Publicystyka

Czy Amerykanie wrócą na Marsa

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
W Rosji i Iranie nikt się z noblistą Obamą specjalnie liczyć nie będzie. Bo agresywne reżimy poważnie traktują nie pokojowe nagrody, ale wyłącznie siłę – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Pokojowa Nagroda Nobla dla prezydenta USA Baracka Obamy jest kolejnym krokiem w kierunku jej (oczywiście, nie finansowej) dewaluacji. Nagroda staje się ideologiczną manifestacją, coraz mniej mającą wspólnego z realnymi działaniami, które przyczyniają się do pokoju na ziemi. Problem z pokojem bywa zresztą wyjątkowo paradoksalny i wielokrotnie działania na rzecz jednostronnego rozbrojenia prowadzą do zwiększenia zagrożenia. Europejscy pacyfiści przed II wojną światową przyczynili się do jej wybuchu i byli obiektywnymi sojusznikami Hitlera. Natomiast arsenał nuklearny Stanów Zjednoczonych powstrzymał Związek Sowiecki od agresji i był globalnym czynnikiem pokojowym przez pół wieku.
Nagroda dla Obamy jest wprawdzie mniej kompromitująca niż dla byłego wiceprezydenta USA Al Gore,a, ale jednocześnie bardziej ostentacyjna. Gore dostał swoją nagrodę w dużym stopniu za manipulację czy wręcz fałszerstwa, jakich pełen był jego propagandowy film na temat cieplarnianego efektu, i całą w tej mierze działalność. Aby się o tym dowiedzieć, trzeba było jednak przebić się przez niezwykle intensywną ekologistyczną propagandę. W wypadku Obamy sprawa jest jasna: nagrodę dostał za to, że w oczach noblowskiego komitetu jest anty-Bushem. I tylko za to. Jak wygląda bilans jego pokojowych działań? [srodtytul]Skompromitować Obamę[/srodtytul]
Można wręcz uznać, że Iran i Rosja zmówiły się, aby skompromitować Obamę. Odpowiedzią Teheranu na oficjalnie i z wielkim hałasem otrąbioną rezygnację USA z tarczy antyrakietowej jest deklaracja, że nikt nie będzie się wtrącał w jego prace nad wykorzystaniem energii nuklearnej (oczywiście wyłącznie w celach pokojowych), co oznacza, że prace nad wzbogacaniem uranu, a więc tworzeniem bomby atomowej, postępować będą również w drugiej, wcześniej tajnej, fabryce. Równocześnie Iran przeprowadził udany test rakiet mających zasięg ponad 2 tysiące kilometrów, które mogą dosięgnąć zarówno Izraela, jak i wszystkich amerykańskich celów na Bliskim Wschodzie. Potem wprawdzie Iran złagodził swoją postawę i zgodził się na wizytę międzynarodowych obserwatorów, ale trudno uznać to w tym kontekście za co innego niż praktykowaną przez ten kraj grę w kotka i myszkę z międzynarodową opinią. Grę, która pozwala Iranowi konsekwentnie kontynuować działania na rzecz uzyskania broni atomowej. Swoją drogą amerykańskie służby specjalne, ogłaszając, że wiedzą już co najmniej od miesięcy o działaniu tajnych zakładów w Kom, również zachowują się tak, jakby kpiły sobie z prezydenta, który tydzień wcześniej oświadczył światu, że ostatnio Iran demonstruje pokojowe nastawienie, co decyduje o amerykańskiej rezygnacji z tarczy antyrakietowej. Odpowiedzią Rosji było natomiast uznanie, że to krok we właściwym kierunku, po którym Moskwa oczekuje na następne. Prawdopodobne jest, że mimo zapewnień prezydenta Miedwiediewa prace nad zamontowaniem rakiet Iskander przy granicy polskiej (podobno miały być wyłącznie odpowiedzią na budowę tarczy) będą postępować. Równocześnie postępują kolejne demonstracje imperialnej postawy Moskwy, jak choćby uchwalona przez Dumę ustawa, która umożliwia Rosji interwencję wszędzie i zawsze. Nie sugeruję naturalnie, że zachowania Moskwy i Teheranu są wymierzone w Obamę. Po prostu nikt się z nim w tych krajach specjalnie nie liczy – zgodnie z zasadą wszelkich agresywnych reżimów, które poważnie traktują wyłącznie siłę. Amerykański prezydent, plotąc dyrdymały o tym, że zawsze, wszędzie i z każdym można się dogadać, dał sygnał, że nie trzeba go brać na serio. Czy on sam wyciągnie z tego wnioski? [srodtytul]Karykatura Busha[/srodtytul] Poprzednikowi Obamy George’owi W. Bushowi zarzucano postawę utopijną, która polegała na wierze, że rozprzestrzenienie na świecie cywilizowanych zasad demokracji i państwa prawa stworzy globalne bezpieczeństwo. Przeciwnicy Busha i Stanów Zjednoczonych posługiwali się karykaturą tych poglądów. Z wypowiedzi poprzedniego prezydenta i jego doradców nie wynikała wcale wiara w to, że przeprowadzenie wyborów w dowolnym kraju uczyni z niego liberalną demokrację. Wynikało natomiast przeświadczenie, że nie ma genetycznych uwarunkowań, które uniemożliwiałyby określonym ludom czy narodom budowę demokratycznego państwa prawa. A państwa takie z natury rzeczy są mniej agresywne. [wyimek]Czy zimny prysznic, jakim po rezygnacji Obamy z tarczy antyrakietowej jest postawa Moskwy i Teheranu, wywoła zwrot w amerykańskiej polityce?[/wyimek] I jeśli nawet ów proces będzie wymagał czasu, to kiedyś należy go rozpocząć. Jednocześnie Bush oficjalnie uznał rolę siły w polityce międzynarodowej, a więc przyjął, że wbrew modnym teoryjkom bezbronne wartości przegrywają również w świecie współczesnym. W ogromnej mierze krytyka Busha była krytyką ideologiczną, a więc nieliczącą się z faktami. Przypomnijmy. Po zamachach terrorystycznych z 11 września powszechne było przeświadczenie, że kolejne ataki są kwestią czasu, i to raczej krótszego. Od ośmiu lat nic takiego w USA się nie zdarzyło, i to z pewnością nie z powodu niechęci terrorystów do kontynuowania tego typu działań. W sposób oczywisty była to konsekwencja polityki Busha. Klęska Stanów Zjednoczonych w Iraku ogłaszana była tyle razy, że stała się faktem medialnym – bez względu na realny i oczywisty sukces. Irak nie jest wzorcową demokracją. Jest jednak krajem, który powoli staje na własnych nogach, a fakt, że nie rządzi nim szalony despota, jest nie tylko błogosławieństwem dla jego mieszkańców, ale także czynnikiem stabilizującym cały region. Tak jak czynnikiem stabilizującym i pozytywnym (nie wahajmy się tego przyznać) jest jego czasowy status amerykańskiego protektoratu. Przypomnijmy, że rolę protektoratów dość długo odgrywały Japonia czy Korea Południowa, a korzyści z tego dla tych krajów i regionu są nie do przecenienia. Właściwie główne winy prezydentury Busha dotyczyły polityki wewnętrznej, zwłaszcza gospodarki, w której był on kontynuatorem Clintonowskiej polityki demokratów, czym przyczynił się do wielkiego kryzysu, ale to już osobne zagadnienie. [srodtytul]Ideologia Obamy[/srodtytul] Następca Busha nie tylko odróżniał się od niego miłą dla ucha retoryką, zgodnie z którą lepiej rozmawiać, niż wojować, a zamiast wydawać na zbrojenia, pomagać potrzebującym. Wynikało z tego, że nie potrzeba wysiłków, wyrzeczeń, dyscypliny, a czasami nawet śmiertelnego ryzyka, aby bronić naszego świata, wystarczy tylko ładnie się uśmiechać i gadać na okrągło. Za ową retoryką stoi określona ideologia rozpowszechniona głównie w Europie, a właśnie Obama w kampanii wyborczej był najbardziej europejskim z dotychczasowych amerykańskich kandydatów prezydenckich. Stąd zresztą entuzjazm, jaki wzbudzał na Starym Kontynencie. Ideologia ta polega na przyjęciu, że człowiek – jako z natury dobry – da się zawsze do dobrego nakłonić, a jeśli tak się nie dzieje, to odpowiedzialność spoczywa na najbardziej cywilizacyjnie rozwiniętych krajach. Jeżeli nie potrafią one przekonać Chińczyków, Irańczyków, Rosjan, a także Somalijczyków czy Sudańczyków, że lepiej rozmawiać, niż się bić, to tylko ich wina. Cywilizowani powinni się rozbroić, a pieniądze tak zaoszczędzone przekazać międzynarodowym organizacjom, które – jako z natury lepsze niż narodowe (nikt nie zajmuje się uzasadnianiem, dlaczego niby tak ma być) – powinny objąć kuratelą wszystkich oraz wszystko i w drodze międzynarodowego prawa zbudować na świecie doskonały i wiekuisty ład. Oczywiście Zachód powinien dać przykład, a wtedy i Ahmadineżad, i Putin, i Hu Jintao, i Osama bin Laden zrozumieją, że nic im nie grozi, i pójdą w jego ślady. Czytelnicy mogą uznać, że ta wizja jest karykaturalna, ale jeśli przyjrzymy się różnym modnym w Europie (i Polsce) krytykom Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza polityki Busha, zorientujemy się, że dokonana przeze mnie redukcja nie jest nadużyciem, choć oczywiście mało który z rzeczników owej ideologii próbuje przemyśleć ją do końca i wyciągnąć z niej konsekwencje. Można przyjąć, że Obama posługiwał się ową retoryką instrumentalnie, wyłącznie po to, aby pokonać rywali i zyskać popularność. Ludzie nie lubią nieprzyjemnej prawdy i wolą słuchać, że wszystko jest dobrze i nie są potrzebne żadne wysiłki. Można uznać, że amerykański prezydent, przeznaczając biliony dolarów na destabilizację amerykańskiej gospodarki pod hasłem jej stymulacji, musiał szukać oszczędności, co wymagało dodatkowo racjonalnego uzasadnienia. [srodtytul]Utracone dziewictwo prezydenta[/srodtytul] Przyjmując jednak to wszystko, warto zauważyć, że polityczna retoryka buduje orientację obywateli, a za słowotokiem Obamy nie sposób nie zauważyć ideologicznych przekonań. Widać to wyraziście choćby w jego stosunku do kwestii ekologii, w której przyjmuje on ideologię globalnego planowania w celu, podobno, ratowania planety. Ekologiczne zagrożenie planety wydaje się mocno przesadzone, konkretne są zaś gigantyczne środki, które przejmują rozmaite grupy interesu i sprawne korporacje. Wymierne są również kolejne środki i uprawnienia dla planetarnej biurokracji o oligarchicznych ambicjach zasiadającej w ONZ, a także w innych, niekontrolowanych przez nikogo, ponadnarodowych strukturach. Czy więc zimny prysznic, jakim po decyzji Obamy jest postawa Moskwy i Teheranu, wywoła zwrot w amerykańskiej polityce? Należy żywić pewne zaufanie do jej ciągłości, która, na szczęście, wymusza na prezydentach tego kraju określone działania. Rezygnacja z tarczy była naruszeniem owej ciągłości, ale znamienne było wskazywanie przez stronę amerykańską polskiej i czeskiej odpowiedzialności za ten zwrot. Jakkolwiek by było, decyzja taka wymagała usprawiedliwień. Na początku swojej prezydentury Bush w oczach Władimira Putina również dostrzegał demokratyczne płomienie, aby dość szybko zreorientować swoją postawę wobec Rosji na właściwszą. Pozostaje żywić nadzieję, że Amerykanie wrócą na Marsa, który jest ich rodzinną planetą, gdyż wiara, że Europejczycy opuszczą Wenus, wydaje się niczym niepodparta.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL