Opinie

Fetysz lewicowych kobiet

Beata Zubowicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Za pomocą feministycznych postulatów lewica chce przeorać tradycyjne społeczeństwo. A kobiety, które na to się nie godzą, kwituje się określeniem „volkslista” – pisze publicystka „Rzeczpospolitej”
Dawno już polskie środowiska lewicowe nie popisywały się taką hipokryzją jak w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Odkąd w Warszawie odtrąbiono sukces Kongresu Kobiet Polskich, w mediach trwa festiwal zapewnień. Znane panie i znani panowie prześcigają się w zapewnieniach, jak bardzo leży im na sercu los kobiet i jak bardzo im ich brakuje – najbardziej w polityce i na najwyższych stanowiskach.
Profesor Wiktor Osiatyński w liście otwartym na Kongres Kobiet: „Jestem feministą, ponieważ wiem, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne”. Profesor Magdalena Środa, współorganizatorka kongresu: „W polskim społeczeństwie ponad połowa to kobiety, które nie mają dostatecznej reprezentacji. Dotychczasowy system dyskryminuje nas, naruszając zasadę równości”.
Sławomir Sierakowski, lewicowy publicysta: „W imieniu »Krytyki Politycznej« deklaruję pełne wsparcie dla działań na rzecz wprowadzenia parytetu i ustanowienia skutecznego urzędu stojącego na straży równości płci”. W najwyższe tony uderzyła „Gazeta Wyborcza”, obwieszczając na pierwszej stronie: „Naród za kobietami”. Wrażenie, że kobiety w Polsce są uciskane niemal tak bardzo jak w Arabii Saudyjskiej, jest dojmujące. Podobnie jak to, że większość Polek nie marzy o niczym innym, jak tylko o tym, by znaleźć się na tej czy innej liście wyborczej. Ale zająć stosownych do ambicji miejsc nie pozwala im tradycyjny polski ustrój – patriarchat. Ten koronny argument podnoszony jest tak często, że już nikt nawet nie próbuje dociec, co tak naprawdę oznacza. Wiadomo, nieszczęsny patriarchat jest i przeszkadza. Niewiele też wynika z prób dyskusji na temat udziału kobiet w życiu społecznym i politycznym. Bo też nie o rzeczywistą dyskusję tu chodzi, lecz o jej pozór. Nie o argumenty, lecz o propagandę. Na tym polu zaś środowiska lewicowe są nie do pokonania. [srodtytul]Propaganda sukcesu[/srodtytul] Kongres Kobiet Polskich musiał więc zakończyć się sukcesem, a w każdym razie sukcesem medialnym. Wszyscy zdążyli już zostać poinformowani, że kobiety w Polsce są niedoceniane, niedowartościowane i zasługują na więcej. Wszystkie bez wyjątku. Ponieważ stwierdzenie to mile łechce miłość własną każdej z nas, kto by tam jeszcze chciał dopytywać, jakie środowiska firmowały imprezę. Zresztą co to za różnica, skoro – jak wiadomo – kobiety nie mają poglądów ani przekonań politycznych, etycznych czy religijnych. Nie są zwolenniczkami prawicy czy lewicy, lecz w swoich decyzjach i działaniach kierują się odruchem plemiennym. Są kobietami i dlatego interesują je – albo powinny interesować – „kobiece sprawy”. A że te są zwykle zgodne z lewicowym kanonem, to oczywiście przypadek. „Bez względu na to, czy mówiły feministki, czy ktoś inny, pewne tematy budziły szczególnie żywą reakcję sali: parytet, prawo do planowania rodziny, in vitro, ograniczenie wpływów Kościoła” – relacjonowano przebieg kongresu w „GW”. Do mediów szczególnie przebił się jeden temat – parytet. Chyba żadne inne słowo nie zrobiło ostatnio tak oszałamiającej kariery. Parytet stał się fetyszem lewicy. Zaklęciem. Pewnikiem nie do podważenia. Pewnie niedługo zawojuje popkulturę, a wtedy jeszcze trudniej będzie tłumaczyć, że są lepsze sposoby na wyrównywanie szans. [srodtytul]Lewicowcy wiedzą lepiej[/srodtytul] Zresztą już dziś dyskusja zwolenników parytetów i jego przeciwników toczy się w rytm przysłowia: gadał dziad do obrazu, a obraz ni razu. Można sto razy powtarzać, że parytety to skrajna niesprawiedliwość. Że jeżeli 50 procent miejsc rezerwuje się dla kobiet, to oznacza, iż o obsadzie stanowisk nie decydują kompetencje, zasługi, umiejętności, tylko płeć. Że przyznanie parytetowych protez tak naprawdę obraża kobiety, bo lekceważy ich talenty, wiedzę i pracowitość. Że inżynieria społeczna nigdy jeszcze nikomu nie wyszła na zdrowie. [wyimek]Parytetowe protezy obrażają kobiety, lekceważą ich talenty, wiedzę i pracowitość. Inżynieria społeczna nigdy jeszcze nikomu nie wyszła na zdrowie[/wyimek] Na nieuczciwość takiego rozwiązania zwróciły też uwagę w liście otwartym „Nie chcemy parytetów!” kobiety ze środowisk akademickich, biznesowych i dziennikarskich. Apel przygotowały: trzy panie profesor, pięć pań ze stopniem doktora, jedna dyrektor, dwie właścicielki firm i cztery dziennikarki. Potem na forum „Rzeczpospolitej” poparcie dla apelu wyraziło prawie 200 osób, w tym tak znane i szanowane, jak prof. Jadwiga Staniszkis czy publicystka i tłumaczka Agnieszka Kołakowska. I co? Nic. Sławomir Sierakowski, szef lewicowej „Krytyki Politycznej” i miłośnik praw wszystkich kobiet, był uprzejmy zbyć to w radiowej Trójce w minioną sobotę uroczym prychnięciem: „volkslista”. Cóż, lewicowcy mają to do siebie, że zawsze wiedzą lepiej, czego ludziom naprawdę potrzeba. [srodtytul]Prymuski patriarchatu[/srodtytul] Ale reakcja guru młodej polskiej lewicy pokazuje coś więcej. Chyba nikt tak dobrze nie oddał prawdziwego stosunku tego środowiska do osób niepodzielających zachwytu nad feministycznymi postulatami. Mimo górnolotnych frazesów o chęci poprawy losu wszystkich kobiet chodzi zawsze o to samo: o lewicową rewolucję, która przeorze tradycyjne społeczeństwo. A kto się temu sprzeciwia, traci prawo głosu. Niemal rację bytu. Władza dla kobiet jest dla lewicowców o tyle interesująca, o ile dotyczy ich własnego podwórka. Bo czy ktoś kiedykolwiek zachwycał się przebojowością Sary Palin, republikańskiej kandydatki na wiceprezydenta USA w ostatnich wyborach? Choć piastowała ona stanowisko gubernatora stanu Alaska, dla lewicowców była głupią babą z prowincji, której bezkarnie można podliczać wydatki na kostiumy. A czy ktoś zwrócił baczniejszą uwagę na fenomenalną karierę Condoleezzy Rice? Pierwszej czarnoskórej (a drugiej w ogóle) kobiecie na stanowisku sekretarza stanu w amerykańskiej administracji trudno było zarzucić ignorancję. Łatwiej zignorować. Podobnie jak o pokolenie starszą byłą konserwatywną premier Margaret Thatcher, najwybitniejszego obok Winstona Churchilla brytyjskiego polityka XX wieku. Sukcesy kobiet, które robią karierę po prawej stronie sceny politycznej, miłośników parytetów obchodzą niewiele. Bo to ani poglądy nie te, ani ścieżka kariery. Nie warto więc o nich mówić ani tym bardziej stawiać za wzór. Ot, dziwadła, prymuski patriarchatu. [srodtytul]Złudzenie wspólnoty[/srodtytul] Ale gdy trzeba postawić nośną tezę, środowiska lewicowe nie wahają się sięgać po przykłady niekoniecznie ze swojej bajki. Bez specjalnych oporów żonglują zdarzeniami i postaciami, układając na swój sposób historyczne puzzle. Na tym polu także odnoszą sukcesy. Bo czyż sukcesem nie jest wmówienie ludziom, że Polska jest – i była – krajem ciemnym, tradycyjnym i zacofanym, w którym kobiety dyskryminuje się dla zasady? A czy jakiekolwiek znaczenie ma to, że w katolickiej Polsce kobiety były bardziej dowartościowane niż na przykład w protestanckiej Wielkiej Brytanii? Że nie musiały zaciekle walczyć z mężczyznami o równouprawnienie? Że na równi z nimi dziedziczyły ziemię i majątki, a prawa wyborcze otrzymały już w 1918 roku, czyli wcześniej niż kobiety w Stanach Zjednoczonych (1920), Anglii (1928), Francji (1944), we Włoszech (1946) czy w Szwajcarii (1971)? Żadne. W listopadzie ubiegłego roku feministki uczciły 90. rocznicę przyznania Polkom praw wyborczych. Do Sejmu przyszły ubrane w stroje przypominające ubiory posłanek pierwszego Sejmu II Rzeczypospolitej. W podłogę stukały parasolkami. Ale czy dowiedzieliśmy się przy tym, jakie ugrupowania reprezentowały pierwsze polskie parlamentarzystki? Nie zauważyłam, żeby jakoś specjalnie to eksponowano. A do pierwszego Sejmu weszło osiem pań: Zofia Sokolnicka ze Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego, Gabriela Balicka ze Związku Ludowo-Narodowego, Maria Moczydłowska z Narodowego Zjednoczenia Ludowego, Jadwiga Dziubińska oraz Irena Kosmowska z PSL „Wyzwolenie”, Anna Piasecka z PSL „Piast”, Franciszka Wilczkowiakowa z Narodowej Partii Robotniczej (ugrupowanie chadeckie) oraz Zofia Moraczewska z PPS. Współczesne feministki wolą pogrywać iluzją wspólnoty. Bo przecież liczy się płeć. Dużo bardziej niż doświadczenie życiowe czy przekonania. [srodtytul]Równe mężczyznom[/srodtytul] W ogóle o poglądach lepiej nie dyskutować, a wątpliwości zbywać ogólnikami. Ogólniki, zwłaszcza w mediach, dobrze się sprzedają, a poglądy bywają niebezpiecznie różne. Tak jak poparcie dla parytetu. Bo czy nie jest tak, że najmniejsze poparcie parytet ma wśród inteligencji, kadry kierowniczej i osób z wyższym wykształceniem? Z ostatniego sondażu „GW” wynika, że za parytetem opowiada się więcej osób z wykształceniem podstawowym (72 proc.) i zawodowym (63 proc.) niż średnim (59 proc.) czy wyższym (42 proc.). Przed kilkoma laty zwróciła na to także uwagę czołowa polska feministka prof. Małgorzata Fuszara. Polki uważają się za równe mężczyznom, dominuje nawet przekonanie, że są od nich lepsze i bardziej odpowiedzialne. Z badań Komisji Europejskiej wynika zaś, że Polki to najbardziej przedsiębiorcze kobiety w Europie (ustępują tylko Francuzkom). Według danych komisji 35 procent dyrektorów, menedżerów i właścicieli firm w naszym kraju to kobiety. To są fakty. Ale w wypadku walki o władzę nie o nie przecież chodzi.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL