Media

Bigos prezydencki

Piotr Semka
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Zmiany, zmiany, zmiany - to hasło z filmu Stanisława Barei nie najlepiej brzmieć musi dziś w uszach Pawła Piskorskiego.
[b][link=http://blog.rp.pl/semka/2009/10/26/bigos-prezydencki/]skomentuj na blogu[/link][/b]
Jak wskazuje "Gazeta Wyborcza", w Stronnictwie Demokratycznym wybuchła wojna. Działacze SD nie chcą już Piskorskiego. Zarzucają mu wodzowski styl rządzenia i "pompowanie" kół. "- To zamach stanu - mówi Piskorski. Odejść nie zamierza i zawiesza buntowników. Na sobotnim posiedzeniu rady naczelnej część starych działaczy SD zgłosiła wniosek o zwołanie na 21 listopada nadzwyczajnego kongresu partii, żeby odwołać Piskorskiego. Wśród inicjatorów buntu jest szef rady naczelnej Stronnictwa Krzysztof Góralczyk. To on w lutym ściągnął Piskorskiego do SD. - Gdybym wiedział, jak to będzie wyglądać, nigdy nie proponowałbym mu przystąpienia do Stronnictwa - żałuje dziś Góralczyk. - Rządzi partią w sposób wodzowski. A przychodząc do SD, oszukał nas. Zapewniał, że jest najbardziej prześwietlonym politykiem w Polsce. A później wyszło na jaw, że prokuratura sprawdza, skąd wziął majątek. Sondaże nie drgnęły, bo ludzie mu nie ufają - dodaje."
Kłopoty Piskorskiego źle wróżą prezydenckim ambicjom Andrzeja Olechowskiego. "Andrzej Olechowski jest tak samo zażenowany tym, co się stało, jak ja - powiedział "Gazecie" Piskorski. Jak pisze "GW": "Z Olechowskim nie udało nam się wczoraj porozmawiać. Dziś ma się spotkać z wyborcami w Lublinie." Cudów nie ma - bez Piskorskiego SD nie będzie miała zapału do zapewnienia Olechowskiego aparatu wyborczego na poziomie lokalnym. A bez tego kampania się nie powiedzie. Każdy kto zna Olechowskiego wie, że ten nie lubi pchać się w nieudane przedsięwzięcia. Ale na tle skłóconego SD - jak poranna jutrzenka - jaśnieją ugrupowania gdzie nie ma żadnych dyskusji na temat kandydatury. To oczywiście "Prawo i Sprawiedliwość", gdzie dogmatu o sporych szansach Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckiego nikt głośno nie neguje. W wywiadzie dla "Faktu" Jarosław Kaczyński wypowiada się jednoznacznie: "Fakt: Czy to jest przesądzone, że Lech Kaczyński będzie się ubiegał o reelekcję? Odp. - Nic tajemniczego tu nie ma. Proszę przeczytać uważnie dostępne materiały. Nie stało się nic, co mogłoby te decyzję odmienić. To zdecydowanie najlepszy prezydent , jakiego do tej pory mieliśmy. Rzeczywiście ma teraz dosyć kiepskie notowania, ale przypominam, że pod koniec 2004 roku miał sześć a nawet cztery procent poparcia a rok później został prezydentem". No cóż - efektowne przypomnienie, ale czy podobny fuks powtórzy się przyszłą jesienią? Ale na korzyść duetu Tusk-Kaczyński w rywalizacji działa jakiś fatalizm polskiej polityki. Wspomniany już Olechowski nie może się wciąż zdecydować, a Włodzimierz Cimoszewicz co rusz zaklina się, że za nic nie ruszy się z białowieskiej puszczy. A może tylko udaje i czeka na lepsza ofertę niż tylko kandydatura SLD? Na łamach "Polska The Times" Michał Karnowski pisze: "Nie dziwię się Józefowi Oleksemu, gdy w dzisiejszym wywiadzie dla "Polski" mówi, że nie do końca wierzy Włodzimierzowi Cimoszewiczowi, iż ten nie wystartuje w wyborach prezydenckich. Bo tak naprawdę nikt chyba do końca nie wierzy. I już dzisiaj ruszył wyścig dziennikarski o to, komu pierwszemu senator powie, że jednak startuje. A potem... "Nie, nie będę złośliwy. Tym razem, jeśli zdecyduje się kandydować, były premier pewnie już się nie wycofa. "Ten typ tak ma" - mówią ludzie, którzy go dobrze znają i widzą jego kolejne wahania i niezdecydowanie. Tak, tak, niezdecydowanie, bo jest duża różnica między twardym powiedzeniem "nie startuję" a stwierdzeniami, których ostatnio Cimoszewicz używa." Radiu Tok FM mówił: "Nie zmieniłem planów i nie myślę o kandydowaniu". W weekendowym wydaniu "Polski" mówił zaś Anicie Werner i Pawłowi Siennickiemu: "Nie mam takich planów". Cimoszewicz to zdolny polityk i gdyby chciał, to powiedziałby nam, że nie startuje tak wyraźnie, że pozbylibyśmy się wszelkich wątpliwości. Bo nie mieć planów i nie wystartować to dwie różne rzeczy. Jego zachowanie trzeba więc odczytywać tak, jak to robi dziś Oleksy: "jako próbę postawienia warunków tym, którzy go chcą wystawić. W tym warunku głównego: SLD ma być tylko jednym z elementów szerokiego obozu poparcia, który ma być historycznym kompromisem środowisk postkomunistycznych i postsolidarnościowych. To zresztą rozsądne podejście."(...) Ale co za dużo, to niezdrowo. Wybory prezydenckie odbędą się mniej więcej za rok i jeśli chce się powalczyć na serio, już dziś trzeba rozpoczynać przygotowania. Cimoszewicz tymczasem - jak mówi we wspomnianym wywiadzie dla "Polski" - właśnie "wyjechał do puszczy", żeby "robić z drewna szafki do kuchni". Na swój sposób urocze, ale też straszliwie lekceważące. I dobre na dwa lata przed jesienią 2010, ale nie dzisiaj. (...) Jeśli zajmie mu to więcej niż kolejne trzy miesiące, to będzie można stwierdzić jednoznacznie, że potencjał Włodzimierza Cimoszewicza jest ogromny, ale martwy. Ani on, ani centrolewica nie mają tyle czasu. To obóz słaby w porównaniu z maszynami partyjnymi Platformy i PiS, to obóz pozbawiony zaplecza jakiejkolwiek instytucji władzy, a więc mało dziś atrakcyjny dla sponsorów. To środowiska skłócone i rozbite. By to wszystko pozbierać do składu, trzeba zacząć wcześniej i z determinacją. Cimoszewicz mógłby to zrobić, ale nie chce zaakceptować podstawowych reguł gry. I można by powiedzieć, że to jego sprawa, gdyby nie fakt, że tak zwlekając przy okazji paraliżuje partyjnych kolegów. Efekt będzie taki, że on nie wystartuje, a lewica w ogóle w tym meczu nie zagra." I jak tu nie wierzyć, ze jakieś diabelskie moce sprzysięgły się, by nie dopuścić nikogo trzeciego do pojedynku Tusk-Kaczyński?
Źródło: Rzeczpospolita OnLine

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL