Muzyka

Wraca Whitney i miłość

Whitney Houston "I Look to You"
Materiały Promocyjne
Drugie życie gwiazdy: w Londynie odbyła się ekskluzywna premiera nowej płyty Whitney Houston "I Look to You"
– Pewnego dnia odebrałam telefon... – mówi Whitney dziennikarzom zebranym we wtorek w sali balowej ekskluzywnego londyńskiego Mandarin Orient Hotel. Z całej Europy przyjechało 200 osób: jako pierwsi słuchamy jej nowych piosenek. Są jeszcze półsurowe, część nagrała ledwie kilka dni temu.
Houston jest rozluźniona, uśmiechnięta. To jej wielki moment, wraca do żywych. – Odebrałam telefon i głos w słuchawce powiedział: "Jesteś gotowa? Chcę, żebyś znów śpiewała". A ja przecież marzyłam tylko o tym, by zaszyć się z córką na końcu świata i jeść truskawki. Mężczyzną, który dzwonił, był Clive Davis, rocznik 1932. Jeden z ostatnich wielkich rekinów amerykańskiego show-biznesu. Przez lata szefował wytwórni Arista, to on zauważył i promował artystów, takich jak Janis Joplin, Bruce Springsteen czy Pink Floyd. Wie o muzyce wszystko. Należy do odchodzącej klasy biznesmenów, którzy poświęcili życie przemysłowi rozrywkowemu. Zbił na nim fortunę, ale nie jest wyrachowanym cynikiem – kocha muzykę. Wystarczy zobaczyć, jak kołysze się w rytm puszczanych nam utworów. Przymyka oczy, a przez jego twarz przebiegają delikatne skurcze – wyraz zadowolenia.
[srodtytul]Jak Bonnie i Clyde[/srodtytul] Davis pofatygował się na drugą stronę oceanu, bo wie, że ma w rękach mocny atut – być może najważniejszą premierę tego roku, a z pewnością: wielką niespodziankę. Teraz siedzi na obitym miękką skórą krześle i popija wodę z kieliszka, przyglądając się, jak jego gwiazda triumfuje, choć wszyscy ją skreślili. – Dużo razem przeszliśmy – Whitney mówi do nas, ale patrzy na niego, z czułością. – Zaczęło się 26 lat temu, choć wolałabym czasu nie liczyć. Ostatnio powiedział mi, że jestem nieznośna. Najbardziej nieznośna ze wszystkich artystów, z którymi pracował. To wielki komplement. Bez Clive'a Davisa nie byłoby Whitney Houston. Wypatrzył ją podczas przesłuchań w jednym z klubów, w 1984 r. podpisał z nią kontrakt, rok później chuda czarnoskóra dziewczyna wydała sensacyjny album, zdobyła kilka Grammy. Davis znajdował dla niej wspaniałe utwory, a ona wspaniale je śpiewała. W latach 80. i 90. pod względem popularności biła na głowę wszystkich. Jako jedyna nagrała siedem utworów, które kolejno wskakiwały na pierwsze miejsce listy magazynu "Billboard". Była też pierwszą artystką, której piosenka utrzymała się na szczycie światowych notowań przez 14 tygodni. "I Will Always Love You" to najsłynniejsze wyznanie lat 90., bezkonkurencyjna miłosna ballada. Ale ze szczytu wiodła długa droga w dół. Dopiero po ośmiu latach, w 1998 r. Houston nagrała świetny studyjny album "My Love Is Your Love". Było to jednak chwilowe przebudzenie. Na progu nowego tysiąclecia bulwarówki alarmowały: "Whitney umierająca". Zdjęcia wyniszczonej narkotykami wokalistki przeplatały się z nagłówkami o aresztowaniach, rozwodzie i długach. Od dziesięciu lat Houston była właściwie nieobecna w świecie muzyki. Clive Davis zadzwonił, bo wiedział, że doszła do siebie. Od rozwodu z Bobbym Brownem, który przyczynił się do upadku jej kariery, minęło kilka lat. Ten czas wokalistka spędziła na modlitwie i terapiach. Teraz znów są razem: rekin i jego gwiazda. Davis i Houston pokazują, gdzie leży serce amerykańskiej muzyki rozrywkowej – najlepszy pop rodzi się z połączenia talentu wokalnego oraz świetnych piosenek. Te, które usłyszeliśmy w Londynie, dowodzą, że Davis zgromadził najwyższej klasy repertuar (autorami są m.in. Alicia Keys i wzięty producent Swizz Beatz), który pasuje do Whitney, ponieważ odzwierciedla jej muzyczne upodobania i przeżycia. "I Didn't Know My Own Strength" jest opowieścią o odnalezionej sile, podróży na samo dno i z powrotem. Znakomita ballada w soulowym stylu – elegancka i klasyczna, ale w warstwie brzmieniowej bardzo nowoczesna, jak cały album. Na płycie udało się połączyć najmodniejszy, wielkomiejski puls (przy "For the Lovers" na tanecznych parkietach będzie tłoczno) z dotychczasowym dorobkiem Houston. Nie próbuje wpasować się w najnowsze trendy. Została sobą i pielęgnuje to, w czym jest niedościgniona. Wciąż śpiewa perfekcyjnie, bez wysiłku, bezbłędnie kontrolując głos. Ale wie, że świat się zmienił, więc nie serwuje bombastycznych wokaliz. Jest na tej płycie dużo piosenek o miłości: dobrze napisanych, uniwersalnych, przy których chce się kogoś wziąć za rękę. Jest też sporo o nadziei, wierze w siebie i pokonywaniu trudności. Choć zapotrzebowanie na takie utwory nigdy nie stopniało, od dekady mało kto je nagrywa, bo beznamiętny, komercyjny hip-hop zastąpił romantyzm wulgarnością, poza tym w popie jest coraz mniej miejsca na opowieści i uczucia. [srodtytul]Zawrócić rzekę[/srodtytul] Dlatego hotelowa sala w Londynie huczała od oklasków po każdym prezentowanym utworze. A Clive Davis przymykał oczy, jakby już wygrzewał się w słońcu Florydy, świętując sukces płyty. Ten staromodny producent upiera się, że o wielkości albumu świadczy... żywotność praw autorskich. – Nie chodzi o to, by nagrać płytę z przebojem, który wystrzeli pod niebo i zgaśnie – przekonywał. – Liczą się piosenki, które trwają i albumy, do których wracamy, by słuchać ich w całości. W epoce piosenek sprzedawanych po 99 centów w internetowych sklepach muzycznych brzmi to jak próba zawrócenia biegu historii. Ale Davis to gigant, być może zna ludzkie potrzeby na tyle, by nie przejmować się rynkowym trendem. Sama Whitney też wraca do korzeni. Tytułowa "I Look to You" jest pieśnią do Boga, który teraz pomógł jej się podźwignąć, a w dzieciństwie zaprowadził do chóru gospel. W kościele śpiewała z zamkniętymi oczami, a kiedy je otwierała, ludzie wiwatowali. Może 31 sierpnia, w dniu światowej premiery płyty, będzie tak samo. [i]Paulina Wilk z Londynu[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL