fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Manicouagan

Tama Daniela Johnsona na rzece Manicouagan
BEW
Wystarczyło ruszyć się z miejsca, by zapomnieć o mapie. Droga sama nas powiodła. I nareszcie Labrador w pełnej krasie. Wte i wewte żadnego ruchu. Jedynie my i tuman pyłu za nami.
[srodtytul]8 sierpnia[/srodtytul]Rano z trudem rozwarłem powieki, obrzękłe, ropą zlepione. Gęba w lusterku – niczym jeden z zegarów Dalego – rozmiękła i zwisła. Ów surrealistyczny wizerunek (na dzień dobry) to dzieło black flies, czarnych much... Zresztą oniryczny odjazd zaczął się jeszcze wczoraj, zaledwie skręciliśmy z Nabrzeża Północnego w dolinę rzeki Manicouagan.Na początku pusta szosa nas olśniła. Po zatłoczonej Drodze Wielorybów, gdzie nie sposób się było delektować krajobrazem, bo wzrok mimowolnie koncentrował się na ruchu, a za każdym zakrętem nowy widok się jawił, nim poprzedni zdążył osiąść na dnie oka, aż raptem żadnych aut, leśna monotonia i szarówka za oknem, gdzieniegdzie maźnięta różem zachodzącego słońca. Po pewnym czasie las się skurczył w sobie, sczerniał i zeschnął na wiór, a nad nim wybujała monstrualna sieć wysokiego napięcia. Dopiero potem mi powiedziano, że to nie prąd poraził las, tylko pożar go strawił...
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA