Muzyka

Tracy Chapman śpiewa z ptakami

Tracy Chapman
WARNER
W niedzielę wieczorem w sopockiej Operze Leśnej wyszła na scenę Tracy Chapman. Nieśmiała kobieta z gitarą, która zachwyca pięknymi utworami o biedzie i nieszczęściu
To był wieczór opowieści. Chapman właściwie nie komponuje piosenek, a minitraktaty: społeczne, filozoficzne, teologiczne. Mają szczerość amerykańskiego country, prostą formę zapożyczoną z folku, a pod spodem: kołyszący rytm bluesa. W połączeniu z krystalicznym, niezmiennym głosem artystki powstają szlachetne i poruszające utwory. Zadziwiająco piękne, zważywszy, że dotyczą dyskryminacji, niesprawiedliwości i wykluczenia.
Chapman to jedyna artystka, która wie, jak opowiedzieć o zapomogach społecznych i kolejkach do pośredniaka, nie płosząc słuchaczy. Od 20 lat jest samotną bojowniczką o lepszy świat, naszą wrażliwość i honor tych, którzy żyją na marginesie. Bojowniczka to zresztą nie najlepsze określenie tej subtelnej marzycielki, która śpiewa ciszej niż by mogła, a swe przekonania sączy w delikatnych balladach, jakim daleko do manifestów. A jednak nie można odmówić jej odwagi, której próżno szukać w muzyce od - z grubsza licząc - 40 lat. Chapman emanuje autentycznością, na jaką stać było tylko wielkich mistrzów amerykańskiego folku. To symboliczne, że wczoraj centrum muzycznego świata znajdowało się na gdyńskim festiwalu Open'er, gdzie tysiące ludzi bawiły się na koncercie modnej rockowej kapeli Kings of Leon, natomiast Chapman wystąpiła 20 kilometrów dalej, dla niewielkiej publiczności, bez pompy i rozgłosu. Mało kto w Trójmieście wiedział o jej koncercie, mimo to wolnych miejsc na widowni nie było.
W niedzielę spacerowała po sopockiej plaży, piła piwo i przegryzała je pierogami, przez nikogo nie niepokojona. Wczoraj wyszła na scenę, jak zawsze: w dżinsach i koszuli, z gitarą, i przez półtorej godziny poruszała do żywego. Śpiewała piosenki ze wszystkich ośmiu albumów. Ułożyły się w zbiór opowiadań - razem pokazują człowieka, jego lęki i nadzieje, osadzone w społeczno-politycznych realiach. Na początku koncertu była m.in. „Sorry” - utwór niezdolności do wyrażania uczuć, o tym, jak więzimy się w samotności i niemocy, tracąc miłość. W „Something to See” Chapman lekko i przewrotnie rysowała wizję przyszłości, o której marzy: „Żadnej wojny, żadnej rozpaczy - to by dopiero było. Chciałabym tego dożyć”. Ale w „Our Bright Future” śpiewała o „lepszym jutrze”, które obiecują politycy i o cenie, jaką płacimy za ich efektowne hasła. Jej zdaniem pomyliliśmy drogę i powinniśmy cofnąć się w przeszłość. Nie mówi wprost, ale wyraża tym utworem rozczarowanie Amerykanów, wywiedzionych w pole sloganami o słuszności wojen w Iraku i Afganistanie. Ostatnie lata, zdominowane hasłami kulturowego i religijnego zderzenia, walki z islamskimi fundamentalistami, pełne napięcia i wrogości Chapman potrafi uleczyć jedną piosenką. Pochodząca z nowej płyty „Save Us All”, utrzymana w stylistyce country, jest bezpretensjonalną opowieścią o Bogu, który - bez względu na to, jak się nazywa - ma zbawić nas wszystkich. Mniej więcej w połowie koncertu Chapman została na scenie sama, by bez akompaniamentu, lekko drżącym głosem zaśpiewać „Behind The Wall” - lament nad ofiarami przemocy rodzinnej, ale i nad naszą obojętnością. „Słyszałam wczoraj krzyki za ścianą...” - zaczęła, a dalej było o tym, dlaczego nie wezwała policji. Jej głos wypełniał Operę Leśną, wtórowały mu ptaki, my zamarliśmy. Chwilę potem, przy pierwszych dźwiękach „Fast Car”, wybuchły owacje. To niezwykła piosenka o umierających marzeniach i niezmordowanej nadziei. Jeszcze w ostatnim wersie Chapman uporczywie powtarza, że codziennie mamy wybór: „Wyjechać stąd, lub żyć i umrzeć w ten sposób”. W kilku innych utworach mówiła o współczesnej Ameryce, a Dzień Niepodległości, który przypadł 4 lipca, świętowała śpiewając o ziemi zbroczonej krwią, będącej terenem niekończącego się podboju. Na finał była wspaniała, trwająca kilkanaście minut wersja bluesowej „Give Me One Reason”. To jedyna wyraźnie zmieniona kompozycja, inne prezentowała wiernie, jak w nagraniach. Na bis śpiewała nieodzowną „Talkin' Bout a Revolution” - zapowiedź dnia, w którym zbuntują się ubodzy. Żegnała się znakomitą wersją „Get Up, Stand Up” Marleya. Słyszałam ten utwór w wielu interpretacjach, ale tylko ta nie ustępuje oryginałowi. Chapman nie bawi się jamajskim rytmem i efektownym refrenem, tylko namawia, byśmy nie rezygnowali z walki. Tak jak ona.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL