Warszawa

Piękne cierpienie

Olga Pasiecznik i Michał Łabuś w „Tre donne – tre destini” (fot: Jarosław Budzyński)
WOK
„Tre donne – tre destini” to udane połączenie barokowej muzyki z nowoczesnym tańcem. Ale cóż byłoby ono warte bez wokalnego kunsztu Olgi Pasiecznik.
Krucha i delikatna, o subtelnym głosie, odważyła się na rzecz niespotykaną w operze. Wymyśliła dla siebie monodram i przez niemal półtorej godziny jest jedyną śpiewaczką na scenie. W spektaklu „Tre donne – tre destini” Olga Pasiecznik znika jedynie na chwilę, by zmienić strój i dać w ten sposób znak widzom, że wciela się w inną kobietę.
Opery o takim tytule nie ma w spisie dzieł George’a Friedricha Haendla. Przedstawienie powstało z trzech jego kantat, które skomponował na początku XVIII w. Każda opiewa tragiczny los innej bohaterki. Pasiecznik jest rzymską Lucrezią, którą zhańbił królewski syn Sekstus, więc ona decyduje się popełnić samobójstwo. Potem staje się Agrippiną, matką Nerona. Dopomogła synowi w przejęciu władzy nad Rzymem, a on nie okazał wdzięczności i postanowił ją zamordować. Na koniec wciela się w Armidę z poematu „Jerozolima wyzwolona”, która zakochała się w rycerzu wypraw krzyżowych Rinaldzie. Ten jednak obdarzył uczuciem inną...
Poszczególne wyznania pełne są dramatycznych napięć. Kobiety wspominają szczęśliwe chwile, złorzeczą na mężczyzn, buntują się i próbują pogodzić z okrutnym losem. Ileż zatem w ich monologach kłębi się zmiennych emocji, z których można stworzyć wspaniałą kreację sceniczną? Problem w tym tym, że teksty ogranicza gorset barokowej kantaty, w której słowo należało wtopić w kunsztowne arie i recytatywy. I mimo że Haendel potrafił wznieść się ponad konwencję i muzyka w jego utworach przekazuje ludzkie nastroje i uczucia, śpiewając jego utwory, trzeba dochować wierności epoce. Olga Pasiecznik rozumie to doskonale. W każdym wcieleniu jest zarazem barokową heroiną i kobietą, której szczere cierpienia potrafią wzruszyć współczesnego widza. I przez cały czas zachowuje wokalną formę, śpiewa stylowo, a jej finezyjne koloratury są precyzyjne nawet wówczas, gdy musi pokonać zmęczenie. Olgę Pasiecznik wspiera zespół muzyków grających z wyczuciem barokowych reguł, ale „Tre donne – tre destini” nie jest wycieczką w odległą przeszłość. Debiutująca w operowej reżyserii choreografka i tancerka Izadora Weiss połączyła dawną muzykę z nowoczesnym tańcem. Wprowadziła postać mężczyzny (Maciej Łabuś), od którego tak naprawdę żadna z bohaterek Haendla nie potrafi się uwolnić, sama też pojawia się na scenie jako rywalka Armidy. Mariaż tak odmiennych dziedzin jak XVIII-wieczna opera i współczesny taniec nie jest w teatrze czymś nowym. Znakomicie potrafią to robić Francuzi. Izadora Weiss korzysta z tych doświadczeń, ale jej skromny, a wizualnie atrakcyjny spektakl jest w Polsce wręcz ewenementem. Nasze teatry unikają barokowych oper, nie umieją znaleźć atrakcyjnego klucza inscenizacyjnego. Izadorze Weiss to się udało. Przy okazji odświeżyła też z lekka skostniałą formułę obowiązującą w Warszawskiej Operze Kameralnej hołdującej tradycyjnemu teatrowi. A przecież można robić bardziej nowoczesne przedstawienia, zachowując to, co najistotniejsze: wysoki poziom muzyczny i wyczucie stylu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL