Polityka

Żelazny człowiek premiera

Grzegorz Schetyna
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Tuż po wyborach Donald Tusk chciał, aby szefem Klubu PO został Grzegorz Schetyna. I teraz tak się stało
– Ale bieda – powiedział do Grzegorza Schetyny tuż przed rozpoczęciem wtorkowych obrad Rady Ministrów Radosław Sikorski. Wicepremier odparł z konsternacją i podejrzliwością widoczną w oczach: – Bieda, tak?
Zachował się w opisywany przez podręczniki sposób właściwy osobom, które nie wiedzą, jak zareagować. Bo wbrew opiniom mediów Schetyna już przed posiedzeniem rządu znał pomysł Donalda Tuska, że przestanie być wicepremierem. Słowa Sikorskiego jednak go zaskoczyły, chociaż było to klasyczne zdanie zagajające rozmowę (Sikorski nie wiedział, jakie będą losy wicepremiera). Tyle że Schetyna jest politykiem wyjątkowo ostrożnym. Pytany o to, komu ufa, odpowiadał bez cienia zastanowienia: – Tylko żonie Kalinie. [srodtytul]Zły policjant[/srodtytul]
I mimo że wielu na niego polowało, zarówno z jego obozu politycznego, jak i z przeciwnego, nikt go do tej pory nie "upolował". – On nieposłusznym łamie kręgosłupy – taka opinia przylgnęła do Schetyny w jego dolnośląskim mateczniku. Z drugiej strony w kontaktach publicznych jawił się jako miły człowiek z sympatycznym uśmiechem. – Wielokrotnie byłem świadkiem sytuacji, gdy Schetyna się zmieniał w okamgnieniu – mówi Paweł Piskorski, były polityk PO, dziś szef SD. Gdy Platforma wygrała wybory, Tusk chciał, żeby Schetyna został szefem Klubu Parlamentarnego PO. Pomysł był logiczny. Tusk miał zarządzać sprawami rządowymi, a jego najbliższy współpracownik pilnować zaplecza sejmowego. Schetyna miał być jedynie wykonawcą i parlamentarnym ochroniarzem swojego szefa -przyjaciela. Określenie "jedynie" nie jest może właściwe, bo nasuwa skojarzenia z dotychczasowym przewodniczącym Klubu Platformy Zbigniewem Chlebowskim. On był jedynie żołnierzem, rola Schetyny była nieporównanie większa. Był jednym ze strategów Tuska, jego terapeutą, złym policjantem w tym polityczno-przyjacielskim duecie. Także słowo "był" nie jest właściwe. Jak twierdzą ci, którzy dobrze znają obydwu, Tusk nie istnieje bez Schetyny. – Bez niego nie potrafiłby nawet znaleźć toalety – ocenił złośliwie Piskorski. Nelly Rokita, żona byłego wiceprzewodniczącego Platformy Jana Rokity, opowiada, że podczas jednej z towarzysko-politycznych imprez Schetyna gdzieś się zawieruszył. Gdy się na chwilę odnalazł, obecny premier z zaniepokojeniem w głosie spytał: – Grzegorz, przecież mnie nie opuścisz? Schetyna jest świetnym organizatorem, bezpardonowo potrafi tworzyć sytuacje, które są dla niego korzystne. Udowodnił to w swoim dolnośląskim mateczniku. I jednocześnie zawsze zapewniał Tuska, że nie zamierza – w przeciwieństwie do Piskorskiego – budować własnej pozycji. Gdy wszedł do rządu, to się jednak zmieniło. Zapewnienia pozostały, ale czyny były inne. [srodtytul]Gorzkie pigułki[/srodtytul] Maj 1988 roku, budynek filologii polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. To centralne miejsce studenckiego strajku. Mózgiem operacji jest Grzegorz Schetyna, student historii, szef podziemnego NZS i działacz Solidarności Walczącej Kornela Morawieckiego. Tak wkracza do polityki. Już w 1990 roku miarą jego pozycji miał być fotel wojewody. Ale we Wrocławiu rządzi i dzieli Rafał Dutkiewicz, wówczas szef Komitetu Obywatelskiego. – Chcieli za dużo – mówił "Rz" Dutkiewicz o Schetynie i Jacku Protasiewiczu (dziś europoseł i szef dolnośląskiej PO). Schetyna został tylko dyrektorem wydziału. Jesienią 1991 roku znów musi przełknąć gorzką pigułkę. Ma chrapkę na fotel wojewody, ale zostaje tylko zastępcą Mirosława Jasińskiego. I poszło między nimi na noże. Wojewoda złożył nawet na swego zastępcę zawiadomienie do prokuratury dotyczące próby wyłudzenia służbowego mieszkania. Gdy w 1992 roku Schetyna odchodzi z urzędu, rzuca się w wir biznesu. Zakłada Radio Eska, które stanie się jego kuźnią kadr. – Czas pokazał, że stamtąd wywodzą się prominentni ludzie w biznesie i polityce regionalnej, z wojewodą dolnośląskim na czele – mówi Stanisław Huskowski, wrocławski poseł PO, który nie kryje, że jest oponentem Schetyny. Schetyna nie bez powodu posługuje się swą ulubioną maksymą, że polityka to gra zespołowa. – Grzegorz potrafił wyłuskać wartościowych ludzi z biznesu i związać ich ze sobą – zauważa Huskowski. Ale nie wszystkie decyzje były trafione. Jedna z nielicznych to Zenon Michalak, biznesmen, który, dzięki protekcji Schetyny, sekretarza generalnego KLD, w 1991 roku dostaje się do Sejmu. Schetynie, który wkrótce przejmie od niego koszykarski Śląsk Wrocław, nie zaszkodzi fakt, że poseł Michalak z ław sejmowych trafia na ławę oskarżonych za wyłudzenia wielomilionowych kredytów. Dzięki spektakularnym sukcesom koszykarzy Schetyna kojarzony jest we Wrocławiu jako sprawny menedżer. Gdy w 2003 roku chce powtórzyć koszykarski sukces z piłkarzami trzecioligowego Śląska, jego drogi schodzą się z Ryszardem Sobiesiakiem, współwłaścicielem klubu. Współpraca zgodnie z podpisaną umową miała trwać kilkanaście lat, skończyła się po dwóch. Dziś Sobiesiak jest w poważnych tarapatach, ale Schetyna nie stracił zaufania premiera. Zawsze zresztą wychodził obronną ręką z oskarżeń o płatną protekcję, korupcję i nieetyczne działanie na styku biznesu i polityki. Za pomówienia wielokrotnie przepraszały go media. [srodtytul]Walka o dusze[/srodtytul] – W polityce manna nie spadała mu z nieba – zauważa Huskowski. Najpierw Schetyna stoczył nieudaną walkę o przywództwo we wrocławskiej Unii Wolności z Władysławem Frasyniukiem. Wtedy to Wrocław zasłynął aferą tzw. pompowania kół (do struktur partii masowo zapisywano osoby tylko po to, by przegłosowywać konkurentów). Przywództwa w dolnośląskiej PO nie zdobył dopóty, dopóki nie zrzekł się go ówczesny szef Bogdan Zdrojewski. Dziś każdy spektakularny awans w lokalnej polityce czy firmach związanych ze Skarbem Państwa komentowany jest jako kolejne posunięcie Schetyny. – To bezapelacyjnie najważniejsza postać w polityce na Dolnym Śląsku – tłumaczy senator Tomasz Misiak. – Zdobył to ciężką pracą i determinacją. – Mit Grzegorza, który za wszystkim stoi, jest w pewnej mierze przesadą, ale często działa – twierdzi Huskowski. – Stworzył pewien wzorzec, który naśladują lokalni politycy. Mają te wady co Grzegorz, ale żadnej z jego zalet. W wielkiej polityce nie okazał się Dyzmą. [srodtytul]Poczucie zagrożenia[/srodtytul] Schetyna wymógł na premierze, żeby został ministrem spraw wewnętrznych i administracji. Pierwszy argument był taki, że chce wreszcie popracować na własną pozycję, że to mu się należy. Drugi, że przygotowywał się do tego stanowiska, że przeprowadził dziesiątki rozmów z fachowcami od tych zagadnień. Tusk się zgodził. I nagle Schetyna zaczął politycznie "rosnąć". Był uważany za najlepszego ministra. Zmieniał image. Z nijakiego, pozbawionego charyzmy polityka stał się rządową gwiazdą. Zaczął lepiej mówić, pojawiał się w kolorowych magazynach w miłej atmosferze, z rodziną. A przede wszystkim jako szef MSWiA był zawsze tam, gdzie być powinien, i to w odpowiednim momencie. Tak zaczęła się rywalizacja między ludźmi z zaplecza Tuska i Schetyny. – Gdy zostaniesz prezydentem, on przejmie partię i nie będziesz miał nic do powiedzenia – sączyli do ucha premiera jego współpracownicy. Schetyna ograniczył aktywność. I tak mogłoby to trwać do wyborów prezydenckich, gdyby nie afera hazardowa. – Czy to możliwe, że Grzegorz nic nie wiedział o tym, co robi Chlebowski, przecież on był jednym z jego "klonów"? – pyta retorycznie polityk PO. I tak premier upiekł dwie pieczenie przy jednym ogniu. Problem w tym, że ten ogień jego też przynajmniej trochę poparzył.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL