Ekonomia

Lucerna nie boi się już Piłata

Podczas ładnej pogody z Pilatusa widać fantazyjny kształt Jeziora Czterech Kantonów
"Rz" Online, Filip Frydrykiewicz F.F. Filip Frydrykiewicz
Nie zdziwcie się, jeśli podczas spaceru po Lucernie zaczepią was roześmiani, poprzebierani młodzi ludzie. I będą chcieli wam coś sprzedać. To kandydaci do ożenku zbierają pieniądze na ślub.
[b][link=http://www.rp.pl/galeria/235133,342124.html]Zobacz zdjęcia[/link][/b]
Lucerniańska młodzież ma taki zwyczaj. Kiedy ślub jest już ustalony, kandydat na pana młodego rusza w miasto z kolegami, a przyszła panna młoda z grupą przyjaciółek. Ich zadaniem jest uzbierać nieco pieniędzy na ślub. Ale to tylko pretekst, bo zabawa ma raczej charakter wieczoru panieńskiego lub kawalerskiego. Śmiechu więc przy tym co niemiara. Najważniejsze to obmyślić oryginalny sposób, by ludzie chcieli dawać datki. Widziałem trzy takie sposoby. Raz piękna dziewczyna oferowała przechodniom czerwone róże lub kubek kawy nalanej z wielkiego termosu niesionego przez jej towarzyszki (5 franków). Kto odmówi pięciu franków uroczej pannie młodej? A właściwie całej gromadzie panien? Innym razem pewna „sierotka” z koszykiem pełnym gadżetów sprzedawała pudełka zapałek z... naklejonymi własnymi fotografiami. Po 2 franki.
Ale najbardziej pomysłowi okazali się trzej mężczyźni, którzy przytaszczyli dwie miednice z kolorowymi balonami (wielkości piłki tenisowej) wypełnionymi wodą. Dwóch z nich przywiązało trzeciego do filara w podcieniach starej kamienicy, po czym zachęcali zgromadzonych gapiów do rzucania w delikwenta balonami. Jeden rzut – 2 franki. Chętnych nie brakowało i już po chwili chłopak był cały mokry. [srodtytul]U stóp Poncjusza[/srodtytul] To jest właśnie Lucerna. Latem zawsze się tam coś dzieje. A to koncert pod hasłem walki z ociepleniem klimatu na placu przed kościołem Jezuitów, a to jarmark średniowieczny pod gotyckim kościołem Franciszkanów, a to sobotni targ staroci pod starym młynem nad brzegiem rzeki Reuss. O targu warzyw, owoców, serów i kwiatów nie wspominając. Nawet w Szwajcarii rzadko zdarza się takie połączenie: wysokie góry, rozległe jezioro, wartka rzeka i historyczna architektura. Lucerna ma wszystkie te atrybuty. Nic więc dziwnego, że miasto uchodzi za najładniejsze w całej Szwajcarii, a życie w nim przyrównywane jest do życia na wczasach w kurorcie. Lucerna rozłożyła się u stóp góry Pilatus, nad brzegiem Jeziora Czterech Kantonów, tam gdzie wypada z niego rzeka Reuss. Początkowo występowała w źródłach historycznych jako wioska rybacka i miejsce osiedlenia się w VIII wieku benedyktynów. Z czasem (XIII – XVIII w.) wyrosła na silny ośrodek handlu na szlaku biegnącym z Europy Środkowej do Włoch przez Przełęcz św. Gotarda. Miasto leży w sercu Szwajcarii, co nie jest bez znaczenia. Niecałe 30 kilometrów od niego znajduje się łąka Rütli, narodowe sanktuarium Szwajcarów. Miejsce zawiązania w 1291 r. przez trzy kantony (Uri, Schwyz, Nidwalden) pierwszej konfederacji, co dało początek państwowości Szwajcarów. Lucerna była pierwszym miastem, które przystąpiło (1332 r.) do tego związku. Szukała sprzymierzeńców w walce o niezależność z właścicielem tych ziem, rodem Habsburgów. Trudne chwile miasto przeżywało też w XVI w., kiedy broniło swej katolickiej tradycji przed zapędami reformacji. Mimo naporu protestantyzmu, na który przeszły Genewa, Berno, Zurych czy Bazylea, udało się jej pozostać przy katolicyzmie. Ukoronowaniem jej rozwoju i kariery było uzyskanie w XIX wieku statusu kurortu i ośrodka turystycznego, a w XX wieku do tej funkcji dodała też funkcję jednego z ważniejszych ośrodków kultury. [srodtytul]Danse macabre nad rzeką[/srodtytul] Każda epoka zostawiła swoje ślady w mieście. Niewątpliwie najsłynniejszym z nich jest kryty most drewniany przerzucony nad rzeką Reuss. To najstarszy taki obiekt w Europie, bo pochodzący z 1333 r. Nazwę Kapliczny (Kapellbrücke) wziął od gotyckiej kaplicy św. Piotra stojącej na brzegu Starego Miasta. 26 lat temu świat obiegły wstrząsające zdjęcia z pożaru mostu. Przyczyną tragedii był prawdopodobnie niedopałek papierosa. Większa część konstrukcji się spaliła. W tym 85 ze 110 trójkątnych, XVII-wiecznych obrazów, umieszczonych pod dachem, ilustrujących historię miasta. Po odbudowie mostu zastąpiono je kopiami. Mostowi dodaje oryginalności to, że przecina nurt rzeki na skos, a do tego zbudowany został na planie przypominającym literę „z”. To wynik bagiennego podłoża, na którym był stawiany. Przylega do niego, wyrastająca wprost z nurtu rzeki kamienna, ośmiokątna wieża. Dzisiaj siedziba towarzystwa artyleryjskiego, dawniej więzienie i miejsce tortur. Więcej autentyzmu zachował drugi, krótszy, więc nie tak efektowny, most Plewny z 1408 roku. W mroku panującym pod jego dachem również kryją się malowidła. Jeśli wytężyć wzrok, można dojrzeć ludzi w towarzystwie szkieletów. W tym danse macabre biorą udział wszyscy – bogaci i biedni, niezależnie od stanu, płci i i wieku. Przesłanie cyklu jest klarowne: pamiętaj przechodniu, śmierć zabiera wszystkich. Przeżyj więc życie tak, by nie bać się spotkania z nią i przejścia na drugą stronę rzeki. Na razie Reussu, a w przyszłości Styksu. O katolickiej tożsamości Lucerny przypomina potężna bryła kościoła Jezuitów, którego jasna fasada oflankowana dwoma wieżami malowniczo odbija się w rzece. Jezuici postawili świątynię w zdobywającym w XVII wieku popularność stylu barokowym. Tuż obok szkoły, którą prowadzili, a która miała stale 300 – 400 studentów. [srodtytul]Wino od Fritscha[/srodtytul] Drugi brzeg rzeki zajmuje najstarsza część miasta – domy i kościoły, których historia sięga średniowiecza. Wąskie uliczki, nieduże place, zaułki, kamienne portale, wykusze, fasady pokryte graffiti, kolorowe okiennice, fontanny z figurami. Mieszkańcy najbardziej lubią kolorową fontannę na Kapellplatz. Choć przypomina ona barokowe fontanny jakich wiele w szwajcarskich miastach, to powstała stosunkowo niedawno, bo w 1918 r. Poświęcona jest postaci niejakiego Fritscha. Żyjącego podobno w XV wieku wieśniaka, znanego z tego, że kiedy przyjeżdżał do miasta, zawsze robił jakieś żarty. Fritsch zapisał swój majątek w spadku gildii szafranowej, która miała zająć się rozdawaniem podczas karnawału wina biednym. Gildia działa do dziś i stara się wywiązywać z nałożonego na nią obowiązku. A podczas karnawału, który w Lucernie obchodzony jest szczególnie głośno i barwnie, dwóch jej członków przebiera się za Fritscha i jego żonę i otwierają zabawę. Jeśli wyplątać się ze Starego Miasta i zejść przez plac Łabędzi (Schwanenplatz) nad jezioro, trafi się na zupełnie inne oblicze Lucerny. Wzdłuż brzegu ciągnie się tu rząd luksusowych, XIX-wiecznych hoteli przypominających pałace. Osłonięty szpalerem drzew deptak, idealny do spacerów, prowadzi do oddalonego o dwa kilometry nowoczesnego Muzeum Transportu. W kilku jego halach „opakowanych” w liczne znaki drogowe lub kołpaki samochodowe zgromadzono liczne samochody, samoloty, lokomotywy, tramwaje i ich modele. Woda w jeziorze jest przejrzysta. Jak zapewniają Szwajcarzy, nadaje się do picia. Z przystani odpływają niewielkie statki spacerowe, kołysze się przycumowana do brzegu jedyna w swoim rodzaju piętrowa drewniana plaża. Towarzystwo opala się na jej górnym pokładzie, siedząc na leżakach i popijając drinki. Kto jednak nie gustuje w takim wypoczynku, może wynająć niebieski rower wodny, wypłynąć na jezioro i dać się bujać falom, korygując kurs łajby leniwymi ruchami nóg. Po drugiej stronie zatoki dostrzec można wielkie białe statki z kołami bocznymi (największa flota śródlądowa na świecie). Za nimi ciemną sylwetę dworca kolejowego, a obok przeszklone nowoczesne centrum kongresowo-koncertowe. Dzieło francuskiego architekta Jeana Nouvela. [srodtytul]Szwajcarska cepelia na szczycie[/srodtytul] Kolejka wspina się pod górę. Obok torów co jakiś czas pokazują się tabliczki z informacją o nachyleniu stoku. 15 proc., 25 proc., 45 proc. Uff... Wreszcie ukazuje się magiczna liczba: 48 proc., świadcząca, że to najbardziej stroma kolejka na świecie. Od 120 lat wwozi turystów na górę Pilatus, u stóp której rozłożyło się miasto. Pasażerowie nie odczuwają nachylenia. Siedzą wygodnie na ławkach ustawionych w poprzek wagonu jak na stromych schodach. Kiedy wagon wyjeżdża ponad linię lasu, za oknem napierw widać zielona hale, później granitowe osypiska, przełęcze i szczyty z białymi łatami śniegu. Przy górnej stacji (2100 m n.p.m.) szeroki taras z restauracją, stoły i leżaki do opalania. Ubrani w ludowe stroje wieśniacy dają koncert na alpejskich rogach – długich trąbitach, które zgodnie z tradycją muszą być wytoczone ręcznie z jednego kawałka świerkowego drewna. Dwoje dzieci przebranych za pasterza i pastereczkę, jak z XIX-wiecznego obrazka, przechadza się z kozą. Pozują do zdjęć. Dalej, przy stole brodaty artysta ludowy struga z kijków szarotki, symbol Alp i jeden z symboli Szwajcarii. Taki szwajcarski folklor w pigułce. [srodtytul]Smoki i wieszczki[/srodtytul] Szczyt Pilatusa przez wieki budził wśród okolicznych mieszkańców grozę. W licznych legendach, jakimi był owiany, najczęściej pojawiały się smoki. Przelatywały nad górą, mieszkały w jaskiniach. Raz ratowały ludzi, innym razem ich pożerały. Jednego z nich zabił dzielny rycerz Winkelried, a innego zaobserwowano kiedy wyszedł z rzeki Reuss tuż pod murami miasta. Było to w 1429 roku po wielkiej powodzi. Przypuszczano więc, że smok spłynął do rzeki z górskim potokiem. Ale nazwę góra wzięła prawdopodobnie od Poncjusza Piłata. Mieszkańcy Lucerny wierzyli, że jego duch zatopiony był w czarnej toni górskiego stawu. W każdy Wielki Piątek Piłat pojawiał się nad brzegiem jeziora i obmywał w nim ręce z krwi. Długie wieki nikt nie śmiał wejść na szczyt góry, władze Lucerny zabroniły tego nawet urzędowo. Obawiano się, że zbytnia śmiałość może zbudzić złe moce. Aż w 1585 r. pewien ksiądz, wraz z grupą odważnych mieszczan, wszedł na górę i ją poświęcił. Od tej pory góry już się tak nie bano. Wierzchołek Pilatusa jest w charakterystyczny sposób rozdarty, góra ma trzy sterczące szczyty. Turyści chętnie wdrapują się na każdy, bo każdy zapewnia nieco inne widoki. Ale tylko z najwyższego (2137 m n.p.m.) roztacza się panorama na wszystkie strony świata. W dole połyskuje ciemna tafla nieregularnie rozlanego polodowcowego Jeziora Czterech Kantonów. W letni słoneczny dzień widać miasto przyklejone do wody, a na niej chmarę białych, trójkątnych żagli. Skrzydlaty smok występuje już tylko w postaci emblematu tutejszej kolejki. Za to nad głowami turystów przelatują lśniące, czarne jak smoła wieszczki – ptaki z rodziny krukowatych, wielkości wrony, z żółtymi dziobami. Mimo demonicznego wyglądu wydają się sympatyczne. I sprytne. Zawieszone w powietrzu jak latawce nad tarasem restauracji czekają, aż ktoś rzuci im resztki jedzenia. Łapią je wtedy w locie. [srodtytul]Saneczki latem[/srodtytul] Szwajcarzy kochają swoje góry, a w genach mają zakodowane ruch, sport i dbanie o zdrowie (konia z rzędem temu, kto wskaże otyłego Szwajcara). Nic dziwnego, że wykorzystali uroki Pilatusa i zamienili go w swoisty rodzinny park rozrywki. Z Lucerny najlepiej wyruszyć na Pilatus statkiem, wielkim kołowcem (można też zwykłą koleją, ale to mniej ciekawe) płynącym wzdłuż wybrzeża jeziora do miejscowości Alpnachstadt. Tam przesiąść się w kolejkę zębatą. A po wizycie na wszystkich szczytach i w ukrytej w skale grocie zjechać na drugą stronę góry. Tym razem kolejką gondolową, która ma po drodze dwa przystanki. Już na pierwszym kolejne atrakcje – między wysokimi drzewami rozpięto różne rodzaje linowych mostów. Trzeba się nieco pogimnastykować, by przejść je wszystkie. Zabawa jest w pełni bezpieczna, bo każdy przypięty jest do liny– poręczy. A na koniec nagroda – zjazd tyrolką. Komu jeszcze mało emocji, może teraz pomknąć letnim torem saneczkarskim – kręta rynna ma 1350 metrów długości i jest najdłuższym tego typu urządzeniem w Szwajcarii. Przy kolejnej stacji kolejki gondolowej, kilkaset metrów niżej, urządzono z kolei ogromny plac, a raczej miasteczko zabaw, dla dzieci. Na górskiej hali stoją huśtawki, drabinki, zjeżdżalnie, piaskownice zbudowane z drewnianych bali. Kiedy dzieci szaleją, rodzice odpoczywają obok na kocach, ławkach lub pod parasolami ogródka alpejskiej restauracji. Jeszcze ostatni odcinek gondolą i spacer na przystanek autobusu, który zabiera nas – zmęczonych, ale zadowolonych i pełnych wrażeń – z powrotem do Lucerny.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL