Film

Pro i kontra: Malarka czy kuchta

"Serafina"
Gutek Film
"Serafina" to dla jednych fascynująca biografia, dla innych nuda z ambicjami
[srodtytul]PRO: Sama prawda o sztuce [/srodtytul]
[i]Monika Małkowska[/i] Pierwszy raz widziałam tak doskonale oddany w filmie proces twórczego dojrzewania. "Serafina" jest samą prawdą o budzeniu się i erupcji samorodnego talentu.
Martin Provost, reżyser i współscenarzysta, skoncentrował się na postaci bohaterki, tworząc poruszający portret osoby nieefektownej, ale fascynującej. Rewelacyjna Yolande Moreau po prostu stała się Séraphine Luis, niewykształconą sprzątaczką z prowansalskiego miasteczka Senlis wyposażoną w dar, którego siły nie podejrzewa. Początkowo malarskie wysiłki niezbyt rozgarniętej pomocy domowej współmieszkańcy postrzegają jako stratę czasu i grosza. Ona też nie ma żadnych ambicji. Do czasu, kiedy na jej drodze staje Wilhelm Uhde ( świetny Ulrich Tukur), niemiecki kolekcjoner, propagator sztuki awangardowej i prymitywnej. W świadomości Séraphine następuje przełom. Uwierzy w sens swej sztuki. Kobieta przebywa w dwóch światach: zwyczajnym, doczesnym, który niewiele ją obchodzi, i w wyobrażonym, pogłębionym religijnymi uniesieniami. Wpatruje się w witraże, wsłuchuje w szept pni, obmyśla własne techniki. Gdy kończy dzieło – śpiewa. Tym głośniej, im bardziej jest kontenta z efektów. Jakże prawdziwe! Stopniowo "odkleja się" od rzeczywistości. Gdzieś tam wybucha pierwsza wojna; świat dotyka wielki kryzys. A Séraphine modli się, śpiewa i maluje. Robi zaskakujące postępy – o czym przekonuje się Uhde, gdy znów osiedla się we Francji i bierze artystkę pod opiekuńcze skrzydła. I wtedy w jej obrazach pojawiają się niepokojące motywy znamionujące chorobę umysłową. Formy stają się rozwibrowane, Kwiaty i drzewa potwornieją. Wyłaniają się z nich oczy. To również charakterystyczne dla psychicznych dewiacji. Pędzlem Séraphine zdają się kierować mroczne siły. Im bardziej fascynujące stają się jej dzieła, tym bardziej autorka traci nad sobą kontrolę. Tak musiało być. Bo Séraphine od początku była naznaczona. Pomoc Uhdego sprawiła, ze odważyła się zmierzyć z demonem twórczości. To bywa niebezpieczne. [srodtytul]Kontra: Schematyczne ograniczenia[/srodtytul] [i]Małgorzata Piwowar[/i] Siedem Cezarów, prestiżowych nagród Francuskiej Akademii Filmowej – to rekomendacja, która powinna wzbudzić uznanie widzów. U mnie „Serafina" go nie znajduje. Gorzej – czuję się nabita w butelkę. Bohaterka filmu Séraphine Louis, zwana Séraphine de Senlis, nie należy do artystek na tyle wybitnych, by przeciętny człowiek zdawał sobie sprawę z jej istnienia. Tym bardziej więc twórcy filmu powinni znaleźć powody, by o niej opowiedzieć. Tymczasem portret bohaterki nie odbiega od stereotypowych wyobrażeń na temat artystów, wyeksponowane zostały elementy choroby psychicznej Serafiny, jej bieda, odrzucenie przez innych. Taki sposób opowiadania zaprowadził, niestety, na manowce, bo film jest nudny i hermetyczny. Bohaterkę poznajemy jako 48-letnią kobietę zarabiającą na życie sprzątaniem – lecz całkowicie pochłoniętą tworzeniem obrazów w ubożuchnym mieszkaniu. Na długich ujęciach obserwujemy dobrowolną alienację Serafiny – jej dreptanie do pracy, z pracy, po zakupy na kredyt w malutkim sklepiku, malowanie przy wtórze dziękczynnego śpiewu. Niemal zawsze jest sama, nawet jeśli pojawiają się sąsiedzi, siostry zakonne czy jej dobrodziej, niemiecki marszand Wilhelm Uhde, są oni tylko tłem, i to marnym, bo pokazanym schematycznie. Jak sąsiedzi – to w kontekście niezrozumienia Serafiny, jak siostry zakonne – to przy spożywaniu wspólnego posiłku, a jak Uhde – to rozdarty między powołaniem mecenasa sztuki a udręką homoseksualisty czuwającego przy śmiertelnym łożu swego młodego protegowanego. Sama zaś Serafina z początku filmu niezbyt różni się od tej z końcowych kadrów, jedynie narasta w niej szaleństwo. Wystarczy więc obejrzeć tylko kilkanaście minut trwającego ponad 120 minut filmu i nic nie stracić. Francuzi nadal mogą nam zazdrościć naszego „Nikifora".
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL