Styl życia

Raczkując przez świat

Łucja Mikołajczuk z mężem i córką Niną na ognisku w wiosce Buszmenów, Namibia 2008 r.
archiwum prywatne rodziny mikołajczuków
Dalekie wyprawy z dziećmi: Nina jeździ z rodzicami, odkąd skończyła dwa lata. Zuzia pierwszą jaskinię zwiedziła jako niemowlak
Pojawienie się na świecie dziecka nie musi oznaczać zamknięcia się w domu. Z maluchem można podróżować. Rytm dnia, regularne posiłki, własne zabawki nie muszą być najważniejsze. Najważniejsze jest to, że przebywa ono z rodzicami.
Udowodnił to już nestor polskich podróżników Tony Halik. Wielką wyprawę z Ziemi Ognistej na Alaskę rozpoczął w 1957 r. wraz ze swoją pierwszą żoną Pierrette. Po drodze urodził im się syn Ozana. Trzy lata później dotarli do celu wędrówki. [srodtytul]Indianin w kapeluszu[/srodtytul]
– Podróżowanie z małym dzieckiem jest najlepszą przygodą, jaką można sobie wyobrazić. Pozwala dostrzec zupełnie inny świat. Zadawane przez nie pytania sprawiają, że odrzucamy „dorosłe” wyobrażenia o odwiedzanym miejscu – mówi Łucja Mikołajczuk, która wraz z mężem i córką Niną jeździ w dalekie strony świata, odkąd dziewczynka skończyła dwa lata. – Na przykład pytanie: dlaczego Indianie noszą kapelusze? To było coś, co zmieniło mój sposób myślenia: dla nas Indianin to Apacz na koniu z pióropuszem, a tymczasem 90 proc. z nich nosi kapelusze – opowiada Mikołajczuk. Jedna wyprawa rodziny Mikołajczuków trwa około miesiąca. Razem z córką byli już w: Kambodży, Laosie, Wietnamie, Tajlandii, Malezji, Namibii, Zambii i Maroku, Urugwaju, Argentynie, Boliwii, Peru, Ekwadorze, na Galapagos, Borneo, w Gwatemali i Meksyku. Nina ma dopiero sześć i pół roku. Podobną liczbę krajów wraz z rodzicami odwiedziła trzyipółletnia dziś Zuzia. Jej rodzice – grotołazi Katarzyna Biernacka i Marcin Gala – zabierają ją w dalekie podróże, kiedy jadą eksplorować jaskinie. Zuzia leciała już 27 razy samolotem i raz śmigłowcem, gdy miała półtora roku. – Było to w Picos de Europa w Hiszpanii (najwyższe pasmo Gór Kantabryjskich – przyp. red.). Jej pierwsza większa wyprawa. Kamienna pustynia, wysokie, mało przyjazne góry, mocne wiatry... – mówi Marcin Gala. – Na miejscu w nocy tak wiało, że ściany namiotu, w którym leżeliśmy, wyginały się, „lądując” na naszych twarzach. A tymczasem Zuzia smacznie pomiędzy nami spała – wspomina Gala. Pierwszą jaskinię zwiedziła, gdy miała dwa miesiące. Mając dziewięć miesięcy, była w jaskiniach na Hawajach. – Oczywiście myśleliśmy, jak to będzie. Szczególne obawy mieliśmy przed wyprawą w Picos. Ale dwa tygodnie przed wyjazdem byliśmy w ogródku dziadków Zuzi – mówi Katarzyna Biernacka. – Mąż stał od niej dosłownie metr. Mimo tej asekuracji Zuzia upadła na fontannę. Rozcięła sobie głowę, musiała mieć zakładane szwy. A przecież wydarzyło się to w normalnych, bezpiecznych warunkach. [srodtytul]Tacy sami[/srodtytul] – Z punktu widzenia dziecka czas, który spędza z rodzicami, jest najlepszy, jaki można mu dać. Jeżdżenie po świecie nie jest mu co prawda potrzebne do funkcjonowania, jednak nie przeszkadza. Dziecko bardzo łatwo się dostosowuje. Im młodsze, tym lepiej, bo podróż staje się dla niego codziennością – mówi Łucja Mikołajczuk. A czy dziecko nie utrudnia podróży? – Taka wyprawa jest oczywiście trudniejsza, ale dziecko jest katalizatorem kontaktu. Przy spotkaniach z obcymi barierą często bywa kultura. Niezmienne jest jedno... dzieci. Co do tego wszyscy są zgodni. To, że przytulam moje dziecko, jest zrozumiałe dla wszystkich, gdziekolwiek się znajdę – mówi Marcin Gala. Taką opinię potwierdza Łucja Mikołajczuk. – Dziecko ułatwia relacje z miejscowymi. Będąc sam, jesteś zawsze gringo – turystą. Natomiast jak przyjeżdża biały z dzieckiem, to jest to ktoś normalny. Nawiązuje się kontakt. Najpierw nadchodzi młodzież, za nią mamy. Wymieniane są doświadczenia. Wy macie dzieci, my mamy dzieci, więc jesteśmy takimi samymi ludźmi. [srodtytul]Ulubienica grotołazów[/srodtytul] Reakcja na dziecko jest zawsze pozytywna. Dzięki temu Zuzia stała się ulubienicą grotołazów na całym świecie. Pomaga gotować, odkaża wodę na wyprawach swoich rodziców. Mając dwa lata, zbierała kawę, mełła kukurydzę na tortille w Meksyku. W tym samym czasie, gdy uczyła się mówić po polsku, uczyła się też mówić po hiszpańsku. Chodzenie ćwiczyła w Tunezji. Z Niną łączą się zabawne historie. – Podróżowanie z dzieckiem sprawia, że to my stajemy się ciekawostką dla tubylców, nie odwrotnie. W Laosie wysoko w górach przyszła do nas cała wieś, ludzie byli bardzo Niną zainteresowani. Ona biegała z dzieciakami. Wszyscy siedzieli i się śmiali – mówi Łucja Mikołajczuk. – Nina wygląda dosyć azjatycko, w dodatku ma duże okrągłe oczy. Według kanonu urody azjatyckiej uchodzi tam za piękność. W Wietnamie wszystkie panie zatrzymywały się i z zachwytu szczypały ją w policzki. To jest wyraz uwielbienia. Mężczyźni natomiast byli zainteresowani jej wózkiem. Był dla nich fenomenem. Pytali, gdzie można go kupić. Mąż tłumaczył im, że takie produkują w Chinach. Nie mogli w to uwierzyć – opowiada. [srodtytul]Jak pachnie w Birmie[/srodtytul] Czy tego typu wyprawy wpłyną na dzieci? – Myślę, że tak. Dzięki temu państwa, miasta, rzeki i góry nie są tylko miejscami na mapie. Są to miejsca, które zostają w głowach – mówi Łucja Mikołajczuk. 11-letni Julian Lark od drugiego miesiąca życia zwiedził już ponad 30 krajów. Urodził się w USA, z pochodzenia jest Polakiem. Uczy się w jednej z najlepszych szkół przy uniwersytecie w Chicago. Udowadnia tezę, że podróże kształcą. – Dzieci w szkole uważają mnie za kujona, bo wiem więcej od nich – mówi Julian. – A ja po prostu w wielu miejscach byłem i znam azjatyckie waluty, stolice mało znanych afrykańskich państw i jaki zapach unosi się w Birmie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL