Styl życia

Co mówią o nas śmieci

Rzeczpospolita, Tomasz Wawer Tom Tomasz Wawer
Kiedy za 500 lat archeolodzy odkopią nasze odpadki, okaże się, że byliśmy ludźmi plastiku – mówi antropolog Włodzimierz Pessel
[b]Rz: Kiedy człowiek wyrzucił pierwszy śmieć?[/b]
dr Włodzimierz Pessel: Wtedy, kiedy się osiedlił. W historii kultury śmieci pojawiły się wraz z osiedleniem. W Starym Testamencie w Pięcioksięgu jest nakaz wyrzucania śmieci w „miejsce nieczyste”, czyli poza obozem. W starożytnym Rzymie podnoszono dachy domów, bo wzrastał poziom ulic zasypywanych śmieciami. Miasto zawsze będzie formą cywilizacyjną sprzyjającą śmieciowej akumulacji. Można, oczywiście, sobie z nią poradzić. W Sztokholmie trzy czwarte śmieci trafia do powtórnego przetworzenia, w Warszawie – zaledwie 5 proc. Tam nikt się nie wstydzi pójść z kilkoma workami i wrzucać po papierku czy pudełeczku do odpowiedniego kontenera. U nas wciąż jest to „obciach”.
[b]Zajmuje się pan zawodowo śmieciami. Czy woli pan nazywać się garbologistą czy śmieciologiem?[/b] Niestety, polskiej garbologii (od ang. garbology – nauka o śmieciach – przyp. K. R.) nie ma. Natomiast w USA od połowy lat 70. garbologia wchodzi w skład archeologii. Oczywiście ma też dużo wspólnego z antropologią i socjologią, ale metodologię, czyli – brutalnie mówiąc – grzebanie w materii, garbologia zaczerpnęła właśnie z archeologii. Głównym hasłem nauki o odpadach jest: śmieci mówią o nas. Czasami nawet bardzo dużo. [b]Na przykład?[/b] „Dowiedzcież się choć raz prawdy! Warszawa stoi na śmieciach, jej zaś mieszkańcy jedzą i piją śmiecie, oddychają śmieciami, a gdy który z nich umrze, przez całą wieczność spoczywać będzie wśród śmieci” – tak pisał już Bolesław Prus, a ja nie mam zamiaru z nim polemizować. Prawda jest taka, że od lat, nawet jeżeli śmieci wyrzucamy, to niezbyt daleko. [b]Z balkonu za okno?[/b] Zdziwi się pani, ale im bliżej do zamkniętych osiedli, tym śmietnisk jest więcej, bo pod ich murami leżą hałdy śmieci. Znajomy śmieciarz, z którym kilkakrotnie odbywałem „badania terenowe”, pokazał mi drzewo całe pokryte puszkami, które lądowały tam z balkonów strzeżonych osiedli. [b]Czyli wniosek jest taki: to, że się mieszka w zamkniętym osiedlu, nie oznacza, że tworzy się nowoczesną kulturę miejską – czyli po prostu się nie śmieci?[/b] W naszym kraju nie wykształciła się prawdziwa miejska mentalność. Stefan Starzyński, przedwojenny prezydent Warszawy, kładł ogromny nacisk na rozwinięcie (jak na tamte czasy) ekologiczno-mieszczańskiej kultury. Proces ten zatrzymała druga wojna światowa. Ale też napływ do Warszawy ludności wiejskiej, która do kultury miejskiej wprowadziła nawyki z kultury tradycyjnej, w której miejscem śmieci jest kompost. Poza tym po wojnie mieliśmy zakłócone poczucie własności. Wszystko było nasze i niczyje, zatarły się podziały na rzeczy potrzebne i niepotrzebne– w czasach niedostatku wszystko było potrzebne. [b]Mam wrażenie, że także ze strony państwa nie widać starań, żeby te dobre ekologiczno-mieszczańskie nawyki wspierać…[/b] Każdy mieszkaniec Belgii dostaje od służb komunalnych kalendarz z dokładnym spisem, którego dnia miesiąca przyjeżdżają służby oczyszczania miasta: co odbierają i w jakim worku. To zmusza go do posiadania w kuchni kilku koszy na śmieci. Do takiej postawy potrzeba mieszczańskiej mentalności, która u nas z wielkimi bólami w latach międzywojennych się wykształcała, ale nadal jest w fazie rozwoju. Tajemnicą poliszynela jest, że podobnie jak mieszkańcy ekskluzywnego warszawskiego osiedla Marina także ci z blokowisk na Ursynowie czy na Bemowie wyrzucają przez balkony obierki ziemniaków, skórki cytryny, skorupki jajek. Oczywiście, da się to sprowadzić do zwykłego chamstwa. Ale z drugiej strony jest to próba przywrócenia porządku wiejskiego w miejskiej przestrzeni. [b]Nie chce pan chyba powiedzieć, że układają kompost pod swoimi balkonami?[/b] Jak można unieważnić mieszczańskie reguły postępowania? Wyrzucając śmieci, gdzie popadnie! Może to rodzaj protestu przeciwko miastu? [b]Dla mnie pozostanie to zwykłym chamstwem. Spędził pan sporo czasu w gronie ludzi zwanych potocznie nurkami, żulami, śmieciarzami... [/b] Ta grupa jest dwoista. W jej skład wchodzą osoby rzeczywiście zdegenerowane, są to alkoholicy i nimi się nie zajmowałem. Druga grupa to renciści, inwalidzi, osoby z niską emeryturą – dorabiający sobie zbieraniem rzeczy na śmietniku. Nie są to duże kwoty: kilo makulatury kosztuje w skupie kilkadziesiąt groszy. A przy tym trzeba się jeszcze namęczyć, żeby oberwać kolorowe okładki, które się nie spalają ekologicznie. Z puszkami też nie jest tak kolorowo: zdarzają się fałszywki, z żelaza, których nie da się sprzedać. Niedawno słyszałam przed moim podwórkowym śmietnikiem pytanie jednego śmieciarza do drugiego: [b]„Czy jest coś ciekawego”?[/b] Rzeczy „ciekawe” to dobre ubrania, buty, filiżanki, pojedyncze sztućce, bibeloty. Jest sporo książek. Paradoksem jest, że ci, którzy chodzą po śmietnikach, czasami dużo czytają i mogą się zaopatrzyć w ciekawą literaturę. [b]Dlaczego w Polsce nie ma tradycji „wystawek” czy choćby wyprzedaży rzeczy za symboliczną złotówkę?[/b] Akcja „wystawka” została skompromitowana już na początku lat 90. Na to hasło ludzie wyrzucili po prostu wszystkie śmieci. Wystawki okazały się nadkompletne. Przy okazji wynoszenia starych telewizorów, pralek, lodówek wyniesiono wszystko, co się dało: termometry rtęciowe, baterie, stare lekarstwa. Wystawki więc są w tej chwili nieformalne, dzikie, bo ustawa zakazuje wystawiania wielkich gabarytów pod śmietnikami, lodówek przed domami. [b]Czego pan się dowiedział o Polakach po swoich śmietnikowych peregrynacjach?[/b] Marnuje się u nas masa żywności, co stoi w jawnej sprzeczności z religijnością Polaków. „Chleb nasz powszedni”, rzecz święta, jest wyrzucany bez pardonu. Śmieci mają swoje drogi, nawet jeżeli ich nie zauważamy, one kryją się w zaułkach, załomach i tak naprawdę nie trzeba daleko odejść z traktu głównego, żeby znaleźć się na wysypisku. Na obrzeżach Warszawy trwa drugie życie tych przedmiotów. Rzeczy wyniesione przez kloszardów „dostają nóg” i wędrują gdzieś: pod filary mostów, do opuszczonych domków dróżnika na trasie kolejowej, tak jakby w mieście był inny, drugi obieg rzeczy rządzący się swoimi prawami. Śmieci dążą do pewnych skupień: jeśli gdzieś wyrzuci się gruz, za chwilę ktoś tam wysypie śmieci. [b]Co powiedzą o nas archeolodzy za 500 lat?[/b] Powiedzą, że zamieniliśmy cywilizację drewna na cywilizację plastiku. [b]Kto najbardziej śmieci?[/b] Ci, którzy się spieszą. Im szybsze tempo życia, tym mniej refleksji nad tym, co się je, co się kupuje i wreszcie – co się wyrzuca. Żyjący w pędzie kupują dużo produktów gotowych, ale także sporo naturalnych, bo wiedzą, że są zdrowe. Rezultat jest taki, że zjadają rzeczy przetworzone, a naturalne wyrzucają, bo nie zdążą ich przerobić. Najprostsza rada jest taka – jeżeli nie da się utylizować śmieci, trzeba ich produkować jak najmniej. Nie ma bowiem idealnego sposobu na znikanie rzeczy. [ramka][b]Dr Włodzimierz Karol Pessel[/b] (ur. 1979 r.). Antropolog kultury, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim i Collegium Civitas. Interesuje się garbologią iIslandią. W 2008 r. wydał „Śmieciarzy. Antyrecyklingowe studium antropologii codzienności”. We wrześniu ukaże się jego kolejna książka o śmieciach: „Antropologia nieczystości”. Współautor wydanej niedawno książki „Islandia. Wprowadzenie do wiedzy o społeczeństwie i kulturze”. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL