Publicystyka

Polska chorobliwa dwupartyjność

Waldemar Kuczyński
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Na scenie politycznej trwa wojna o ustrój. PO, mając za sobą większość Polaków, go broni, a PiS, mając za sobą mniejszość Polaków, go atakuje – pisze polityk i publicysta
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/07/20/waldemar-kuczynski-polska-chorobliwa-dwupartyjnosc/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Od chwili kiedy w Polsce pojawiło się Prawo i Sprawiedliwość i zdobyło duże poparcie wyborców, scena polityczna zmieniła się zasadniczo. Zyskała cechę niezwykłą i zarazem patologiczną. Pierwszy raz od 20 lat istnieje w Polsce silna, wpływowa partia dążąca do usunięcia obecnego ustroju i zastąpienia go innym, bardzo od obecnego odmiennym. Pojawiła się partia (w tym, jak wyżej podany, sensie) wywrotowa, antyustrojowa. Jej obecność głęboko zmieniła oblicze polityki i debaty publicznej.
Nabrały one cech wojny zamiast normalnego sporu w ramach sił akceptujących porządek konstytucyjny. Nic się nie zmieni, dopóki PiS się nie rozpadnie na konserwatywną prawicę uznającą podstawy obecnego porządku i antyustrojowy, radykalny nacjonalizm. Bądź też, co mało prawdopodobne, jeśli partia bardzo się zmieni, doznawszy np. porażek w wyborach samorządowych i prezydenckich. Wielokrotnie o tej patologicznej osobliwości naszej sceny politycznej pisałem, zwracając uwagę, że jeśli się jej nie widzi, to nie rozumie się toczących od kilku lat wydarzeń. W tym artykule zajmę się analizą dziwnej, nienormalnej, chorobliwej dwupartyjności, którą wytwarza istnienie "partii wywrotowej" oraz tym, co może jej przeciwdziałać. [srodtytul]PiS przestraszyło Polaków [/srodtytul] System polityczny, w którym są dwie partie, ma liczne zalety. Na pewno góruje nad partyjnym rozdrobnieniem. Ale tak jest wtedy, kiedy obie partie akceptują ramy ustrojowe i – traktując je jako niezmienny składnik rzeczywistości – proponują odmienną politykę, w której mogą być też pewne korekty porządku publicznego. To jest dwupartyjność politycznego sporu na gruncie ustrojowej zgody. Partią takiej dwupartyjności jest Platforma Obywatelska, która nie bez krytycyzmu uznaje i szanuje to, co zrobiono w ciągu 20 lat, i nie ma projektów, które by zmieniały typ ustroju. Taką partią nie jest natomiast Prawo i Sprawiedliwość w obecnym kształcie. Do tej drogi, którą obrano w roku 1989, do tego kształtu Rzeczypospolitej, jaki powstał, i do tej konstytucji, która go wyraża, ma ona stosunek zajadle nienawistny. Deklaruje otwarcie wolę wejścia na nową drogę polegającą na stworzeniu odmiennego porządku politycznego. PiS z takim programem najpierw zdobyło poparcie dużej części wyborców o dosyć wysokiej jednorodności, którym się nie podoba III Rzeczpospolita, a bardzo im przypadła do gustu IV. Opierając się głównie na tej części Polski, przejęło niemal pełne rządy w kraju. W ciągu dwu lat rządzenia tak przestraszyło większość Polaków, że wywołało tuż przed wyborami 2007 roku istny "bieg do urn", zjawisko niezwykłe, bezprecedensowe nawet na tle wyborów roku 1989. Wyborcy pognali do lokali wyborczych, by oddać głos na PO, niekoniecznie uważając ją za pierwszą partię swego wyboru, lecz dlatego, że to ona miała szansę pokonać partię Kaczyńskich i nie budziła tego co tamta lęku. W ten sposób powstała silna tendencja do wojennej mobilizacji po obu stronach i do przekształcania się zróżnicowanej sceny politycznego sporu w dwupartyjną scenę wojny o ustrój. Naprzeciw partii wrogów III Rzeczypospolitej wyrosła jeszcze potężniejsza partia zwolenników III RP i wygrała. Właśnie dlatego, że jest to dwupartyjność bez ustrojowej zgody, lecz na gruncie wojny o ustrój nie może być uznana za normalną i nie działa jak normalna. Najważniejsze jest to, że wypycha z życia politycznego merytoryczną stronę rządzenia krajem, to znaczy poszukiwanie w ramach debaty i sporu najlepszych rozwiązań problemów. Zastępuje je przez atak, zwykle populistyczny, mający powalić wroga, albo też nasiąkniętą populizmem obronę, by się nie dać. To bardzo obniża jakość rządzenia krajem. Wojenna, patologiczna dwupartyjność wywołuje też na pozór przedziwne, a przecież zrozumiałe zjawiska w sferze świadomości społecznej. Takimi zjawiskami były: owa niezwykła mobilizacja wyborców, by odsunąć partię Kaczyńskich od władzy, utrzymujące się do tej pory wyższe poparcie dla PO od tego, które zyskała w parlamentarnych wyborach mimo dwu lat rządzenia i to w trudnych warunkach, co przecież zużywa. Wreszcie fenomen najnowszy, wzrost notowań Platformy i jednocześnie spadek popularności rządu i premiera. Warto zastanawiać się nad tymi "wybrykami świadomości", bo pomagają zrozumieć lepiej, co się w kraju dzieje. To nie wybryki, lecz zdumiewająca racjonalność zachowań tych Polaków, którzy nie chcą powtórki z IV RP. Wielu ludziom z tej części Polski się pogarsza, albo boją się pogorszenia, bo jest kryzys, i słusznie czy niesłusznie patrzą znacznie ostrzej na działania rządu. Normalne podejście do partii rządzącej dyktowałoby im stopniowe odmawianie jej prawa do sprawowania władzy. Ale podejścia normalne są dla normalnych sytuacji, a ona przez obecność czyhającego za płotem PiS ze swoją IV RP nie jest normalna. Wobec czego następuje rozdwojenie opinii – rosnąca krytyka rządu i premiera, a zarazem trwanie przy Platformie, jako jedynym dzisiaj puklerzu broniącym przed Kaczyńskimi i ich zastępami. To rozdwojenie powinno dać wiele do myślenia Platformie, a także tym, którzy chcieliby się jej wyborcami pożywić. Mam na myśli głównie SLD i środowisko powstające wokół Piskorskiego i Olechowskiego. Dla Platformy to jest ostrzeżenie: taki rozkrok w opinii jej wyborców, jeśli się będzie poszerzał, to w końcu zredukuje poparcie wyborcze dla partii. Moim zdaniem strategie polityczne obu nie -PiS -owskich oponentów PO są błędne, nie dadzą efektów, czyli istotnego wzrostu notowań SLD i SD. Ich błąd wynika z nierozumienia sił, mechanizmów i istoty wydarzeń na naszej scenie politycznej. W obu strategiach cała artyleria wymierzona jest w Platformę, bo ona rządzi, czyli skierowana jest tak, jak to powinno być przy normalnym kształcie sceny politycznej, na której toczy się wyłącznie spór o to, jaka ma być polityka w tej czy innej dziedzinie. [srodtytul]Orkiestra dęta i fujarki [/srodtytul] Otóż, jak wykazałem wyżej i w wielu wcześniejszych artykułach, nasza scena polityczna jest wojenna, na niej trwa nie tyle spór o politykę między partiami, ile wojna o ustrój, w której PO, mając za sobą większość Polaków, go broni, a PiS, mając za sobą mniejszość Polaków, go atakuje. I rozstrzygnięcie w tej wojnie jest dla tej większości Polaków tak ważne, że mimo rosnących zastrzeżeń do rządu i premiera nadal chcą, by Platforma rządziła. To jest dla nich ważniejsze niż kryzys, rewizja budżetu itd. Otóż SLD i piskorczycy, koncentrując ogień na PO, brzmią dokładnie lub prawie tak samo jak PiS i nie mogą być odbierani inaczej niż jak wzmacniający ofensywę Kaczyńskich na Platformę, w istocie rzeczy, jako ich pomocnicy. A dla tych często ponad 50 proc. nadal pokładających nadzieję w PO jako ci, którzy wyszczerbiają platformiany płot chroniący przed zębatą owczarnią IV RP. Tą drogą niczego nie osiągną, nie staną się alternatywą dla partii Tuska. Wyborcy, którzy ją popierają, jeśli nawet chcieliby takiej alternatywy, to skutecznej w pierwszym rzędzie w trzymaniu PiS z daleka od wszelkiej władzy wykonawczej, a ewentualnie w dalszej dopiero kolejności w walce z kryzysem i trosce o biednych. Natomiast jeśli mimowolnie do PiS-owskiej antyrządowej orkiestry dętej przyłącza się własne fujarki, to żadną alternatywą się nie będzie, bo najlepszą w tym ujęciu jest ta orkiestra dęta i jej dyrygent. Jeśli przy obecnej nienormalnej scenie politycznej chce się być alternatywą dla strony rządzącej, to trzeba w pierwszym rzędzie wykazać wiarygodnie, że swoimi działaniami nie dopomoże się antyustrojowej opozycji. To trzeba zrobić przede wszystkim, bo nie złe rządzenie Tuska, lecz niebezpieczeństwo Kaczyńskich określa postawę elektoratu PO. Strategia, która – jak w przypadku SLD, ale i SD też – robi wroga z Platformy, a mimowolnego sojusznika z PiS, może tylko od obu partii odepchnąć tych wyborców, na których liczą. Alternatywę można tworzyć, choć to będzie bardzo trudne, tylko wtedy, gdy wrogiem jest ten, kto jest wrogiem obecnego porządku, a Platforma jest przeciwnikiem w sporze, partią po tej samej, a nie po przeciwnej stronie, kontrpartnerem, a nie obiektem, który chciałoby się wdeptać w ziemię czy wywrzeć zemstę, ale siły za słabe i wychodzi śmiesznie. [i]Autor jest ekonomistą i publicystą. Był ministrem w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, doradzał premierom Włodzimierzowi Cimoszewiczowi i Jerzemu Buzkowi[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL