Publicystyka

Lewicę dopadła matematyka

Tomasz Wróblewski
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Plan gospodarczy Obamy ktoś porównał do przelewania chochlą wody z głębszej części basenu do płytszej. Wody nie zrobi się więcej, ale sporo się wychlapie – pisze publicysta
Socjalizm trzyma się mocno. Ma tylko jednego wroga. Matematykę. Kochany przez elity dopieszczany przez media, zawojował świat. Wchłonął Wielką Brytanię, ojczyznę liberalizmu Adama Smitha, a teraz Amerykę Miltona Friedmana. Kolejne narody ulegają czarowi portugalskich i greckich socjalistów.
[srodtytul]Rozum kieruje na prawo[/srodtytul] “Kapitał” Marksa w Niemczech i Hiszpanii znowu bije rekordy sprzedaży. A w Ameryce bestsellerem jest “Commonwealth” nawołujący do sojuszu wszystkich mniejszości przeciwko kapitalistycznym wartościom. Autorzy, Michael Hardt, profesor z Północnej Karoliny, i Antonio Negri, uważany niegdyś za mentora Czerwonych Brygad, apelują o delegalizację “żałosnych instytucji prawicowych”. Śmierć rodzinie, która “konserwuje egoistyczne uczucia” – piszą. Michael Moore i jego nowe, robione pod Oscara, filmowe dzieło “Kapitalizm – historia miłości” też rozprawia się z bestialstwem kapitalistów i też chce unicestwiać: “Trzeba zamknąć wreszcie te giełdy” – głosi.
W tym festiwalu destrukcji umknął jeden znamienity szczegół. Istotniejszy nawet niż odsunięcie od władzy niemieckich socjalistów. To prywatyzacja zapowiedziana przez brytyjskiego premiera Gordona Browna. Zagorzały wojownik europejskiej lewicy ogłosił właśnie największą wyprzedaż państwa od czasów, kiedy to Margaret Thatcher sprywatyzowała kopalnie, cukrownie, koncerny naftowe, telefoniczne i metalurgiczne. Brown sprzedaje udziały w tunelu pod kanałem La Manche, wiekowe nieruchomości i kasy pożyczkowe. W sumie do budżetu ma wpłynąć blisko 30 mld euro. To nie jest cudowne przemienienie. Z Browna nie ulepi się pani Thatcher. Brytyjską lewicę dopadła po prostu matematyka. W budżecie liczby się nie wyrównały. Idealistyczna wizja rozumnego państwa pobudzającego biznes wbrew biznesmenom jak wszystkie piękne marzenia okazała się zbyt kosztowna. Nie da się jednocześnie rujnować kapitalistów i zwiększać kapitału państwa. Brown, nawet jeżeli duszę wciąż ma lewicową, to rozum kieruje go na prawo. Prezydent Barack Obama tak pięknie mówił o sprawiedliwości i ożywieniu gospodarczym, że rok temu mało kto zajmował się rachowaniem pakietu stymulacyjnego. Dziś znowu wszyscy są matematykami. Bo 15 milionów Amerykanów straciło zasiłki i nie ma perspektyw na zatrudnienie. Wpływy do budżetu USA spadły w tym roku o ponad 16 proc., a wydatki rządu wzrosły o 18 proc. Sytuacja na rynku pracy jest najgorsza od 1948 roku. [srodtytul]Dziwne drogi[/srodtytul] Ostatni kryzys sporo namieszał nam w głowach. Nawet ludzie na co dzień rozsądni, walczący o prawa człowieka i wolności obywatelskie zaczęli przemawiać językiem Michaela Moora, Antonia Negri i Sławomira Sierakowskiego. Bogacenie się stało się podejrzane. Biznesmeni – odpowiedzialni za kryzys. Kapitalizm – niemoralny. Wolny rynek – anachroniczny. Całe to gadanie o neoliberalizmie, wypaczeniu idei zdrowego kapitalizmu, wytykanie bankowcom premii, a korporacjom chęci zysku miały racjonalizować głębokie socjalistyczne reformy. Znacznie głębsze, niż by to wynikało z przekonań Amerykanów czy Europejczyków, ale narzucane w atmosferze strachu i judzenia na mitycznego wroga dobrobytu – na kapitalistę. Kilka spektakularnych historii o wysokich premiach dla finansistów wystarczyło, żeby rządy przyznały sobie prawo do regulowania płac w bankach. Choć teza, że do kryzysu doprowadziły za wysokie pensje, jest absurdalna. W sumie 43 finansistów i maklerów na świecie zarabiało więcej niż 100 mln dolarów w ciągu ostatnich pięciu lat. Jak to się ma do brakujących bilionów zatraconych tylko w 2009 roku? Znów matematyka. Premie bankierów były kolosalne, ale (proporcjonalnie do zarobków) mniejsze od pieniędzy, jakie przywłaszczyli sobie członkowie brytyjskiego parlamentu i ministrowie. Czy następnym razem, kiedy usłyszymy o zawrotnych premiach polskich prezesów, nie warto zestawić ich z premiami dla miejskich urzędników czy kosztami noclegów, które załatwiają posłowie swoim znajomym w hotelu sejmowym? Poczucie sprawiedliwości społecznej dziwnymi chodzi drogami. Z jednej strony karze się bogatych Brytyjczyków i Greków dodatkowymi stawkami podatkowymi, a z drugiej koncernom samochodowym wartym miliardy dopłaca się do produkcji aut. Z jednej strony niemiecki rząd rozpętuje nagonkę na nieodpowiedzialnych maklerów i bankowców, a z drugiej płaci tym samym bankom pod stołem za to, że będą udzielać nieopłacalnych kredytów. Przekonanie, że krach był spowodowany chciwością elit, usprawiedliwia dziś szereg działań, które trudno uzasadnić liczbami. Bo jak wytłumaczyć matematycznie pomysły przekazania 829 miliardów dolarów na powszechną służbę zdrowia w Ameryce? Oficjalnie 30 mln ludzi jest w USA bez opieki medycznej. Z tej liczby 20 mln to nielegalni imigranci, którzy – choć nie płacą – to otrzymują opiekę, więc prywatne szpitale spisują rocznie 200 mln dolarów na straty. Z pozostałych 10 mln nieubezpieczonych około 6 mln po prostu nie chce się ubezpieczyć, chociaż ich na to stać. Zostaje 4 mln ludzi, czyli jakieś 1,3 proc. mieszkańców Stanów Zjednoczonych, którym pewnie taniej byłoby podarować pieniądze na ubezpieczenie, niż przebudowywać całą strukturę podatkową i niszczyć przy okazji dobrze działające firmowe systemy ubezpieczeń. [srodtytul]Opel dla każdego?[/srodtytul] Jak na liczbach wytłumaczyć plan dofinansowywania sprzedaży nowych samochodów, kiedy po krótkim boomie motoryzacyjnym wchodzimy teraz w kryzys, i to znacznie groźniejszy dla producentów aut? Kryzys, który może potrwać pięć lat. Jak logicznie wytłumaczyć miliony, które rządy wydają na aktywizację zawodową? W tym roku bezrobocie w Polsce niespodziewanie zaczęło rosnąć latem. Wbrew naturalnym cyklom na rynku pracy. Mimo robót polowych i pracy za granicą. Odpowiedzialne było za to nie co innego, tylko właśnie program aktywizacji zawodowej. Państwo płaciło firmom za zatrudnianie bezrobotnych. Programy obliczone były na kilka miesięcy. Większość kończyła się w czerwcu, a nowe startowały we wrześniu. Firmy niewiele myśląc, na czas wakacji zwalniały “państwowców” – jak ich potocznie nazywają. Zwolnieni nie szukali latem nowej pracy, a firmy nie zatrudniały. Wszyscy czekali, aż państwo znowu zacznie płacić za miejsca pracy. Jak matematycznie wyjaśnić sens takiej operacji? Dziwne dzieją się rzeczy, kiedy rządy zaczynają naprawiać rynek. Żeby zrozumieć źródła obecnego kryzysu, warto się cofnąć do 2006 roku i tzw. umowy G20 Bazylejskiego Komitetu Nadzoru Bankowego. W ramach najlepszych praktyk rynkowych w zakresie zarządzania ryzykiem finansowym zalecono bankom trzymanie większych rezerw pod zwykłe kredyty nieruchomościowe niż pod kredyty gwarantowane akcjami lub instrumentami pochodnymi. W rezultacie bankierzy zgodnie z dyrektywami spekulowali na wymyślnych instrumentach i osławionych derywatywach. Dziś politycy mówią, że działali z niskich pobudek. No pewnie. Jak zawsze. Kierowali się chęcią zysku i matematyką. A czym kierowało się G20, czym amerykański bank centralny, zaniżając stopy procentowe, albo rząd USA, obniżając wymogi kredytowe w kontrolowanych przez siebie kasach pożyczkowych? Wierzyli, że zapewnią wzrost gospodarczy, oszukując prawa natury. Czy ktoś pamięta jeszcze wielką inflację lat 70.? Ją też zawdzięczaliśmy przekonaniu polityków, że drukując więcej pieniędzy, pobudzą handel międzynarodowy. Z tamtej zapaści wyciągnął nas dopiero Ronald Reagan i Margaret Thatcher. Żadne z nich nie było matematykiem, ale rozumieli, że z 2 minus 2 nie zrobi się pięć, nawet jeżeli będziemy o tym pięknie mówić. Depresję 1929 roku uruchomiła z kolei ustawa Kongresu Smoot-Hawley – o podniesieniu taryf celnych. Politycy sądzili, że blokując import, Amerykanie sami będą więcej produkować i więcej zatrudniać. Zapomnieli, że inne kraje też mogą przestać importować i pogrążą Amerykę. Podobne myślenie przyświeca dziś europejskiej “operacji Opel”. Prywatne konsorcjum szantażuje poszczególne rządy, że nie będzie produkować samochodów, jeżeli podatnicy nie zapłacą za miejsca pracy. Ale skoro podatnicy mają płacić na pensje pracowników Opla, to kto będzie płacić za szkoły i służbę zdrowia? Czy faktycznie jest tak ważne, żebyśmy wszyscy jeździli oplami? [srodtytul]Wody po kostki[/srodtytul] A może lepiej zostawić pieniądze w kieszeniach podatników, żeby sami zdecydowali, czym chcą jeździć, a to, co im zostanie, niech zainwestują w nowe mieszkania czy wykształcenie dzieci... Na szczęście ktoś w Unii Europejskiej w końcu zaczął liczyć zyski i straty. Kontrakt z Oplem znowu jest zawieszony. Liczą też Chińczycy, którzy ogłosili, że zamrożą kredyty dla Stanów Zjednoczonych do czasu, aż Waszyngton przedstawi plan redukcji deficytu. Liczyć zaczął nawet amerykański Kongres. Zrezygnowano jednak na razie z pomysłu stworzenia publicznej służby zdrowia na rzecz rządowego wsparcia prywatnych ubezpieczeń. Wspomniany lewicowy rząd Grecji, jak tylko ucichły strzały korków szampana, musiał przyjąć warunek Międzynarodowego Funduszu Walutowego, że zliberalizuje jednak swoją gospodarkę, bo w innym razie nie dopnie budżetu. Rząd i politycy nie tworzą dobrobytu. Mogą odbierać jednym i dawać drugim, ale nie mogą go pomnażać. Ktoś porównał plan gospodarczy Obamy do przelewania chochlą wody z głębszej części basenu do płytszej. Wody nie zrobi się więcej, ale sporo się wychlapie. Jak się zorientujemy, że w całym basenie zostało ledwo po kostki, to znowu staniemy się racjonalni. Tak jak Brytyjczycy, którzy w najbliższych wyborach zagłosują na konserwatystów, tak jak Amerykanie, których poparcie dla Obamy gwałtownie słabnie, czy Hiszpanie – w 72 proc. rozczarowani socjalistyczną gospodarką José Zapatero. Nagle wszyscy znowu jesteśmy matematykami. [i]Autor był redaktorem naczelnym tygodnika “Newsweek Polska” i wiceprezesem wydawnictwa Polskapresse. Współpracuje z “Rzeczpospolitą” [/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL