Publicystyka

Komisję powołać – i wykastrować

Piotr Skwieciński
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Platforma już teraz ma ochotę decydować, kto z opozycji wejdzie do nowej komisji śledczej. Tusk w środę stwierdził skład komisji musi „służyć wyjaśnianiu tej sprawy, a nie politycznej kampanii” i że nie powinna ona składać się z liderów politycznych — pisze publicysta
Po kilku dniach oporu premier zgodził się na powołanie komisji śledczej w sprawie… no właśnie, w jakiej?
Zarówno z przemówienia Donalda Tuska, jak i z rozproszonych wypowiedzi różnych liderów Platformy można pokusić się o odczytanie politycznego planu rozegrania sprawy komisji przez PO. Takiego rozegrania, które zminimalizowałoby straty, powstałe na skutek ujawnienia afery hazardowej. A więc zapewne Platforma rozpocznie – i dzięki poparciu PSL zapewne wygra – spór o zakres prac komisji. Nie będzie to więc komisja do zbadania afery hazardowej. Będzie to komisja zajmująca się całymi dziejami prac nad uregulowaniem hazardu w Polsce – jeśli nie od 1989 r., to co najmniej od czasu rządów AWS. Być może wręcz komisja przegłosuje plan prac ułożony chronologicznie? Czyli sprawą Mira i Rysia zajmie się dopiero po dogłębnym zanalizowaniu tego, co w przedmiotowej kwestii działo się w ciągu poprzednich 10 lat… Nawet jeśli spin-doktorzy Platformy nie będą mieli śmiałości, żeby sprawę rozegrać aż tak ostro, to i tak szerokie zakreślenie przedmiotu badań komisji pozwoli PO na osiągnięcie kilku celów.
Po pierwsze, skomplikuje relacjonowanie jej działań, wymusi na mediach rozproszenie informacji dotyczących obecnego skandalu w morzu dociekań i przesłuchań na temat tego, co działo się na posiedzeniu jakiejś sejmowej podkomisji na przykład w maju 1999 roku albo w Departamencie Gier Losowych Ministerstwa Finansów w styczniu 2003. W efekcie społeczne zainteresowanie sprawą w naturalny sposób osłabnie, bo ludzie szybko się nudzą. Po drugie, uderzy się w PiS, przypominając że rząd tej partii nie wprowadził dopłat. A wojna z PiS to jest to, co tradycyjnie Platformie najlepiej się udaje. I okaże się, że afera hazardowa to Fafik, a nawet Pikuś w porównaniu z niegodziwościami zbrodniczych kaczystów. A przy okazji uderzy się w SLD (które w sprawie uregulowań hazardowych ma historyczne „zasługi” – przypomnijmy sprawę, symbolizowaną nazwiskami Jerzego Jaskierni i Anity Błochowiak z 2003-2004 roku). To też posłuży odwróceniu uwagi od obecnej afery. A przy okazji ukarze się Sojusz za telewizyjny układ z PiS. W takim zakreśleniu celu komisji Platforma może, jak się wydaje, liczyć na PSL. Nie tylko dlatego, że silniejszy koalicjant ma gamę możliwości dyscyplinowania koalicjanta słabszego, ale i dlatego, że szerokiego zakresu prac komisji śledczej ludowcy mogą się nie bać. Bo – co biorąc pod uwagę imponujący dorobek tej partii w dziedzinie budowy politycznego kapitalizmu, zakrawa na ironię dziejów – akurat w sferze hazardu ślady działalności ludowców są najmniej znane. Chcę być dobrze zrozumiany – oczywiście ciemne związki polityków z lobbystami i korupcja jest zawsze takim samym złem. Powinny zostać zbadane i rozliczone. Ale w konkretnej, obecnej sytuacji wytyczanie komisji zbyt szerokiego frontu jest najpewniejszą drogą wiodącą do tego, żeby najpierw przedłużyć jej prace w nieskończoność – aż ludzie się znudzą, a potem nie rozliczyć nikogo i niczego. W przemówieniu premiera można też dostrzec zapowiedzi aktywnego wpływania Platformy na skład komisji – po stronie opozycji. Trudno inaczej rozumieć co najmniej dwukrotne wzmianki Tuska o tym, że skład komisji musi „służyć wyjaśnianiu tej sprawy, a nie politycznej kampanii” i że nie powinna ona składać się z liderów politycznych. Przypomnijmy, że w Sejmie były już precedensy, kiedy większość werbalnie godząc się na obsadzenie miejsca w jakimś ciele przez przedstawiciela partii opozycyjnej przyznawała sobie prawo do nie dopuszczenia na to stanowisko jakiegoś konkretnego, wybranego przez tę partię polityka. Sądzę, że ten schemat działania może być zastosowany i teraz. Dzięki czemu, po pierwsze, odwlecze się moment rozpoczęcia prac komisji śledczej. Po drugie, umiejętnie rozgrywając sprawę medialnie, można będzie wywołać skierowaną przeciw partii Jarosława Kaczyńskiego irytację części opinii (narracja pt: „przecież wszyscy chcemy żeby komisja jak najszybciej wszystko wyjaśniła, a tylko ci pieniacze z PiS nie chcą się zgodzić i blokują”). A po trzecie – może uda się rzeczywiście wpłynąć – rzecz jasna w sensie negatywnym – na kształt pisowskiej obsady komisji? Sprawić, by nie było tam pisowskich posłów potencjalnie efektywnych i efektownych? Uniknięcie takiego rozegrania sprawy komisji śledczej wydaje się możliwe. Ale konieczne do tego jest spełnienie trzech warunków. I w dodatku muszą one być spełnione wszystkie trzy równocześnie. Po pierwsze, musi być zachowany obecny, wysoki stopień społecznej dezaprobaty dla działań polityków Platformy i widoczna w tej chwili społeczna determinacja dla wyjaśnienia sprawy. Po drugie – temu wyjaśnieniu musi sprzyjać postawa mediów. Obecnie sprzyja, pytanie jednak o trwałość tego zjawiska. Rozbrat mainstreamowych środków przekazu z wizją dziennikarskiej misji pt. „przecież czyhają Kaczyńscy, i trzeba, nawet zgrzytając zębami, zrobić wszystko żeby im zaszkodzić” jest jednak bardzo świeżej daty. A po trzecie – i PiS, i prezydent muszą zachowywać się bardzo zręcznie. Najbliższe dni przyniosą odpowiedź na pytanie, czy spełnienie tych warunków jest realne. [i]Autor jest publicystą, byłym prezesem PAP, współpracownikiem „Rzeczpospolitej” [/i]

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL