Styl życia

Przystanek Alaska

Dzień pracy zaczynamy o świcie a kończymy po zmroku
Fotorzepa, Maciej Miłosz mm Maciej Miłosz
Zależności są proste. Łososie wyskakują nad wodę, a im więcej łososi nad wodą, tym więcej łososi pod wodą. Im więcej łososi pod wodą, tym więcej łososi w sieci. Im więcej łososi w sieci, tym więcej dolarów w portfelu rybaka. Dlatego trzeba rozglądać się za skaczącymi łososiami
Tak naprawdę nikt nie wie, dlaczego skaczą. I nikt nie wie, dlaczego, mimo że przychodzą na świat w słodkowodnych strumieniach, większość dorosłego życia spędzają w słonym oceanie. Dopiero kilka lat później wracają na tarło do miejsca urodzenia, i zaraz po tym umierają. Są różne teorie, na przykład, że w oceanie mają więcej pożywienia. Ale nikt nie ma pewności. Jedno jest pewne – w sierpniu jest zatrzęsienie łososi.
Seattle w stanie Waszyngton, w samym północno-zachodnim narożniku USA, słynie jako miejsce, w którym narodził się rock w stylu grunge, Starbucks i Microsoft. Seattle jest także bramą do największego i najbardziej dzikiego stanu USA – Alaski. Na pokładzie samolotu uderza jedno: w klasie biznes zamiast dystyngowanych pań w drogich żakietach i panów, którzy używają spinek do koszul, siedzą nieogolony wąsacz w gumiakach i czapeczce bejsbolowej oraz kobieta z kolorowym tatuażem na ręce, w bluzie z kapturem. Samolot z Seattle jak tramwaj po drodze do najbardziej oddalonego i największego miasta Alaski Anchorage zatrzymuje się w Ketchikan, potem w Sitka i jeszcze w stolicy stanu Juneau. Jeśli ktoś leci do Anchorage, po drodze ma trzy przystanki. Ja wysiadam na pierwszym. Niewielkie lotnisko w Ketchikan mieści się na wyspie, zamiast shuttle busu bierze się tu więc water taxi. Dzwonię do Johna.
[srodtytul]John [/srodtytul] Wygląda na jakieś 50 lat, ma 61 i jest kapitanem kutra rybackiego „Alsek”. Kiedyś grał w rugby, teraz jest trenerem piłki nożnej. Latem łowi łososie (sezon trwa około czterech miesięcy). Na morzu już kilkadziesiąt sezonów. Nie mówi dużo, nienawidzi przyjęć. Jako jedyny z załogi cały rok mieszka na Alasce. Jak twierdzi, gdzie indziej żyje się zbyt łatwo. – Wylądowałem. Gdzie jesteście? – W Craig. – Będę za godzinę. – Ok. W porcie wśród innych łodzi stoi mający 56 stóp (prawie 20 metrów) długości „Alsek”. Drewniana łódź, którą zbudowano w 1946 r. jest w świetnym stanie. W porcie ludzie podchodzą i zachwycają się jej staroświecką urodą. Ale mało kto zdaje sobie sprawę, jak mało miejsca jest w środku. Dzielę kajutę z prawie dwumetrowym kucharzem Todem, sternikiem skiffa (łodzi pomocniczej) Edem i marynarzem pokładowym (deckhandem) Hericksem. Do wykorzystania mamy... jakieś cztery metry kwadratowe. Na szczęście tu się tylko śpi. Kuter po wyjściu z portu kluczy między górzystymi wyspami, którymi usiane jest wybrzeże Alaski. Dzikimi, zazwyczaj niezamieszkanymi, porośniętymi lasami. Kiedyś przemysł drzewny był jednym z filarów tutejszej gospodarki. Teraz zastąpiła go turystyka. To samo tyczy się barów ze striptizem dla drwali – ich miejsce zajęły tandetne sklepy z biżuterią i upominkami. Około godziny 18 rzucamy kotwicę w osłoniętej od wiatru zatoce. Jutro znów stanę się rybakiem. Pierwszy raz byłem tu pięć lat temu. Przyleciałem w ramach programu dla studentów Work & Travel. Chciałem pracować jako kelner i znalazłem ogłoszenie restauracji portowej. Recepcjonistę hostelu, w którym mieszkałem, spytałem o drogę do portu. – A co chcesz zostać rybakiem? – spytał niewinnie. – No jasne – odpowiedziałem, nie zastanawiając się długo. Pracę na kutrze znalazłem jeszcze tego samego dnia. Pływałem cztery miesiące. Tym razem tylko cztery tygodnie. [srodtytul]Webman[/srodtytul] W nocy śpię niezbyt dobrze. Po pierwsze do sufitu mam zaledwie 35 cm (śpię w górnej koi), po drugie nie jestem pewien, czy jutro sobie poradzę (ma nieźle wiać). Po trzecie Tod przeraźliwie chrapie. Wstajemy przed piątą. To i tak późno. W środku trwającego około trzech miesięcy (40 dni samego łowienia) sezonu wstaje się nawet przed trzecią. Wkładam nowo kupione kalosze, pożyczone spodnie wodoodporne i sztormiak. Rękawiczki i czapeczkę bejsbolową. Zaczynamy o szóstej – to, kiedy można łowić, jest szczegółowo regulowane przez stanowe władze Alaska Fish and Game Comission. Ed siedzi w skiffie, czyli mającej jakieś pięć metrów, ważącej ponad tonę motorówce z potężnym silnikiem. Kiedy podnosi do góry zaciśniętą pięść, kuter gwałtownie przyśpiesza. Skiff płynie w drugą stronę. Sieć z pokładu „Alseka” wpada do wody i rozciąga się między motorówką a kutrem. Obciążona ołowianą liną zanurza się w wodzie. Na powierzchni jej ślad znaczą małe boje z korka. Po kilku minutach sieć jest zarzucona, a ja i Hericks zmywamy pokład z meduz i wodorostów, które leżą w miejscu, gdzie znajdował się sak. Przez 20 minut holujemy sieć, po czym płyniemy w stronę skiffa i zaczynamy zbieranie. Jestem webmanem, czyli tym, który odpowiada za sieć. Moim zadaniem jest zbieranie jej z wielkiego kołowrota i układanie tak, by spadła na pokład. Po prostu przebieram rękami, jakbym chciał ją przytulić. Z tym że ona się nie daje i całą operację muszę ciągle powtarzać. Przez kilkanaście minut. Za pierwszym razem pod koniec setu, czyli cyklu rzucenia i zwinięcia sieci, przestaję czuć ręce. Przeraża mnie myśl, że tę operację powtórzymy tego dnia jeszcze kilkanaście razy. Co w tym czasie robią inni? Todd zbiera linę ołowianą, a Hericks korki. John kręci kołowrotem. W końcu sieć jest prawie zebrana – zostaje ostatnie kilkanaście metrów. W wodzie kotłują się łososie. Jest ich mnóstwo. Plask – lądują na pokładzie. Zebraliśmy około tony. To całkiem dobry wynik. [srodtytul]Hericks[/srodtytul] Te 20 minut, gdy holujemy sieć, to czas na odpoczynek. Kiedy zmyjemy pokład, wyrzucimy do wody wodorosty, czasem także niewielkie rekiny, które zaplątały się w sieci, jest moment, by napić się kawy. – Kiedy chcę odejść na emeryturę? Nigdy – mówi Hericks. John Mark Hericks (wszyscy mówią do niego po nazwisku) wygląda jak krasnolud z powieści Tolkiena: stosunkowo niewysoki, krępy, długie włosy i broda. Nieco chropowaty w obyciu, ale o wielkim sercu. Jest drwalem. Kiedy nie łowi łososi, od grudnia do kwietnia, ścina drzewa w Vermont, tuż przy granicy z Kanadą. Hericks pije. Pije, bo musi, i pije, bo lubi. Ma problemy z zasypianiem, bo od ponad 20 lat cierpi na bóle rąk. – Ale jestem już umówiony na operację – mówi. Czemu tego nie zrobił wcześniej? – Jakoś nie wyszło. Snuje niesamowite opowieści o swoim miasteczku Montgomery. O szalonym sąsiedzie, który nocą wychodzi i wyje, o jedynej czarnoskórej rodzinie w mieście, a także o tym, jak chodzi polować na łosie. – Uwielbiam ocean. Ale naprawdę kocham las – podsumowuje. W czasie kolejnego zarzucania sieci zaczyna lekko wiać. Potem wieje mocno. Sieć, którą mam zbierać, zachowuje się jak żagiel, jej kontrolowanie wymaga jeszcze więcej siły. Po każdym secie pot spływa mi po plecach, nie mogę złapać oddechu, ramiona bolą. Do tego dochodzą meduzy. Wiatr co chwila rzuca mi na twarz pocięte przez sieć kawałki meduz. Policzki i oczy pieką. Pożyczam od Toda okulary przeciwsłoneczne. Mimo że niebo jest ciągle zachmurzone, nie rozstaję się z nimi. [srodtytul]Tod[/srodtytul] Choć jest dopiero pierwsza, mam wrażenie jakbyśmy pracowali już co najmniej 15 godzin. Zaczynam się nad sobą użalać: co ja tu robię? Zamiast siedzieć przy biurku, przed komputerem i się zastanawiać, co dziś w redakcyjnej stołówce będzie na obiad, stoję na wietrze w pomarańczowym kombinezonie i zmagam się z siecią. – Dziesięć rzeczy, które koniecznie musisz zrobić przed śmiercią? – pyta Tod. – Co? – nie rozumiem o co mu chodzi. – Ja np. muszę obejrzeć wschód słońca na wszystkich kontynentach. I pojechać na południowy kraniec Patagonii – wyjaśnia. Nasz cook pali jak smok. Kiedyś był hipisem. Teraz chyba też jest, ale to już nie to samo. Dawniej sporo podróżował. Ale nie można powiedzieć, by był duszą towarzystwa. Od kilku lat mieszka w domu wakacyjnym swoich rodziców w Colorado. Jego pasją jest genealogia. Potrafi wskazać swoich przodków kilkaset lat wstecz. W tym tych z Norwegii i Szkocji. Po sezonie wybiera się do amiszów. Oni są znani z tego, że zapisują historie rodzinne. Co istotne, Tod nie najgorzej gotuje. Piecze wybornego łososia. Ciemne chmury wiszą nisko od rana, ale pod wieczór robi się jeszcze bardziej szaro. – O, mamy wieloryby – stwierdza spokojnie Hericks. W tym momencie dostrzegam dwa kłębki mgiełki, wypuszczanej przez te zwierzaki tuż nad wodą. Kuter zwalnia. Jeśli wieloryby zechcą przepłynąć przez naszą sieć, to jesteśmy ugotowani. Albo ją przerwą albo w niej zostaną. Co robić, kiedy wieloryby zaplączą się w sieć? Trzeba czekać. Niech się zaplączą jeszcze bardziej. Niech ciągną łódź. Dopiero jak się solidnie zmęczą, można spróbować je uwolnić. Potężne cielsko waży przecież tony! [srodtytul]Ed[/srodtytul] Czekamy w napięciu. Wieloryby nie dają znaku życia. Może zanurkowały? Po kilku minutach Ed zaczyna płynąć ostrożnie, by żaden wieloryb czy rekin w sieci się nie znalazł. Wciąż nie mamy pewności, jak duże są szkody. Wreszcie z duszą na ramieniu zaczynamy zwijać sieć. Im bliżej końca, tym większa ulga – sak jest cały. Na dodatek to największy połów od kilku godzin – znów mamy ponad tonę łososiów. – Tak to jest, jak się ma dobrego skiffmena – śmieje się Ed po wejściu na pokład. Na dziś koniec zarzucania sieci. 13 setów wystarczy. Płyniemy do tzw. tendera, czyli statku, na którym rozładujemy nasze ryby. Ed zabiera się za zmywanie pokładu. Jest perfekcjonistą. Nikt by się tym nie przejął, a on walczy z drobinkami meduz dobre 40 minut. Wszystko musi błyszczeć. Ed większość czasu spędza samotnie w skiffie. Taka praca. Może dlatego rzeźbi, a potem suszy głowy z wodorostów. Ma już grubo ponad setkę mających po kilka centymetrów wysokości kelpies (z ang. kelp – wodorosty). Niektóre się uśmiechają, inne są diabolicznie wykrzywione. Jest już po 21 kiedy Ed, Hericks i ja wsiadamy na tendera, stajemy przy stole i sortujemy ryby. Łososi jest pięć rodzajów, a każdy ma swoją cenę. Najtańsze są te, których jest najwięcej – łososie różowe kosztują ćwierć dolara za funt. Najdroższe są łososie królewskie, kosztują ponad dolara. Zajmuje nam to jakąś godzinę. Potem Ed w gumowym ubraniu wchodzi do ładowni kutra, by sprawdzić, czy wszystkie ryby zostały wypompowane. Brodzi w pianie i lodowatej wodzie zmieszanej z krwią ryb. Jest już po 23, kiedy kończymy. Wszyscy są zmęczeni. Złowiliśmy ponad 10 ton. Każdy z członków załogi zarobił po ponad 500 dolarów. Nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Za pięć godzin trzeba wstać.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL