Muzyka

Wielki monolog Ariadny

Ewa Podleś w jednej ze swych popisowych ról w operze Rossiniego „Podróż do Reims”
Fotorzepa, AW Andrzej Wiktor
Ewa Podleś rzadko śpiewa w Polsce, na szczęście po jej występach czasami pozostają nagrania. Właśnie ukazała się jej płyta.
Jej przypadek dowodzi, że koncerny fonograficzne dokonują wyborów w sobie tylko wiadomy sposób. Od ćwierć wieku Ewa Podleś należy do najoryginalniejszych śpiewaczek świata, ale jej nazwisko z rzadka pojawia się w katalogach płytowych potentatów.
[srodtytul]Ulubienica piratów[/srodtytul] Nie unika nagrań, ale współpracuje z małymi firmami we Francji czy w USA. Jej albumów trzeba więc mozolnie szukać na sklepowych półkach lub najlepiej w internetowej sieci. Można wówczas trafić na prawdziwe rarytasy, jakimi są pirackie zapisy jej koncertów i przedstawień. W przeciwieństwie do wielu gwiazd Ewa Podleś nie oburza się na piratów. Traktuje ich jak kronikarzy jej działalności.
– Oczywiście, nie ze wszystkich naszych wykonań jesteśmy dumni – powiedziała kiedyś. – Ale sama też wolę nagrania na żywo, nawet z pewnymi niedostatkami od obrobionych studyjnie. Kto nie popiera fonograficznego piractwa, może poprzestać na wydawnictwach oficjalnych, zwłaszcza że kilka lat temu dwie ciekawe płyty wydał polski DUX. Na jednej Ewa Podleś prezentuje się w swym koronnym repertuarze: ariach z oper Rossiniego. Druga jest zapisem recitalu złożonego z pieśni Chopina, Musorgskiego i Rachmaninowa. Do tego zestawu DUX dołącza obecnie trzeci album, z odmiennym – przynajmniej częściowo – wizerunkiem artystki. Tę płytę zarejestrowano z kolei podczas koncertu, jaki się odbył w grudniu ub. roku z okazji 200-lecia Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. [srodtytul]Kobieta porzucona[/srodtytul] Takie gale nie skłaniają artystów do oryginalnych wyborów, bo publiczność oczekuje zazwyczaj rzeczy dobrze znanych, tymczasem Ewa Podleś sprawiła jednak niespodziankę. Owszem, zaśpiewała dwie przebojowe arie Rossiniego, ale punktem kulminacyjnym występu uczyniła kantatę „Ariadna na Naxos” Haydna, której na dodatek dotąd nie nagrała. Wielki monolog mitologicznej bohaterki, która pokochała Tezeusza, a on ją opuścił, Haydn ubrał w klasyczną formę. Ewa Podleś rozsadza jej ramy, w przepełnionych rozpaczą wyznaniach znikają więc różnice między recytatywami a ariami. Całość jest dramaturgicznie niesłychanie spójna, a każdy wokalny ozdobnik czy zmiana natężenia głosu – podporządkowane tekstowi. W tej kantacie Ewa Podleś dochowuje wierności konwencji, a przy tym traktuje ją na swój własny sposób. Dlatego jest artystką wyjątkową, co potwierdzają jeszcze dwa fragmenty jej kreacji scenicznych znanych widzom na świecie: brawurowo zaśpiewany toast Orsiniego z „Lukrecji Borgii” Donizettiego oraz aria Azuceny z „Trubadura” Verdiego z takim wykończeniem ostatniej frazy, jakiego nie przewidział kompozytor. Artystce towarzyszy Polska Orkiestra Radiowa pod dyrekcją Łukasza Borowicza, a początkowa uwertura „Twory Prometeusza” Beethovena skutecznie zachęca do wysłuchania całego albumu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL