Społeczeństwo

Potwór nadchodzi letnią nocą

Na Opolszczyźnie puma była widywana od lutego
NTO, Reinhold Winterstein winter Reinhold Winterstein
Nastał medialny sezon ogórkowy: czy puma na Śląsku to legendarny wysysacz kóz? Dlaczego Ulek z jeziora już nie buczy?
Gwiazdą sezonu jest tajemnicza puma, która w mediach przetrwała od poprzednich wakacji. Wtedy grasowała w podkrakowskich Jeziorzanach. Zimą opanowała sztukę straszenia Polaków w trzech różnych miejscach. Teraz pojawiła się pod Kamienną Górą na Dolnym Śląsku.
Tak przynajmniej twierdzi myśliwy, który kilkanaście minut przez lornetkę przyglądał się jasnopłowej bestii. Miał ją nawet na celowniku, ale nie strzelił, bo zna ustawę o ochronie dzikich zwierząt. – Bałem się, że będę miał kłopoty – zwierzał się w Radiu Wrocław. [srodtytul]Ślady pazurów na dachu malucha[/srodtytul]
Na Opolszczyźnie, gdzie od lutego puma, raz płowa, innym razem czarna, widziana była w wielu miejscowościach, teraz w mediach cisza. A przecież jeszcze niedawno a to zagryzła warchlaki, a to cielęta, a mieszkańcowi Głubczyc porysowała pazurami dach malucha, skacząc przez jadące auto. Po kilkudziesięciu wiarygodnych sygnałach i serii doniesień medialnych sztab zarządzania kryzysowego zakupił nawet specjalną klatkę samołówkę. Henryk Ferster, dyrektor wojewódzkiego centrum zarządzania kryzysowego, do którego co rusz dzwonią koledzy po fachu z innych części Polski, z ironią przedstawia się "Rz" jako krajowy konsultant od łapania pumy. I zapowiada: – Klatki użyjemy, gdy pojawią się jakieś sensowne informacje. [srodtytul]Drapieżnik w kuchni[/srodtytul] Trudno powiedzieć, czy pod Kamienną Górę zawędrował ten sam tajemniczy drapieżnik, który na początku wakacji pojawił się w Guzowatce (gmina Baranowo), gdzie nocą zakradł się do kuchni w chałupie Młynarskich, co opisywał "Tygodnik Ostrołęcki". Gdy w niedzielę proboszcz z ambony przestrzegał przed pumą, ta najprawdopodobniej była już w drodze na Mazowsze. Tu pod koniec czerwca zagryzła i wypiła krew z ośmiu kóz w gospodarstwie państwa Antoniaków w Kornelinie pod Sochaczewem, o czym donosił lokalny tygodnik, a za nim "Fakt". Teraz sprawę wraz z dziennikarzami "Expressu Sochaczewskiego" bada Fundacja Nautilus, organizacja zajmująca się zjawiskami niewyjaśnionymi. Według niej wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z chupacabrą, legendarnym południowoamerykańskim zwierzęciem, zwanym wysysaczem kóz. [srodtytul]Z Portoryko pod Radom[/srodtytul] Po raz pierwszy tego ni to wielkiego kota, ni to gada z czułkami jak u stwora z filmów science fiction widziano w Portoryko w 1990 roku. W ciągu sześciu lat potwór miał zaatakować zwierzęta ponad 2 tysiące razy. Dwa lata temu w Kolumbii jego ofiarami padło ok. 300 owiec. Latem, rzecz jasna. W sierpniu 1998 roku chupacabra miała zaatakować trzy kozy pod Radomiem, ale wzmianka z miesięcznika "Wydarzenia Niesamowite" nie zdołała się przebić do codziennych mediów. Teraz, gdy wakacje dopiero się rozkręcają, a Fundacja Nautilus na swej stronie internetowej donosi o najnowszych dowodach na przebywanie chupacabry pod Sochaczewem, potwór ma szansę na medialną karierę. I nie tylko. Sochaczewska puma vel chupacabra będzie tematem warsztatów dla dzieci w ramach "Wakacji w bibliotece", gdzie zaplanowano m.in. malowanie potworów. [srodtytul]Nocą w szuwarach[/srodtytul] Od kilku lat z Jeziora Urszulewskiego na Kujawach nie udało się wyłowić tajemniczego potwora pokrytego łuską, który nocami buczy w szuwarach. Mieszkańcy, których przepytała reporterka "Gazety Pomorskiej", liczyli, że Ulek przyciągnie turystów. Ale teraz nie buczy, bo wodę w jeziorze poświęcono... Ulek nie ma szans na zrobienie takiej kariery medialnej jak puma, zwłaszcza że to jedynie podróbka słynnej Paskudy z Zalewu Zegrzyńskiego (polskiego odpowiednika potwora z Loch Ness), wykreowanej przez dziennikarzy audycji "Lato z Radiem" w latach 80. XX stulecia. Paskuda żywiąca się zanieczyszczeniami, których w zalewie nie brakowało, miała zginąć po uruchomieniu oczyszczalni ścieków. Może odżyje po ostatnim kataklizmie, gdy do zalewu wpłynęły dziesiątki ton zdechłych ryb z Narwi. A może na dobre przeszkodziło jej w tym dotlenianie wody przez strażaków. W podobny sposób "Fakt" stworzył Lolka, wieloryba, który w 2006 roku pojawił się w Wiśle pod Włocławkiem. Był widziany przez sołtysa i mieszkańców Rybak, obsługa tamy obiecała wieloryba przepuścić, ale tam nie dopłynął, bo po drodze połakomił się na ryby złowione przez wędkarza. Ten w tabloidzie prezentował puste wiaderko. Ostatecznie Lolka uśmierciła redakcja miesięcznika "Press", która odkryła mistyfikację "Faktu". [srodtytul]Wędkarze! Uważajcie podczas pełni [/srodtytul] Wędkarze miewają jednak poważniejsze od wieloryba problemy. Chaszczaki. Pisał o nich we wrześniowym numerze w 1992 roku dwutygodnik "Skandale". Te bagienne potwory wyruszają na łów właśnie wtedy, gdy w pobliżu pojawią się wędkarze. Jak poznać chaszczaka? Ma zdeformowany tułów dziecka z przerażającą głową. Wspiera się na pajęczych nogach. Jest aktywny nocą, przede wszystkim podczas pełni księżyca. Wtedy zaczyna świecić trupiobladym światłem. Na szczęście chaszczaków od 17 lat nikt w Polsce nie widział. Na pewno pożarła je puma.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL