Kraj

Tajemnice porzuconej Zuzi

Iza Radawiec i jej syn Bartek w miejscu, w którym znalazł wózek z roczną dziewczynką. Do najbliższych domów jest ok. 200 metrów
Fotorzepa, Tomasz Jodłowski TJ Tomasz Jodłowski
Kto zostawił dziewczynkę w krzakach? Gdzie jest jej matka? Dlaczego ojciec zgłosił się na policję dopiero po tygodniu?
15-letni Bartek wracał ze szkoły. Był czwartek, 1 października, krótko po godz. 15, niedaleko placu Alfreda, na granicy Katowic i Siemianowic Śląskich. Czarny wózek stał wciśnięty w krzaki. W środku w niebieskich spodenkach, zielonej kurtce i czapce płaczące dziecko. Wokół żywej duszy. Tylko krzaki, dalej las i działki. Do najbliższych domów i pętli tramwajowej – około 200 metrów. Bartek zadzwonił po rodziców.
– Przybiegliśmy z mężem, ja wzięłam dziecko na ręce, żeby się uspokoiło – opowiada Iza Radawiec, mama Bartka. – Pachniało oliwką, było czyste, ufne. Po ubraniu wydawało mi się, że to chłopczyk. Mąż z synem przeszukiwali krzaki, a ja czekałam na policję. Miałam wrażenie, że ktoś ją na tym odludziu porzucił, ale tak, by zostało szybko znalezione. To musiało być 30 – 40 minut wcześniej. W wózku było 18 pampersów, butelka z mlekiem i krople do nosa. W reklamówce wciśniętej pod głowę lekko ubrudzone spodenki na zmianę, body, dwa sweterki z kapturem, białe rajstopki w kwiatki. Bez listu, bez żadnego dokumentu. Nic.
[srodtytul]Nikt nic nie widział[/srodtytul] Wezwane przez policję pogotowie zabrało dziecko do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Matki i Dziecka w Katowicach-Ligocie. Było zdrowe, dobrze odżywione i zadbane. Dziewczynka wyglądała na 10 – 12 miesięcy. Jedyne słowo, jakie wypowiadała, to „mama”. – Chciała na ręce i płakała za mamą – opowiadają w szpitalu. W czwartek wieczorem policja przeczesała teren, odpytała mieszkańców okolicznych familoków. Nikt nic nie widział. Nikt też nie zgłosił zaginięcia rocznej dziewczynki. Ani w czwartek, ani w piątek, ani w weekend. Policja o znalezieniu dziewczynki poinformowała oficjalnie dopiero we wtorek, 6 października, po południu. Do suchego komunikatu dołączono zdjęcie wózka i ubranek, bo szpital nie zgodził się, żeby policja zrobiła zdjęcia dziewczynce. – Nikt, nawet policja, nie może wejść do szpitala i robić zdjęcia dziecka bez zgody sądu czy prokuratury. Takiej zgody policja nie miała – wyjaśnia Anna Kidawa, rzeczniczka kliniki. Podkreśla, że dziewczynka nie miała oznak traumy, jakiej doznają dzieci z rodzin patologicznych. – Była pogodna, otwarta – zapewnia rzeczniczka. [srodtytul]Nikt nie chciał rozmawiać[/srodtytul] Iza Radawiec: – Kilka dni czekaliśmy na wzmianki w gazetach. Nic. Denerwowaliśmy się, co się dzieje. Dzwoniłam do szpitala, co z dzieckiem, nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Mąż się zdenerwował i w poniedziałek napisał e-mail do telewizji. To my rozkręciliśmy sprawę. Jacek Pytel, rzecznik katowickiej policji: – Sprawę ujawniliśmy tak późno, bo prowadziliśmy działania operacyjne obliczone na odszukanie rodziców dziewczynki. Przypuszczaliśmy, że dziecko mieszka w okolicznych familokach. Kiedy to się nie potwierdziło, poprosiliśmy media o pomoc. Dziewczynka, choć zdrowa, spędziła w szpitalu kilka dni, bo sąd rodzinny dopiero we wtorek wydał postanowienie o umieszczeniu jej w pogotowiu rodzinnym. Miejsce znalazł Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Katowicach – u małżeństwa prowadzącego pogotowie od sześciu lat, zajmującego się również małymi dziećmi. Przez ich dom przewinęło się już 36 dzieci. W środę wieczorem, kiedy szykowano transport dziewczynki ze szpitala, na policję w Katowicach zgłosił się mężczyzna podający się za ojca dziecka. – Po wózku wiem, że to moja Zuzia – powiedział funkcjonariuszom 49-letni Bogdan z Gliwic, który zdjęcie wózka zobaczył na stronie policji. Policjant zaangażowany w sprawę: – W szpitalu, kiedy ją zobaczył, rozpłakał się. Nie mamy podstaw, by przypuszczać, że to nie jest ojciec. [srodtytul]Bogdana nie ma[/srodtytul] Zuzia i tak trafiła do pogotowia rodzinnego, bo sąd musi sprawdzić, czy ojciec nie zaniedbał opieki rodzicielskiej. Z jego wyjaśnień na policji wynika, że z żoną i matką Zuzi są od wakacji w separacji, córka mieszkała z nim, a pod koniec września matka zabrała Zuzię do siebie. Od tego czasu się nie kontaktowali. – Musimy ustalić, co się stało, że dziewczynkę porzucono, i jak do tego doszło, kto zawinił i dlaczego. To niezwykła sytuacja, że dziecko zostaje znaleziono w środku miasta, nie ma matki, a ojciec zgłasza się na policję po blisko tygodniu – tłumaczy sędzia Krzysztof Zawała, rzecznik Sądu Okręgowego w Katowicach. – Do tego czasu dziecko będzie pod opieką w pogotowiu rodzinnym. Nie będziemy się spieszyć z decyzjami, bo pośpiech byłby tu złym doradcą. Sąd musi także ustalić ze stuprocentową pewnością, że to biologiczny ojciec dziecka posiadający pełnię praw. – Nie wykluczamy badań genetycznych – dodaje sędzia Zawała. W szczere uczucia ojca Zuzi powątpiewają pracownicy MOPS. – Coś tu nie gra – zastanawia się jedna z pracownic. – Ojciec pojawia się po tygodniu, rozpoznaje wózek, po czym znika. Dlaczego nie walczy o widzenia z Zuzią? Nie prosił o to ani nas, ani sądu. Pan Bogdan unika kontaktu z dziennikarzami. Nie odbiera komórki od kilku dni. Kiedy raz udaje się nam dodzwonić, męski głos odpowiada niechętnie: – Bogdana nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie. Zagadką pozostają losy matki Zuzi. Policja cały czas jej szuka. – Może gdzieś baluje, ale nie wykluczamy, że mogło się jej stać coś złego – mówi jeden z funkcjonariuszy. – Ja cały czas myślę o Zuzi – wzdycha pani Iza. – I Bartek, choć za dziećmi nie przepadał, mówi, „mamo, dzwoń, zapytaj, co z nią”. Nawet taka myśl nam krąży po głowie, żeby ją do siebie wziąć, choć warunków za bardzo nie mamy... [i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: [mail=i.kacprzak@rp.pl]i.kacprzak@rp.pl[/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL