Polityka

Szejnfeld na marginesie

Adam Szejnfeld w gabinecie cieni Donalda Tuska odpowiadał za gospodarkę
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Spec od gospodarki czy PR? Bezkompromisowy, zabójczo skuteczny polityk czy wieczny przegrany?
– Adam Szejnfeld jest poza wszelkimi podejrzeniami. Stał się mimowolnym uczestnikiem tej sprawy – przekonywał premier Donald Tusk podczas konferencji poświęconej rekonstrukcji rządu. Chwilę później poinformował, że wiceminister gospodarki żegna się ze stanowiskiem.
Szejnfeld nigdy nie krył swoich politycznych ambicji. Przez lata mozolnie piął się po szczeblach politycznej kariery. Afera hazardowa zmiotła go ze sceny niemal w jednej chwili. – Związki Szejnfelda z biznesem były bulwersująco bliskie – ocenia Maks Kraczkowski, pilski poseł PiS. – Zdarzało się, że uzasadniając jakieś propozycje zmian w prawie, posługiwał się niemal dosłownie argumentami, które przedstawiła któraś z organizacji biznesowych – mówi. O jakie projekty chodziło? Kraczkowski nie pamięta, bo – jak twierdzi – nie był to odosobniony przypadek, ale standard w postępowaniu Szejnfelda, zwłaszcza w poprzedniej kadencji Sejmu podczas posiedzeń Komisji Gospodarki.
Kolegę z PO bierze w obronę senator Mieczysław Augustyn: – To człowiek pracowity, bezstronny, a przede wszystkim stały w poglądach. Od lat konsekwentnie sprzeciwiał się nakładaniu jakichkolwiek dodatkowych obciążeń na firmy. I właśnie za tę konsekwencję obrzuca się go teraz błotem. Jestem tym głęboko wstrząśnięty. [srodtytul]Trudna gra w zespole[/srodtytul] Szejnfeld ma 51 lat. Z wykształcenia jest prawnikiem. W latach 80. działał w „Solidarności”, został internowany. Polityczną karierę zaczynał od samorządu. W latach 1990 – 1998 był radnym i burmistrzem wielkopolskiej gminy Szamocin. W 1997 roku po raz pierwszy startował w wyborach do Sejmu. Z powodzeniem. Od tej pory zasiada w parlamencie nieprzerwanie. Najpierw jako przedstawiciel Unii Wolności, potem PO. Pochodzi z Kalisza, ale od lat związany jest z Piłą. Tam mieszka, ma biuro poselskie, przewodzi miejscowej Platformie. I konsekwentnie buduje swoją pozycję w regionie. W jaki sposób? Dawny działacz UW z powiatu pilskiego wspomina: – Zarząd partii w wyborach do sejmiku zarekomendował mnie na pierwsze miejsce. A pan Szejnfeld podjął decyzję, że mnie skreśla. Na czele listy umieścił swojego kolegę Krzysztofa Horodeckiego. Ludzi, którzy nie byli blisko z nim związani, zawsze traktował na zasadzie „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Horodecki, były senator PO z Piły: – Czy w partii rządzi twardą ręką? Powiedzmy, że preferuje zdecydowany sposób zarządzania. Struktury muszą być przejrzyste, a stosunki między działaczami jasne. Ale na pewno nie jest to dyktatura. Ambicje Szejnfelda sięgają jednak znacznie wyżej. Niedawno zapragnął przewodzić PO w Wielkopolsce. Przegrał jednak rywalizację z Waldym Dzikowskim. – Przyznaję, był między nami czas rywalizacji, ale ja nie mam w sobie nienawiści – mówi Dzikowski. – Kiedy opuszczałem Unię Wolności, Marek Zieliński powiedział, że jestem szczurem, który ucieka z tonącego okrętu. Dziś jesteśmy kolegami, nawet biura poselskie mamy obok siebie... Podobnie jest z Adamem Szejnfeldem. Tomasz Górski, pilski poseł PiS, który zasiada w Komisji Gospodarki, mówi o Szejnfeldzie „sprawny organizator”. Zaraz jednak dodaje: – Raczej indywidualista. Gra w zespole przychodzi mu z trudem. W dodatku czasem stara się stworzyć wrażenie, że może więcej niż w rzeczywistości. [srodtytul]Poselski PR[/srodtytul] Szejnfeld cieszy się wśród wyborców popularnością. Lubią go też dziennikarze. Jednym z powodów na pewno jest fakt, że umie dbać o swój wizerunek. Dziennikarz z Piły: – Przetnie każdą wstęgę, jeśli tylko będzie przy tym odpowiednia liczba kamer. [wyimek]Niedawno zapragnął przewodzić PO w Wielkopolsce. Przegrał jednak rywalizację z Waldym Dzikowskim[/wyimek] Znamienny przykład przytacza Stanisław Stec, pilski poseł SLD. – Pamiętam, jak kiedyś miał pretensję do przedstawicieli lokalnego ośrodka TVP za to, że nie zrelacjonowali jednej z jego wizyt w Wielkopolsce – wspomina. O Szejnfeldzie niezbyt ciepło wyraża się również Irena Sienkiewicz, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego Przyjaciół Ziemi Nadnoteckiej, które od lat walczy z zakładami byłego senatora Henryka Stokłosy. – Pisaliśmy do niego wiele pism. Prosiliśmy m.in. o mediację. Nie odpowiedział na żadne – skarży się. Więcej czasu znajdował dla biznesmenów – m.in. właśnie dla Stokłosy. Polityczni przeciwnicy wypominają mu, że uczestniczył w bankietach organizowanych przez byłego senatora, dziś oskarżonego o korupcję, i publikował w należącym do niego „Tygodniku Nowym”. Szejnfeld przez lata aktywnie działał w Pilskiej Izbie Gospodarczej. Horodecki, dziś honorowy prezes tej organizacji, ocenia: – Współpraca układała się bardzo dobrze. Pan Szejnfeld to naprawdę wysoce kompetentna osoba. Za swoją działalność pilski poseł otrzymał kilkanaście nagród różnych gremiów gospodarczych, m.in. tytuł Honorowego Ambasadora Polskiego Biznesu od Polskiego Klubu Biznesu. [srodtytul]Pakiet nie pomógł[/srodtytul] Kiedy do władzy doszedł PiS, znalazł się w gabinecie cieni powołanym przez Donalda Tuska. Odpowiadał za gospodarkę. Stworzył wówczas tzw. pakiet Szejnfelda – dokument zawierający propozycje zmian w prawie, które miałyby ułatwić działalność przedsiębiorcom. Nasi rozmówcy żartują, że pakiet miał być dla Szejnfelda skokiem do wielkiego biznesu. – Adam odgrażał się, że zmiażdży pakiet Kluski. A później przeżył gorzkie rozczarowanie, gdy biznesowe organizacje bliskie PO uznały, że projekt PiS był dalej idący i korzystniejszy dla firm niż jego propozycje – mówi działacz PO z Poznania. Pakiet Szejnfelda miał też wynieść jego autora na fotel ministra gospodarki. W wyniku koalicyjnych układów poseł z Piły musiał jednak ustąpić miejsca szefowi PSL Waldemarowi Pawlakowi. Został sekretarzem stanu. Teraz stracił i to. – Po tym ciosie długo się nie podniesie. Nie ma nawet mowy, by mógł rywalizować z Dzikowskim o pierwszeństwo w wielkopolskiej Platformie – ocenia polityk z tego regionu. A jeden z posłów przytacza anegdotę ze spotkania w Sejmie parlamentarzystów z Wielkopolski. Dyskutują o opłakanej sytuacji poznańskich zakładów Cegielskiego. Przedsiębiorstwo, które produkuje m.in. silniki okrętowe, z powodu braku zamówień znalazło się na krawędzi. Cóż poradzić? Głos zabiera wiceminister Szejnfeld: – Jak rząd może pomóc Cegielskiemu? Przecież nie kupię silnika, żeby go postawić u siebie w biurze. [i]Podczas pisania tekstu usiłowaliśmy się skontaktować z Adamem Szejnfeldem. Na próżno. [/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL