Publicystyka

Miliband: Co jeszcze możemy zrobić dla Afganistanu

Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
Dzięki siłom, które zostaną wysłane do Afganistanu w 2010 roku, będzie szansa na skręcenie karku rebeliantom – pisze szef brytyjskiej dyplomacji
Prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama po gruntownej analizie zadecydował, że w celu przełamania impasu w Afganistanie niezbędne jest wysłanie do tego kraju 30 tysięcy dodatkowych żołnierzy. Pomimo wiążących się z tym kosztów powiedział jasno, że jest to wojna z konieczności, ponieważ górzyste rejony przy granicy afgańsko-pakistańskiej to „epicentrum gwałtownego ekstremizmu praktykowanego przez al Kaidę”.
[srodtytul]Większe siły, większe szanse[/srodtytul] Nikt – a już na pewno nie prezydent Obama – nie zaprzeczy, że wyzwania stojące przed nami w Afganistanie są ogromne. Kraj ten został pogrążony w nędzy wskutek konfliktu wstrząsającego nim od dziesiątków lat. Ponadto talibowie stosują metodę wojny asymetrycznej – prowizoryczne ładunki wybuchowe i przydrożne bomby zbierają liczne żniwo wśród niewinnych obywateli Afganistanu, ale także zaangażowanych tam oddziałów międzynarodowych.
A jednak dzięki siłom, które zostaną wysłane do tego kraju w 2010 roku, zaistnieje szansa na skręcenie karku rebeliantom. Dodatkowe oddziały amerykańskie zaczną tam przybywać z początkiem przyszłego roku. Brytyjskie zobowiązanie to 1500 dodatkowych żołnierzy w okresie zaledwie ponad jednego roku. Mamy nadzieję, że stanie się to zachętą dla innych. Nie można zapominać o istnieniu liczącej obecnie 94 tys. żołnierzy Afgańskiej Armii Narodowej, przy czym do końca przyszłego roku liczba ta ma wzrosnąć do 134 tys. [srodtytul]Odzyskać zaufanie ludzi[/srodtytul] Aby przekuć krótkofalowy efekt militarny w sukces długofalowy, musimy się zjednoczyć wokół jasnej strategii politycznej. Musimy przede wszystkim przyjąć do wiadomości, że by osiągnąć sukces w Afganistanie, trzeba odizolować radykalne mniejszości, motywowanych ideologicznie, pełnoetatowych bojowników talibskich od większości rebeliantów, którzy popierają talibów, gdyż chcą być bezpieczni, zarabiać pieniądze lub zdobyć władzę i poprawić swój status społeczny. Gdyby zredukować wpływy rebeliantów, państwo afgańskie stałoby się wystarczająco mocne, aby trzymać na dystans radykalnych bojowników talibskich, którzy z kolei powiązani są z al Kaidą i przypuszczalnie zapewniliby jej członkom schronienie. Dlatego właśnie trzeba zaangażować dodatkowe siły, które chroniłyby ludność oraz izolowały radykalnych bojowników talibskich na trzy sposoby. Musimy przede wszystkim pomóc rządowi afgańskiemu odzyskać zaufanie obywateli. Ogromna większość Afgańczyków deklaruje, że nie chce powrotu talibów. Jednak rząd ma tak mało do zaoferowania mieszkańcom wsi i rolniczych dolin w sferze ochrony bądź zapewnienia podstawowej infrastruktury usługowej, że przy tak ogromnym ryzyku narażenia się na zemstę talibów tylko niewielka część ludności byłaby gotowa stawić rebeliantom czynny opór. Aby tę sytuację odwrócić, musimy przekonać zwykłych Afgańczyków, że my – społeczność międzynarodowa – pozostaniemy z nimi dopóty, dopóki prawowite władze afgańskie nie będą im w stanie zapewnić bezpieczeństwa, sprawiedliwości i rozwoju. Dlatego właśnie prezydent położył tak duży nacisk na poszerzanie kompetencji rządu i sił bezpieczeństwa. Dla osiągnięcia sukcesu pomoc w ustanawianiu skutecznej władzy gubernatorów prowincji i dystryktów będzie w tej wojnie tak samo kluczowa jak udział dodatkowych żołnierzy. A to dlatego, że w sytuacji, gdy talibowie mianują gubernatorów w swoim gabinecie cieni i powołują sądy proponujące szybką, choć brutalną sprawiedliwość, zagrożenie nie polega na tym, że administracja Hamida Karzaja zostanie wyparta na drodze walki, lecz na drodze rządzenia. [srodtytul]Geopolityczna szachownica[/srodtytul] Musimy pomóc rządowi afgańskiemu w reintegracji bojowników gotowych realizować swoje cele drogą pokojową i funkcjonować w ramach przewidzianych konstytucją. Ważną rolę odgrywa tu zwiększona presja militarna. Zwiększając naszą obecność i prowadząc ukierunkowane operacje wojskowe, zwracamy uwagę na rosnącą cenę, jaką niesie trzymanie z talibami, i zachęcamy rebeliantów do przejścia na drugą stronę. Musimy także wspierać rząd Afganistanu w działaniach mających na celu skłonienie bojowników do powrotu do normalnego afgańskiego społeczeństwa. Każdy program mający na celu reintegrację musi przebiegać pod kierownictwem afgańskim, ale społeczność międzynarodowa może i musi dostarczyć środki na jego realizację. Afganistan musi nawiązać stosunki z krajami tego regionu na nowej płaszczyźnie. Państwo to zbyt długo było geopolityczną szachownicą, na której walki toczyły inne podmioty. Zwiększona obecność wojskowa to wyraźny znak, że społeczność międzynarodowa pragnie zapewnić skuteczne rządzenie i zabezpieczyć przyszłość Afganistanu, który nie powinien być czyimkolwiek petentem, lecz krajem bezpiecznym i niezależnym. [srodtytul]Wiele wyzwań[/srodtytul] Decyzja prezydenta Obamy o zwiększeniu liczebności wojsk USA to bodziec dla bardziej aktywnych działań w trzech wymienionych wyżej obszarach. Zapowiedziana przez premiera Gordona Browna na 28 stycznia konferencja w Londynie wyznaczy drogę wsparcia dla Afganistanu na najbliższe 12 – 18 miesięcy i zmobilizuje społeczność międzynarodową do działania. Wsparcie to skoncentruje się na umacnianiu afgańskich sił bezpieczeństwa oraz wprowadzaniu zasad dobrego rządzenia i eliminowaniu korupcji. Jednym z jego głównych celów będzie również poprawa stosunków pomiędzy krajami tego regionu. Będziemy działać na rzecz wdrożenia programu reintegracji, w którym wiodącą rolę odegrają sami Afgańczycy przy wsparciu ze strony międzynarodowego funduszu przesiedleńczego, oraz na rzecz rozwoju społeczno-gospodarczego. Konferencja ta stanie się również okazją do intensyfikacji działań na rzecz budowy międzynarodowego społeczeństwa obywatelskiego. Wyzwania stojące przed nami w Afganistanie są złożone, a ich realizacja zajmie wiele czasu. Stawką tutaj jest jednak nie tylko wiarygodność NATO czy stabilizacja w krajach Azji Południowej, lecz także bezpieczeństwo naszych obywateli, zarówno w Europie, jak i w Ameryce. Zobowiązanie Stanów Zjednoczonych jest oczywiste. Teraz to my wszyscy powinniśmy rozważyć własne siły i środki oraz zadać sobie pytanie, co jeszcze możemy zrobić. Potrzeba przecież nie tylko więcej żołnierzy, lecz także policjantów, sędziów, pracowników administracji, pomocy na rzecz rozwoju, funduszy na reintegrację i doradztwo w zakresie rolnictwa. [i]Autor jest politykiem i politologiem, członkiem Partii Pracy. Studiował filozofię, ekonomię i politologię. Od 2007 r. jest ministrem spraw zagranicznych w rządzie Gordona Browna[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL