ostrzem wyglądający jak krótki miecz. Ze względu na groźny wygląd, uzbrojenie i sławę niepokonanych w walce często pracują jako ochroniarze. Tak jak Elias, 26-letni Masaj strzegący przed intruzami małego domku, w którym mieszkamy. Elias każdego wieczoru wiele godzin rozmawia przez telefon, wysyła i odbiera esemesy, bawi się różnymi funkcjami, sprawdza dzwonki. Mówi, że komórkę pożyczył od kolegi, i komentuje, włączając przeraźliwie piszczący dźwięk: „Nokia, chińska, lubię chińskie rzeczy”. Czasem przychodzi z innym telefonem i prosi nas o naładowanie go w domu. Być może to komórka kogoś z rodzinnej wioski Eliasa, w której wielu mieszkańców nie wie nawet, jak wygląda gniazdko elektryczne. Próbujemy z nim rozmawiać, choć nie posługuje się standardową wersją suahili. Jego ojciec ma dziesięć żon. Elias w styczniu też się ożeni, ale chce mieć tylko jedną żonę. Tak jest taniej, ale to niejedyny powód – Elias twierdzi, że jest chrześcijaninem, wybiera więc życie w monogamii. Wyłamanie się z masajskiej tradycji jest też przejawem swego rodzaju globalizacji. Tym razem religijnej – przejmowania zachodniej religii w imię nowoczesności. O samej narzeczonej nie mówi nam nic, bo jeszcze jej nie zna! Dopiero wybiera się w rodzinne strony na poszukiwania wybranki. Opowiada za to o planach na życie. Chce się nauczyć angielskiego, by dobrze zarabiać, prowadząc wyprawy na Kilimandżaro. Uczył się co prawda w szkole, do której chodził trzy lata, ale pewnego dnia nauczyciel umarł i lekcje języka obcego się skończyły. Chciałby też się nauczyć czytać. Twierdzi, że teraz umie tylko pisać. – Niemożliwe! – dziwimy się. – Możliwe, możliwe – smutno kiwa głową. Jego umiejętność pisania i czytania ogranicza się do czcionki na wyświetlaczu Nokii. Gdy dowiaduje się, że mamy trzy komórki, mówi: – Dajcie mi jedną. Wytłumaczenie mu, że potrzebujemy trzech, jest niemożliwe, odpowiadamy więc, że za rok albo dwa, jak będziemy wyjeżdżać, jedną mu damy. Następne kilka dni zajmuje nam wyjaśnienie, że dwa lata jeszcze nie minęły. [srodtytul]Gadają i płacą[/srodtytul] Co ciekawe, rynek telefonów komórkowych wyprzedził rynek samochodów. O ile auta to w większości cudem jeżdżące rzęchy, o tyle w stolicy mało kto ma telefon starszy niż dwuletni. Smartphone Nokii, samsung z dotykowym wyświetlaczem, nowy ericsson z aparatem i odtwarzaczem MP3 – proszę bardzo. Poza miastem, wśród biedniejszych Tanzańczyków, popularne są stare modele Nokii (powszechnie uchodzącej za firmę z Chin). Przy tym ceny telefonów nie są wcale niskie, porównywalne z polskimi. Nowa Nokia, model podstawowy, w supermarkecie kosztuje, w przeliczeniu, 300 – 400 złotych. Telefony typu smartphone – kilka tysięcy. A przecież średni roczny dochód w Tanzanii to 300 – 600 dol. (różne źródła podają różne kwoty). Zastanawia nas też, jakim cudem Tanzańczyków stać na długie rozmowy i ciągłe wysyłanie esemesów. Stawki za rozmowy są podobne jak w Polsce: od kilkunastu groszy za minutę rozmowy i około 20 groszy za esemesa. A przy tym warto wiedzieć, że mieszkaniec Afryki nie zacznie rozmowy od: „cześć, mam sprawę”. Tutaj samo powitanie trwa bardzo długo. Najpierw rozmówcy pytają o samopoczucie, zdrowie, o sprawy zawodowe, jeśli jeden wie coś o problemie drugiego, nie omieszkają dokładnie omówić tej kwestii. Później przechodzą do rodziny – od ogólnego: „habari za nyumbani?”, co słychać w domu, do pytań o dzieci, najlepiej wszystkie po kolei, zatrzymując się na dłuższą chwilę przy tych, które akurat są chore, mają problemy w szkole itp. Nie wypada jedynie pytać o żonę drugiego mężczyzny! Podobnie kobiety nie pytają o mężów, choć już omówienie przez przyjaciółki szczegółów życia intymnego jest całkiem naturalne. Dopiero gdy wyczerpane zostają tematy związane z życiem prywatnym, rodzinnym i zawodowym, można przejść do rzeczy. Biorąc pod uwagę wysokość zarobków, można mniemać, że wydatki związane z telefonem komórkowym zabierają dużą część przychodów przeciętnego obywatela. Z naszych obserwacji wynika, że po pierwsze statystyki przychodów nie biorą pod uwagę szarej strefy, w której pracuje co najmniej połowa dorosłych obywateli. Po drugie życie w warunkach, które – delikatnie mówiąc – w Europie określilibyśmy jako prymitywne, jest w znacznej mierze kwestią wyboru. Brak tynku na ścianach domu i szyb w oknach nie zawsze wynika z biedy. Mieszkańców tych domów stać na komórki i posyłanie dzieci do szkół, w których czesne jest tak wysokie, że nawet dwie średnie roczne pensje nie starczyłyby na wszystkie opłaty. Zresztą domy z cegieł to i tak względnie luksusowe rozwiązanie. Do miast sprowadzają się przedstawiciele plemion, którzy chcą mieszkać w tradycyjnych chatach. Między murowanymi domami budują lepianki z gliny na szkielecie skleconym z patyków. [srodtytul]Duński dżem z Warszawy[/srodtytul] To, że wszyscy mają telefony komórkowe, a niektórych stać na dobre szkoły, nie oznacza, że Afryka to bogaty kontynent. Jego ubóstwo nie jest mitem, nawet w miastach śmiertelność dzieci jest wysoka, najpoważniejszym zabójcą, prócz malarii, wciąż są choroby brudnych rąk. Nakłanianie ludzi do mycia dłoni mydłem wymaga ogólnonarodowych kampanii i ustanawiania specjalnych dni lub tygodni mycia rąk, w trakcie których uświadamia się obywatelom, dlaczego i jak należy je myć. Rząd prowadzi też kampanie na rzecz używania prezerwatyw. Średnia długość życia wynosi bowiem tylko trochę ponad 50 lat, a 10 procent ludności zarażonych jest wirusem HIV. Oczywiście, nie jest tak, że małe betonowe domki bez okien i dostępu do bieżącej wody to najwyższy standard życia w Afryce Wschodniej. W Dar es- -Salaam buduje się nowoczesne bloki, apartamentowce, niektóre nawet klimatyzowane. Przeznaczone są głównie dla białych biznesmenów, których do Afryki przywiodły interesy, ale coraz częściej stać na nie również (choć jeszcze długo będzie to ułamek procentu) samych Tanzańczyków. Tych wykształconych, często za granicą, dobrze zarabiających w dużych firmach, bankach, międzynarodowych koncernach, ministerstwach. Dla takich jak oni powstało centrum handlowe Mlimani City Mall – kompleks sklepów i restauracji (w tym lokalnych fast foodów) oferujących wszystko, co jest potrzebne do życia na europejskim poziomie. Markowe ubrania, sprzęt RTV i AGD, książki, lekarstwa, zabawki, banki. W supermarkecie irlandzkie masło, wiedeńskie parówki, amerykański keczup, holenderskie sery, niemieckie piwo, węgierskie salami. Wydaje się, że brakuje tylko polskiego akcentu. Chociaż... dżem z „danish” w nazwie produkowany jest w Warszawie! Ceny? Kosmiczne! Średni słoik majonezu około 10 zł, masło – 12 zł, ciemne pieczywo – 8 zł. Oczywiście, jest to jedyne miejsce w kilkumilionowej metropolii, w którym można te rzeczy kupić. [srodtytul]Reklama w gruzach[/srodtytul] Tanzańczycy są bardzo dumni z docierającego do nich kapitalizmu i wszystkich jego zdobyczy. Jak dawniej w Polsce „amerykańskie” jest synonimem dobrego i porządnego. Każdy sklepikarz chce mieć szyld Coca-Coli na swoim lokalu albo firmową lodówkę, a jeśli nie dostanie ani jednego, ani drugiego od dystrybutora, sam wymaluje sobie to logo. Większość plansz, ogłoszeń, informacji, co się sprzedaje lub jakie usługi świadczy w danym lokalu, maluje się ręcznie. Obok informacji zapisanej umieszcza się obrazki wyjaśniające, o co chodzi. Odsetek osób niepiśmiennych jest ciągle duży. Aby więc dotrzeć do wszystkich potencjalnych klientów, drobny przedsiębiorca musi zainwestować w usługi malarza. Funkcja informacyjna jest ważniejsza niż estetyczna, nikt więc nie przejmuje się szkaradnymi fryzurami na głowach postaci wymalowanych na drzwiach salonu fryzjerskiego czy też krzywym stołem nad wejściem do warsztatu stolarskiego. Do klientów supermarketu nie trzeba już przemawiać językiem rysunków. Przynajmniej nie tylko. Przy dopiero powstającej czteropasmowej drodze do Mlimani City, którą ciągną na zakupy najbogatsi obywatele Dar es-Salaam, wymalowano reklamy. Logo największych tanzańskich koncernów zdobi ściany lichych domków wznoszących się na hałdach gruzu i śmieci (od slamsów różni je tylko to, że nie są zbudowane z odpadów, ale z betonowej cegły). Na pokrytym blachą falistą zdezelowanym parterowym budyneczku, na pomalowanej na jasnozielono ścianie reklama telefonii komórkowej. Na zawalonym do połowy domku, za sznurem z suszącą się bielizną na pomarańczowym tle logo i hasło reklamowe telewizji kablowej. Coca-cola i kostka mydła są dostępne tak samo, ale ten drugi towar zwykle leży w sklepie pokryty kurzem. Równie niepopularne jest kupowanie szczoteczki do zębów. Tanzańczycy wciąż używają pędów roślin, które podczas obgryzania pomagają wydłubać resztki jedzenia spomiędzy zębów. Widok mężczyzny z takim właśnie kijkiem w jednej i komórką w drugiej ręce nie jest rzadki. Rząd powoli podejmuje starania, by w ślad za komórkami i coca-colą pod strzechy trafiły również mydło i pasta do zębów. [i]Autor, prozaik i poeta, muzyk, tłumacz języka angielskiego, przebywa jako nauczyciel wolontariusz w Dar es Salaam. Jego żona, Agnieszka, doktorantka UAM, jest badaczką języka suahili. Prowadzą blog: [link=http://bezgranic.blog.polityka.pl]http://bezgranic.blog.polityka.pl[/link][/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL