fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Sowieci w polskim dworze

Helena Surzyńska z córkami Marylą i Basią (u góry)
archiwum rodzinne
Kilka dni po 17 września do podlubelskiego majątku Serebryszcze wjechał radziecki czołg. Za nim szli krasnoarmiejcy, którzy ograbili dwór, a właściciela przykuli do psiej budy
Siedzimy w przytulnym saloniku przedwojennej willi na peryferiach Wrocławia. Sprzęty codziennego użytku, sofa, stolik i krzesło, na którym siedzę, pamiętają rodzinny dom w Poznaniu. Wokół ściany książek, kolekcja polskiej klasyki. Ponadosiemdziesięcioletnia pani domu siedzi naprzeciwko mnie, w fotelu. „O czym jeszcze mogę pani opowiedzieć?” – powtarza co jakiś czas, trochę bezradna wobec ogromu wspomnień z życia wielkopolskich muzykologów, poznańskiej inteligencji.
Barbara Zakrzewska z domu Surzyńska, jest polonistką i żoną fredrologa profesora Bogdana Zakrzewskiego. Ojciec, Leon Surzyński, znany lekarz kardiolog, działacz towarzystw muzycznych i polityk – poznański piłsudczyk, był ostatnim wicemarszałkiem Sejmu II RP, działaczem Polonii londyńskiej. Dzisiejsza opowieść, na której przekazaniu mojej rozmówczyni zależy szczególnie, będzie tą jedyną. Bo nie wielkopolska, ale wschodnia, lubelska… [srodtytul]Ucieczka z wakacji[/srodtytul]
Leon i Helena Surzyńscy oraz ich córki, 17-letnia Basia i 14-letnia Maryla, mieszkali przy placu Wolności numer 18 w Poznaniu. Tu w czerwcu 1939 roku dziewczęta oglądały wraz z rodzicami swoje świadectwa gimnazjalne: właśnie w trzydziestym dziewiątym Basia zdała małą maturę. Stąd w lipcu Surzyńscy całą rodziną wyruszyli na swoje ostatnie wspólne wakacje. W Tatrach dotarła do nich informacja o powszechnej mobilizacji. Z letniska jechali pędem przez Polskę. Już nie do Poznania, zagrożonego przez Niemców, ale do Warszawy. Jechali prywatnym chevroletem ojca, a przedsięwzięcie udało się tylko dlatego, że ojciec mógł po drodze kupić benzynę, okazując swoją legitymację sejmową. Jadąc tak, patrzyli przez okna i widzieli popłoch i panikę, grupki cywilów wykupujących żywność w sklepach. Na razie zamieszkali w hotelu sejmowym, w mieszkaniu służbowym Surzyńskiego. Pierwsze dni wojny spędzili w schronie, zlokalizowanym pod hotelem, wraz z innymi posłami, którzy nie zdążyli wrócić do swoich domów z wakacji. Wkrótce stało się jasne, że Niemcy wejdą lada chwila do Warszawy. Państwo Surzyńscy, tak jak wówczas wielu, postanowili się ratować ucieczką do wschodnich województw. Wybrali majątek Serebryszcze (dziś Srebrzyszcze) w powiecie chełmskim. Jeszcze w maju poseł Felicjan Lechnicki, właściciel Serebryszcz i przyjaciel domu, powiedział Surzyńskim, by w razie wojny schronili się w jego majątku. Felicjan Lechnicki, pochodzący z zasłużonego rodu, był aktywnym działaczem ziemiańskim, prezesem Lubelskiej Izby Rolniczej. Lechniccy nikomu nie odmówili gościny, mimo że z każdym dniem przybywało i przybywało uciekinierów, przeważnie z Polski zachodniej. [srodtytul]„Polski pan” na łańcuchu[/srodtytul] Miejsca dla wszystkich dość. Strawa skromna, lecz wystarczająca. Kilka dni przeszło uciekinierom we względnym spokoju. Ale Leon Surzyński po namyśle podjął decyzję o wyjeździe do Rumunii, dokąd się udał, jak sobie przypomina jego córka, 6 lub 7 września. Nikt wówczas nie wiedział, że dla Surzyńskich oznacza to rozstanie na przeszło 20 lat… Czy 17 września doszła do Serebryszcz wieść, że na tereny Rzeczypospolitej wtargnęła Armia Czerwona? „Niby coś wiedzieliśmy – wspomina Zakrzewska – ale to było tylko echo”. Nie zdawali więc sobie jeszcze sprawy, co ich czeka. Ale minęło kilka dni i wczesnym rankiem do serebryskiego dworu zapukała zdyszana i zakurzona Tirliporek, Marta Wańkowiczówna, córka Melchiora. Przyjechała na rowerze z odległej o ponad dwadzieścia kilometrów Święcicy należącej do Zdzisława Lechnickiego, gdzie jej rodzice schronili się po ucieczce z Warszawy. Tirliporek została wysłana przez do Serebryszcz z ostrzeżeniem, że wojsko radzieckie zbliża się do wsi, już jest koło Chełma. „Są parę kilometrów stąd! ” – wydusiła z siebie. „Co macie, to chowajcie! Tak, żeby nie było widać! ” – rzuciła. [wyimek]Zakrzewska: – Kałmuk zerwał mi z szyi złoty łańcuszek, który dostałam od dziadków na I Komunię Świętą[/wyimek] „Było to coś strasznego…” – Barbara Zakrzewska przerywa na chwilę opowieść, a jej głos drży. Mieszkańcy, spoglądający z lękiem przez okna, zobaczyli, jak przed dom zajeżdża olbrzymi czołg, który wolno objeżdża cały dwór dookoła. „Już ten sam fakt był wstrząsający i deprymujący” – komentuje. I dopiero po tym występie, po prezentacji broni na teren obejścia weszli żołnierze. – Kto był wśród nich? – Basia dojrzała szlify oficerskie. Trzej noszący je mężczyźni mieli rysy słowiańskie, byli najprawdopodobniej Rosjanami. Za nimi szedł oddział, gdzie dominowały już twarze skośnookich Azjatów, mieszkańców południowych republik, „jakichś Kałmuków”. [srodtytul]Strach, odraza, litość, żal[/srodtytul] „Najmocniej uderzył nas fakt, że było to wojsko strasznie źle ubrane... ” – głos Barbary Zakrzewskiej cichnie. A gdy na nowo podejmuje narrację, w głosie tym nie słychać pogardy, tylko głębokie współczucie: „Brudne to wszystko... Obdarte... Buty? Oni nie mieli butów, tylko takie kamasze bez cholewek! A te ich zwykłe plecaki na sznurkach?”. Wielkopolscy uciekinierzy patrzyli z przerażeniem na bandę, która nazywała się wojskiem. „Jedynie oficerowie trzymali fason” – dodaje. Sowieci natychmiast przystąpili do przywłaszczania sobie majątku. Padło pytanie: „Gdzie jest pan?”. Przerażony Lechnicki wyszedł na spotkanie radzieckiego lejtnanta. Usłyszał: teraz jest tu Kraj Rad i nowy ustrój, majątek przechodzi na własność państwa. Został aresztowany. By właściciela upodlić w oczach wsi, Rosjanie przykuli go łańcuchem do budy. Na drugi, trzeci dzień zaczęły się grabieże zawartości toreb, węzełków i walizek. „Przede wszystkim okupanci ogłosili, że mamy oddać całą biżuterię, jaką mamy ze sobą. Bo jeśli nie oddamy, zostaniemy rozstrzelani” – relacjonuje Zakrzewska. Polakom tłumaczyli, że jest wojna i całe to złoto jest przeznaczone na rzecz obrony Kraju Rad. Tego tragicznego dnia – jak wspomina – w pustawym salonie serebryskiego dworu zostało zorganizowane „biuro rabunkowe”. Przy nim żołnierze zgromadzili mieszkańców i poczęli „urzędowo” rekwirować interesujące ich przedmioty. „Do mnie podszedł jeden Kałmuk. Był tak bezczelny, że nie czekał, aż oddam biżuterię, tylko zerwał mi z szyi złoty łańcuszek, który dostałam od dziadków na I Komunię Świętą” – pamięta Zakrzewska. Tymczasem inni struchleli z przerażenia podchodzili kolejno do stołu. Wykładali na blat przed radzieckim oficerem pierścionki, łańcuszki, broszki, obrączki.... Tylko pani Surzyńska, która wcześniej ukryła była pierścionek brylantowy i złotą obrączkę, nie oddała niczego. „A była wśród nas księżna Puzynina” – przypomina sobie Barbara Zakrzewska. „Zachowywała się, jak gdyby była w jakimś śnie, w jakimś otumanieniu… Oczy miała okrągłe, szeroko otwarte, i twarz nieruchomą… I tak szła w stronę Sowietów, jak gdyby nie widząc nikogo. W dłoniach trzymała kasetę z biżuterią nieprawdopodobnej wartości, starą piękną biżuterię… ”. Wszystko to księżna oddała za pokwitowaniem w postaci kawałeczka papieru w kratkę zapisanego ołówkiem koloru liliowego. „Ten ich dowódca – kontynuuje Barbara Zakrzewska – wyrwał kartkę z zeszytu, dobył ołówka kopiowego (oni zawsze używali liliowych ołówków, nawet zeszyt miał kratkę tej barwy), napluł na dłoń, umoczył w plwocinach końcówkę ołówka i zaczął sporządzać rejestr: kto i ile sztuk biżuterii oddał na skarb państwa”. Każdy z okradzionych otrzymał takie „zaświadczenie”. [srodtytul]Jak dzieci[/srodtytul] Kolejne dni w serebryskim dworze upływały w wielkim strachu. „Ciągle wchodzili do domu, grzebali w naszych rzeczach” – ciągnie Zakrzewska. Bały się o siebie szczególnie kobiety, wiedząc o gwałtach, jakich dopuszczali się czerwonoarmiejcy. Jedyną nadzieją było zajęcie sołdatów nową rozrywką, jaką niewątpliwie były wynalazki techniki, zupełnie im dotąd nieznane. Basia była świadkiem, gdy jeden z żołnierzy dopadł maszyny do pisania. Uderzył w jeden klawisz, w drugi... Jednym palcem, potem drugim… „I był strasznie zadowolony, że to tak działa…! ” – przypomina sobie Zakrzewska. „A jak mu zadzwoniło, tak się cieszył. Zupełnie jak dziecko małe...”. Widząc to, Maryla Surzyńska zorganizowała pokaz kolejnego wynalazku, również niedostępnego mieszkańcom sowieckiego raju. Otóż znalazły się w bagażu pamiątkowe przezrocza, które państwo Surzyńscy przywieźli z Paryża. Oglądało się je za pomocą urządzenia przypominającego niewielkie pudełko, do wnętrza którego wkładało się szklane płytki z obrazami, a zaglądało się za pomocą specjalnych, wmontowanych okularów. Teraz zatem krasnoarmiejcy ustawili się karnie w kolejce, kolejno podchodzili do urządzenia i oglądali – w formacie trójwymiarowym – eksponaty muzealne, szczególnie meble, zgromadzone w Wersalu. „Oni byli zafascynowani samym faktem, że coś takiego może istnieć” – wspomina pani Zakrzewska. [srodtytul]Wieś nie daje się sprowokować[/srodtytul] Rosjanie prowadzili swoją komunistyczną propagandę także wśród chłopów i liczyli na to, że dziedzice z Serebryszcz zostaną zlinczowani przez nich. Ale mieszkańcy wsi byli nastawieni do dworu bardzo życzliwie. „Przyczyniła się do tego chyba postawa pani Lechnickiej” – rozważa Barbara Zakrzewska. We dworze była matką czworga dzieci, które wychowała i wykształciła, a na folwarku pozostawała znaną i szanowaną przez chłopów nauczycielką, felczerką i pielęgniarką. Chorym stawiała bańki i opatrywała rany. Zbierała w pałacu dzieci chłopskie i uczyła je czytania i pisania. Teraz chłopi nie mogli co prawda jawnie stanąć w obronie Lechnickich, ale też nie czynili nic przeciwko nim. Już drugiej nocy, która nastała po owym najeździe, ze wsi podeszli do dworu ludzie, którzy uwolnili Lechnickiego z łańcucha. Przebrali go w mundur kolejarza i niezwłocznie wyekspediowali pociągiem w bezpieczniejsze rejony (już nigdy nie wrócił do Serebryszcz). Wyzwoliciele ludu nie widzieli ani nie słyszeli nic, bo oni sami w tym czasie leżeli pijani. Następnego dnia po grabieży kosztowności przybył jakiś oddział. „Zdaje się – jeśli myśleć polskimi kategoriami – było on złożony z poruczników czy też podporuczników?” – myśli głośno Zakrzewska. I oni zarządzili, że mieszkańcy dworu zasiądą teraz do wieczerzy, ale innej niż te dotychczas im znane. [srodtytul]Chłopskie jadło[/srodtytul] Rosjanie spędzili do jadalni właścicielkę dworu z dziećmi i wszystkich bieżeńców. Na stole postawili miski z kaszą bez omasty i garnki z kwaśnym mlekiem. Polscy panowie mieli odtąd jeść tak, jak dotąd jedli chłopi. Bo, jak uzasadnili okupanci, „teraz jest równość”. Kałmucy zapalili lampy i podciągnęli rolety. I kazali oglądać scenę mieszkańcom wioski spędzonym na taras przez uzbrojonych po zęby żołnierzy. Mieli oni patrzeć i szydzić, a potem włączyć się do grabieży majątku. A tymczasem stali w grobowym milczeniu, „W tej ciszy był chyba bunt – mówi Barbara Zakrzewska – a niektóre kobiety zasłaniały sobie oczy chustkami”. Sami zaś Sowieci poszli do kuchni i zrabowali stamtąd całą żywność (rzekomo na rzecz wyżywienia wsi). Fakt ten pokwitowali tradycyjnie na kartce w kratkę podpisaną przez dowódcę liliowym ołówkiem. Nazajutrz bieżeńcy dowiedzieli się, że chłopi nie dostali z owego jadła nic. A nawet stracili to, co dotąd mieli w swoich własnych spiżarniach. [srodtytul]Powitanie Armii Czerwonej[/srodtytul] Pod koniec września pod względem zaopatrzenia w żywność było już tak źle, że zaprzestano nawet pieczenia chleba: „Gotowało się tylko kaszę i robiło jakieś kluski, i to wszystko” – mówi Zakrzewska. Wreszcie pewnego dnia radziecka komenda wojskowa zebrała wszystkich tymczasowych mieszkańców dworu i rozkazała im wrócić tam, skąd pochodzą. Tym, którzy potrzebowali, wydawano stosowne przepustki. W ten sposób pani Surzyńska z córkami dostały przepustki do Poznania. Panie pojechały jeszcze do Chełma. Miały nadzieję, że w zaprzyjaźnionych z dworem sklepikach zaopatrzą się w odrobinę żywności, a także zdobędą materiały na cieplejszą odzież. „I tam byłyśmy świadkami sceny, która nas zupełnie zszokowała” – Zakrzewska nieznacznie podnosi głos. „Było to uroczyste powitanie przez lokalną gminę żydowską żołnierzy Armii Czerwonej”. Naprzeciw dowódcy stacjonującego tam oddziału wyszli lokalni dostojnicy. „Był wśród nich rabin? Rada rabinacka?” – zastanawia się głośno pani Zakrzewska. Pamięta, że powitanie odbywało się uroczyście. „Żydzi witali Sowietów chlebem i solą… Było i wino, i kwiaty... ” – mówi wolno. „Dopiero zaczęłam sobie uświadamiać, że Żydzi to jest samoistny względem Polaków żywioł” – opowiada. – „Teraz witają tych, z którymi odtąd będą tutaj współegzystować. Tak ja to przynajmniej zrozumiałam…”. Wkrótce po tym wydarzeniu panie Helena, Basia i Maryla Surzyńskie opuściły gościnne Serebryszcze, udając się w długą i niebezpieczną drogę do Rzeszy, do Warthegau – jak teraz nazywała się ich rodzinna Wielkopolska. Państwa Lechnickich zachowały na zawsze we wdzięcznej pamięci. A owo wejście Armii Czerwonej do podchełmskiego majątku, przy całej swej grozie, pozostało w pamięci Basi jak warta uwiecznienia scena filmowa.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA