Muzyka

Wyzwolony głos panny Stone

Joss Stone uwodziła publiczność jak doświadczona soulowa diwa
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Joss Stone ma w zwyczaju na zakończenie występu rzucać w tłum kwiaty. Wczoraj w Palladium były to białe róże bez kolców
To dobre podsumowanie wieczoru, który nie przypominał wyreżyserowanego show. Był wymianą między oddaną artystką i spontaniczną publicznością.
Stone od pierwszych chwil chciała tylko jednego: wciągnąć nas w świat swoich przeżyć i poruszyć. A kiedy śpiewaliśmy z nią, uśmiechnięta mówiła: – To nie żaden popowy chłam. Chcę, żebyście czuli jak ja. Mogła być gwiazdą muzyki rozrywkowej. Wystarczy na nią spojrzeć: śliczna, smukła dziewczyna z charakterystycznym głosem. Byłaby wymarzoną pacynką dla producentów popu. Ale nią nie dało się sterować – już jako nastolatka była uparta, chciała decydować. Właśnie o wolności, samodzielnych wyborach i odwadze śpiewała wczoraj.
Najlepiej udała się „Right To Be Wrong” – manifest artystki, która daje sobie prawo do popełniania błędów. A wszystkim, którzy mają pomysł na to, jak powinna żyć, wykrzykuje: „Dajcie mi spokój!”. To tradycyjna soulowa ballada z potężnym rytmem – w takim repertuarze Stone czuje się najlepiej. Ale pokazała, że potrafi nasycić emocjami różne utwory. Zadziwiające, że niespełna 22-letnia dziewczyna wiarygodnie śpiewa o miłosnej ekstazie, zagubieniu czy stracie kogoś bliskiego. Była niemal jak Billie Holiday – zmysłowa, uwodzicielska, ale też zmienna i zaskakująca. W jednym utworze cierpiała (rzecz jasna przez mężczyznę), głos jej się łamał, jakby cichł pod ciężarem przeżyć, a po chwili odwracała się na pięcie i w rytm dudniącej funkowo perkusji kazała kochankowi się wynosić: „Miałeś mnie i straciłeś!”. Dobrze, że się nie spieszyła. Teraz w modzie jest urządzanie koncertowych biegów z przeszkodami. Jednak Stone zależało, byśmy wsłuchali się w jej muzykę. Zaśpiewała dużo piosenek z trzeciej płyty, tej najbardziej osobistej. Znalazło się wśród nich najdonioślejsze wyznanie. Zanim usłyszeliśmy „Music”, powiedziała: – To będzie o moim ukochanym mężczyźnie. Usiadła na brzegu sceny i ściszonym głosem zaczęła opowieść o absolutnym uniesieniu, jakie przeżywa... wyłącznie dzięki muzyce. To ona jest najważniejsza, nie zawodzi, nie kończy się. Utwór nabierał tempa, czynele hałasowały, saksofon i trąbka wyznaczały ostry puls. A Stone wibrującym mocno głosem doprowadziła publiczność do temperatury wrzenia.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL