Sylwetki

List nie mógł wstrzymać inwestora

Głos Szczeciński, Marcin Bielecki Mar Marcin Bielecki
- Skarb państwa wiedział, że przejął majątek stoczni szczecińskiej z wadą prawną – przekonuje Krzysztof Piotrowski, były prezes Porty Holding
[b]"Rz": Resort skarbu i nabywca aktywów stoczni w Gdyni i Szczecinie twierdzą, że byli członkowie zarządu i akcjonariusze Stoczni Szczecińskiej Porta Holding, do których i Pan należy, listem do inwestora wstrzymali terminową zapłatę za majątek zakładów. Mamy gratulować skuteczności? [/b]
[b]Krzysztof Piotrowski:[/b] Proszę nie żartować. List od Stowarzyszenia nie mógł wstrzymać transakcji, jeúli rzeczywiście była poważna. To raczej zasłona dymna rządu, która miała wykazać, że wcześniejsze działania w sprawie stoczni były przeprowadzone zgodnie z prawem i techniką negocjowania. [b]Czyli Pana zdaniem list od Stowarzyszenia Obrony Stoczni, powiązanego z byłym zarządem Porty, nie miał wpływu na decyzję inwestora? [/b]
Nie sądzę. [b]W takim razie po co go wysyłano? [/b] W ciągu ostatnich dziewięciu lat informowaliśmy wszystkich – prezydentów, premierów, ministrów gospodarki i skarbu z kolejnych ekip rządzących o wadach prawnych, które będą mściły się na Stoczni Szczecińskiej Nowa. Nie były one tajemnicą. [b]To chyba dobrze, że wreszcie ktoś zareagował na te ostrzeżenia? [/b] Ale skoro firma, która wylicytowała stoczniowy majątek i zamierza wyłożyć na niego sporą kwotę, chce robić due dilligence tych aktywów dopiero po zawarciu umowy kupna, to coś tutaj nie gra. Istnieje zasada, że badanie wykonuje się przed zakupem, a nie post factum. [b]Może zawarto niewiążącą umowę o charakterze warunkowym?[/b] Nie znam treści umowy, więc nie chcę wchodzić w szczegóły. Być może sprzedaż była uzasadniona inną transakcją, jak już spekulowano. Nikt na razie nie wie, na czym to polega. Stocznia Szczecińska Nowa ma już za sobą kilka podejść do prywatyzacji. Za każdym kolejnym połowę Europy obiegała informacja, że przed ministerstwem skarbu jest kolejka inwestorów, którzy tylko czekają, by zawalczyć o jej zakup. Tyle, że gdy obejrzeli dokumentację, padało to samo hasło: tu jest wada prawna. Nie można sprzedawać czegoś, co nie jest własnością sprzedającego. [b]O jakich wadach prawnych Pan mówi?[/b] Jak wiadomo, w lipcu 2002 r., w rekordowym tempie ogłoszono upadłość Stoczni Szczecińskiej Porta Holding. Wcześniej powołano nową spółkę – Stocznię Szczecińską Nowa, która miała kontynuować jej działalność. Jednak aktywność stoczniowa była skoncentrowana w spółce zależnej SSPH – Allround Ship Services. Kilka tygodni przed ogłoszeniem upadłości SSPH państwowa Agencja Rozwoju Przemysłu kupiła ASS od nowego zarządu Porty za złotówkę, choć wówczas trwało już postępowanie układowe z wierzycielami SSPH. A w trakcie postępowania układowego nie można sprzedać niczego bez zgody sędziego komisarza, rady wierzycieli i walnego zgromadzenia akcjonariuszy. Nadzorca się zgodził, ale walne nie przyjęło uchwały pozwalającej na uszczuplenie majątku dłużnika, należącego wówczas do wierzycieli. To znaczy, że skarb państwa – właściciel ARP – przejął spółkę z wadą prawną, bo bez zgody walnego. [b]Tak, ale to byłby problem inwestorów, którzy chcieli kupić całą spółkę w procesie prywatyzacji. A stoczniowa specustawa gwarantuje nabywcy, że co do zasady majątek stoczni będzie wolny od obciążeń. [/b] Gwarantuje, że będzie wolny. Pytanie, czy faktycznie jest? Niektórzy sądzą inaczej. Specustawa z 6 listopada bazuje na danych dostarczanych przez rząd. Ich wiarygodność jest jednak wątpliwa, skoro w przeszłości wysocy urzędnicy państwowi wielokrotnie posługiwali się nieprawdą. Przykładem może być pismo Komisji Europejskiej z 6 listopada 2008 r. w sprawie pomocy państwa udzielonej Stoczni Szczecińskiej, skierowane do polskiego MSZ. Zawiera dane świadczące o tym, iż strona polska podała komisji nieprawdę, twierdząc iż w 2001 r. Stocznia Szczecińska Porta Holding należała w stu procentach do państwa. Tymczasem państwo miało w tym majątku mniej niż 10 proc. Potem w państwową już Stocznię Szczecińską Nowa wpompowano 5,7 mld zł pomocy. Czy ktoś wie, gdzie się podziały te pieniądze? Majątku przecież nie zmodernizowano, a statki budowano w oparciu kontrakty, które zakładały ich ceny niższe o 20-40 proc od wartości nakładów. [b]Sprawę zaniżonych kontraktów Stoczni Szczecińskiej Nowa bada szczecińska prokuratura. [/b] Ale chyba się nie spieszy. Tymczasem pytanie, co się stało z tak ogromnymi pieniędzmi, jest poważne, bo może wypłynęły na wyspy Hula-Gula? Co ciekawe, przed prywatyzacją stocznia, jeszcze imienia Warskiego, miała podobne straty na statkach, jak w przypadku Stoczni Szczecińskiej Nowa. Działał ten sam mechanizm. Dla przykładu – jeśli kontenerowiec według cen światowych wart był 58 – 62 mln USD, SSN kontraktowała go na 40. Państwo dopłacało do strat. Może ktoś się tymi „stratami” z kimś dzielił. Kto z kim, tego nie wiem, bo to powinny wyjaśnić właściwe instytucje. [b]Czy akcjonariusze Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A. w upadłości robią coś, poza pisaniem listów, żeby odzyskać swoje prawa do majątku?[/b] Pracują już nad tym kancelarie prawne. 6 lipca został wybrany nowy zarząd SSPH S.A. i teraz możemy działać efektywnie. Na razie akcjonariusze swoim listem poinformowali władze i opinię publiczną, że to oni są współwłaścicielami stoczni, która w 2002 r. została bezprawnie przejęta przez państwo. I że mają prawo do tych aktywów. W odpowiedzi minister skarbu postraszył ich prokuraturą i ABW. Tymczasem wiosną 2007 r. ci sami akcjonariusze spotkali się z Norwegami z firmy Ulstein Verft, którzy byli zainteresowani inwestowaniem w stocznię. I Norwegowie zapewnili ich, że członkowie stowarzyszenia mają rację. [b]Akcjonariuszom SSPH S.A. w upadłości zależy, żeby wrócić do rozmów z Norwegami? [/b] O Norwegach mówimy, bo to był wówczas kontrakt oparty o kapitałową strukturę norwesko-amerykańską. Pieniądze były amerykańskie, co oznaczało, że wnikliwa kontrola kapitałowa przed transakcją była oczywistością. Było też pewne, że jeśli coś nie będzie grało, to inwestor w to nie wejdzie. Pomysł powrotu do rozmów z Norwegami nie jest zatem wykluczony, ale akcjonariusze SSPH zaakceptują każdego partnera, który uszanuje ich prawa własności i który przyjdzie po to, by kontynuować działalność SSPH. Stocznia przed 2002 r. była warta 1,2 mld zł, miała dwie nowe pochylnie, w tym największą w Europie - „Wulkan”, był ośrodek malowania sekcji, nowa cynkownia, baza paliwowa o zdolności obsługi 20 proc. polskiego rynku paliwowego, terminale pływające, itd. A co mamy dziś? [b] Dziś mamy majątek stoczni, kupiony przez inwestora, który ma zapłacić za niego w drugim terminie - do 17 sierpnia. I spółkę Polskie Stocznie, która ma szansę zacząć od nowa produkcję statków w Gdyni i Szczecinie.[/b] Nie, mamy ponoć inwestora, który ma zapłacić za majątek Stoczni Szczecińskiej Nowa 90 mln zł, czyli tyle, ile kosztuje pół suwnicy. I mamy pana Jana Ruurd de Jonge, prezesa Polskich Stoczni i reprezentanta Stichting Particulier Fonds Greenrights, spółki, która wylicytowała w przetargu stoczniowe aktywa. Jakie ma doświadczenie? Czy on zbudował jakiś statek? Łódkę? Kajak? Mamy też „okrętowców” z ARP we władzach Polskich Stoczni. Ile oni statków zbudowali? Czy oni cokolwiek wiedzą o branży, o której decydują? Z drugiej strony jest 1600 akcjonariuszy, ludzi którzy budowali potęgę stoczni, w tym doświadczony zarząd i kadrę zarządzającą. I jest Porta Holding, która mimo upadłości w kasie ma jeszcze 450 mln zł. Tak, w kasie syndyka jest pięć razy więcej pieniędzy niż wynosi suma, jakiej nie możemy się doczekać od pana de Jonge. To o czym my mówimy? [b]Jan Ruurd de Jonge nie wziął się znikąd. Był admirałem w Royal Netherlands Navy, dyrektorem zarządzającym Naval Engineering, ma spółki konsultingowe działające w branży. Poza tym firmę Stichting Particulier Fonds Greenrigths sprawdzały służby ochrony państwa i nie miały do niej zastrzeżeń. [/b] Poważnych stoczni, takich jaką była stocznia szczecińska, jest na świecie ok. 300. To oznacza 300 twarzy. I jeżeli Reinhard Lüken, szef CESA (Comunity of European Shipyards Association - Stowarzyszenie Stoczni Europejskich) mówi, że nie zna pana Jana Ruurd de Jonge, to chyba jest wystarczająca odpowiedź. Jak można budować przyszłość polskiego przemysłu stoczniowego na nieznanym człowieku? Już nawet nie mówię, żeby Polskie Stocznie ujawniły jakiś program, jakiś biznesplan, ale mogłyby chociaż przedstawić harmonogram tego, co będą robić. Ale tak się nie dzieje. Tymczasem wróble ćwierkają, że chodzi o 70 ha atrakcyjnych gruntów. Poza tym, jeśli w poważnym europejskim kraju nie wiadomo, kto jest inwestorem - czy Stichting Particulier Fonds Greenrights, który kupił stocznie, czy QInvest albo inny katarski bank - to ja się osobiście boję o swoje państwo. W Europie nie było podobnej sytuacji, nawet gdy sprzedawano mniejsze stocznie. Wszystko było wiadome przynajmniej 2 miesiące wcześniej. Poważny branżowy inwestor by tak nie działał. [b]Nie jest prawdą, że Stichting Particulier Fonds Greenrights nie ujawnia planów wobec stoczni. Prezes de Jonge zapowiadał, że w Gdyni będą budowane m.in. gazowce LNG. To nie są realne plany? [/b] Równie dobrze można byłoby zacząć od produkcji statków kosmicznych. To są wysoko zaawansowane technologie. Trzeba mieć do tego przygotowaną załogę, biuro konstrukcyjne, tego nie da się zrobić tak, że zwoła się ludzi i w pół roku będzie się gotowym do pracy. Przy gazowcach występuje dodatkowo problem spawalniczy z gazami niskotemperaturowymi. Dlatego nikt nie stawia wyłącznie na gazowce, zazwyczaj ich produkcją zajmuje się wyspecjalizowana część całego koncernu albo odrębna spółka. [ramka][srodtytul]CV[/srodtytul] Krzysztof Piotrowski – inżynier, specjalista budowy okrętów. Przygotował program prywatyzacji Stoczni Szczecińskiej i stworzył na jej bazie SS Porta Holding skupiający ponad 30 spółek. W 2002 r. aresztowany z resztą zarządu pod zarzutem niegospodarności i doprowadzenia spółki do upadku. W maju 2009 r. po procesie odwoławczym uniewinniony. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL