Telewizja

Celebrytyzm nie wybiera

Niedawno w TVN 24 prowadzący Jarosław Kuźniar cieszył się z nowego określenia polskich celebrytów, nazywając ich „chwilkami”. Pełna niezgoda. Moim zdaniem celebrytyzm jest nieuleczalny, podobnie jak wampiryzm czy narcyzm
Nie ma zresztą tego nawet jak sprawdzić, bo nie znajdziemy pacjenta, który chciałby zniknąć z okładek i plotkarskich portali. Wielu twierdzi, że chce, ale zaraz potem z uśmiechem wystawia się na flesze. Mimochodem. Mimochodzizm towarzyszy celebrytom bardzo często. „Nie chcę chodzić na pasku tabloidów, mimo to chodzę. O choroba!”.
Przykłady ciężkich objawów można wyliczać godzinami. Piotr Gąsowski, prowadząc „Taniec z gwiazdami”, pokazał ostatnio gołą klatę, choć nikt go o to nie prosił. Katarzyna Cichopek tak się uzależniła od celebryckiego wiktu i opierunku, że nie potrafiła zajść w ciążę bez medialnej zapowiedzi. Edyta Górniak i Dorota Rabczewska są gotowe relacjonować na żywo rozpad pożycia małżeńskiego. A jak liczna jest grupa celebrytów, którzy w pocie czoła wykuwają złotymi tequillami swoje nazwiska na galach, promocjach i garden prezentacjach? Wiadomo, jak taki slalom gigant wpływa na inteligencję. Mniej odporni nie wytrzymują i siusiu robią na przystanku, jak kilku naszych znakomitych aktorów. Ci bardziej kulturalni, jak ostatnio Tomasz Stockinger, wolą po bankiecie udać się do domu własnym autkiem, choćby mieli ponad 2 promile.
Niestety, celebrytologia jest nauką zbyt młodą, by badacze zdążyli wypracować skuteczne metody leczenia. Czy np. polityków też traktować jak celebrytów? Taki Tadeusz Iwiński z SLD, który nazwał ostatnio jedną z ustaw „potworkiem z zespołem Downa”. Jak go porównać z Jolą Rutowicz? Chyba tylko intelektualnie. Ale, żeby nie było, że umywam ręce. Chciałbym celebrytologom ułatwić badania poprzez podzielenie celebrytów na grupy. Największą byliby z pewnością telebryci – ci, którzy potrafią być na żywo w dwóch stacjach jednocześnie. Potem cielębryci, co zawsze wejdą w szkodę. Żelebryci, ulizani chłopcy solaryjni, tańczący, jak im zagrają. Ścielebryci, co wiedzą, że z kim sobie pościelisz, z tym się prześpisz. Półprzytomni zielebryci, weseli z reguły nie na temat. Śpiewający trelebryci, rozmodleni wielebryci, rozsiusiani chmielebryci. Ale nie znajdzie pan, redaktorze Kuźniar, ani jednego, który zostałby „brytą” tylko na chwilkę, a potem wrócił do społeczeństwa. Niech pan ich, na litość boską, nie pociesza. [link=http://blog.rp.pl/feusette/]blog.rp.pl/Feusette[/link]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL