Publicystyka

Belka w oku Kamińskiego

Jarosław Flis
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
CBA specjalnie "hodowało" aferę stoczniową, by móc ją wykorzystać w momencie, gdy będzie bardziej szkodziła premierowi – uważa Jarosław Flis
Obie ujawnione w ostatnich dniach afery są bez wątpienia sprawami wagi ciężkiej. Próby lekceważenia rozmów Zbigniewa Chlebowskiego z osobami wątpliwej reputacji mogą się skończyć tak jak próby lekceważenia afery Rywina. Jeśli jednak polskie państwo się zachwieje, to nie z powodu braku opłat od jednorękich bandytów.
Mamy ponad 50 miliardów deficytu budżetowego. Jeśli Zyta Gilowska nie pamięta, dlaczego zrezygnowano z podobnego pomysłu za rządów PiS, to straszenie zagrożeniem ekonomicznych interesów państwa budzi wątpliwości. Co bynajmniej nie znaczy, że taka zwykła nieuczciwość nie powinna być wypalona rozgrzanym żelazem. Szczególnie wtedy, gdy dotyczy elity partii rządzącej. [srodtytul]Chłodnym okiem[/srodtytul]
Afera stoczniowa jeszcze się rozwija, ale na razie wyłania się z niej obraz skandalicznej niekompetencji wysokich urzędników państwowych, którzy nie potrafią wskazać, kim jest inwestor wygrywający przetarg, i z jakichś przyczyn mu kibicują. Największą żenadą jest tu fakt, że sprzedaż stoczni premier i minister ogłaszali z takim zadęciem. Czy coś się za tym kryje? Możliwe, lecz na dziś to raczej mało pewne. Powinniśmy patrzeć na rzecz całą chłodnym okiem i troszczyć się o jedno – by sprawę tę wyjaśnić do końca. Obawiam się powtórki z czasów rządów PiS, gdy w mediach przynajmniej raz w tygodniu pojawiały się informacje o kolejnych "zamachach na demokrację". Teraz będzie powtarzający się do znudzenia wielki krzyk o "zagrożeniu interesu ekonomicznego państwa". [wyimek]Jak by się czuli politycy PiS i SLD, gdyby przed wyborami Donald Tusk na odchodnym powołał na nieusuwalnego szefa CBA Konstantego Miodowicza?[/wyimek] Tak jak wówczas szybko przestało to wzbudzać emocje, tak i teraz może się okazać, że przestaniemy reagować na te doniesienia i na poważnie się zastanawiać, co jest karygodną korupcją i prawdziwym zagrożeniem demokracji. [srodtytul]Szef CBA jak polityk[/srodtytul] Tak jak nie powinno się lekceważyć ani tych afer, ani roli CBA w ich wykryciu, tak nie sposób nie dostrzec niezwykle groźnych zjawisk w całej tej sprawie – kolejnych dowodów na polityczne zaangażowanie Mariusza Kamińskiego. To nie jest zwykła nadgorliwość – to jest nadgorliwość niezwykle szkodliwa. Jeszcze kalendarium zdarzeń w aferze hazardowej budziło wątpliwość i można było jakoś je uzasadnić. Jednak fakt ujawnienia premierowi treści majowych rozmów jego urzędników dopiero teraz daje bardzo małe pole do interpretacji. Dziś nie ma bardziej wiarygodnego wyjaśnienia niż to, że była to sprawa specjalnie "hodowana", by móc ją wykorzystać w momencie, gdy będzie bardziej szkodziła premierowi. Ujawniona w maju dawała mu wszak możliwość adekwatnej reakcji – z pożytkiem nie tylko dla państwa, lecz także dla własnego wizerunku. To, że niektórzy używają takiej argumentacji tylko po to, by odciągnąć uwagę od samej afery, nie sprawia jeszcze, iż nie jest ona ważna. Premier Donald Tusk miał wielu krytyków, gdy dwa lata temu podejmował decyzję o pozostawieniu Mariusza Kamińskiego na stanowisku szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Wielu mówiło wówczas, że jest to zła decyzja, ponieważ zarówno sama instytucja, jak i jej dowodzący są skrojeni dla potrzeb politycznej walki Jarosława Kaczyńskiego. Trudno dziś nie przywołać konferencji prasowej w sprawie zatrzymania posłanki Beaty Sawickiej, zwołanej przez Kamińskiego przed samymi wyborami, by Polacy "wiedzieli, na kogo głosują". To był wystarczający powód do jego odwołania. Donald Tusk zadecydował inaczej. Dzisiaj krytycy tej decyzji premiera mają powód do satysfakcji. Mariusz Kamiński czynem i słowem pokazuje, iż jest głęboko przekonany, że Platforma Obywatelska jest środowiskiem przesiąkniętym patologią korupcji. To jego prawo, tylko to nie jest postawa urzędnika stojącego na czele służb specjalnych, ale polityka w ławach sejmowych. Determinuje go bowiem do podejmowania wszelkich działań mających skutkować odsunięciem tej formacji politycznej od władzy. Taka strategia rozmija się z ideą CBA jako instytucji stojącej na straży dobra państwa bez rozróżniania barw partyjnych. Nie chodzi wszak tylko o to, by nie patrzeć na swoich przez różowe okulary, lecz także o to, by nie widzieć innych jako nieodwracalnego wcielenia zła. Kamiński zdaje się myśleć w kategoriach wojny totalnej, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Urzędnik oskarżony o nieprawidłowości powinien je w pierwszej kolejności chłodno wyjaśnić, nie zaś odpowiadać medialnymi kontroskarżeniami. Zanim jednak zacznie wskazywać belkę w cudzym oku, powinien najpierw sprawdzić czystość własnego. Jak to się dzieje, że CBA przecieka tylko wtedy, gdy jest to szkodliwe dla przeciwników politycznych szefa? Mariusz Kamiński nie niszczyłby swojej wiarygodności, gdyby rozpoczęciem walki z premierem, przeprowadził śledztwo we własnych szeregach i wyrzucił osobę odpowiedzialną za wyciek materiałów operacyjnych do mediów. [srodtytul]Totalizacja konfliktu[/srodtytul] O totalizacji konfliktu świadczy także to, że stawiając takie tezy, zostaje się nieuchronnie zaszufladkowanym jako "partyjny propagandzista" czy "przeciwnik walki z korupcją". Trzeba jednak otwarcie postawić pytanie: czy politycy partii opozycyjnych byliby zainteresowani ugruntowaniem się w Polsce przekonania, że najskuteczniejsze kampanie wyborcze prowadzi się w rytm odpowiednio ujawnianych afer w szeregach oponentów? Boję się takiej sytuacji – to byłoby poważne zagrożenie interesów państwa. Jak by się czuli politycy PiS i SLD (rozważający być może teraz konstruktywne wotum nieufności dla rządu), gdyby na odchodnym Donald Tusk powołał na nieusuwalnego szefa CBA Konstantego Miodowicza? Czy chcieliby szykować się do kolejnych wyborów z takim "współpracownikiem"? Owszem, z atakowaniem CBA mogliby się wstrzymać politycy partii zaangażowanej w aferę. Ani ich to nie uwiarygodnia, ani nie ułatwia reagowania na opisane patologie. Tyle tylko, że od słowa do słowa politycy pogrążają się coraz bardziej w coraz cięższych i robiących coraz mniejsze wrażenie wzajemnych oskarżeniach. Coraz trudniej wierzyć, że komuś zależy na czymś innym niż bieżącym politycznym interesie. [i]not. marf [/i] [i]Jarosław Flis jest socjologiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL