Film

Antychryst musi być kobietą

Charlotte Gainsbourg za swą rolę otrzymała w Cannes nagrodę dla najlepszej aktorki
PAP/EPA
Jest człowiekiem sympatycznym i otwartym. Tylko drżenie rąk zdradza, że od lat walczy z depresjami żyjąc na środkach farmakologicznych. W rozmowie z Barbarą Hollender opowiada o nowym filmie „Antychryst”, w którym pokazał swoje lęki i obawy
[b]Nie ukrywa pan, że scenariusz „Antychrysta” zaczął pan pisać, będąc w głębokiej depresji. Czy film może być terapią?[/b]
Nie. Ale ja nauczyłem się, że człowiek chory powinien się zmuszać do jakiejkolwiek aktywności. Może malować albo robić w piwnicy meble, wszystko jedno. Chodzi o to, żeby rano wstać, a nie leżeć w łóżku, wpatrując się w ściany. Wiedziałem, że jeśli nie zacznę czegoś robić, to popadnę w jeszcze głębszą niemoc. Film zmuszał mnie do przezwyciężenia siebie samego. Włożyłem mnóstwo wysiłku, najpierw żeby pisać, potem – żeby jechać na plan, rozmawiać z ludźmi, podejmować jakieś decyzje. [b]Można pracować w takim stanie?[/b]
– Widać można. A nawet trzeba. Choć nie jest to łatwe. Czułem się chwilami tak, jakbym za dużo wypił. Byłem niepewny siebie, bałem się, że nie utrzymam w ręku kamery, że nie dam sobie rady z aktorami. Na szczęście oni byli bardzo otwarci i pomocni. Choć nie twierdzę, że moi współpracownicy mieli ze mną łatwo. Mogło być wszystko w porządku, a nagle, gdy dochodziło do jakiejkolwiek trudniejszej sytuacji, wybuchałem. Kiedyś zgasło światło, bo wysiadła elektryczność. Trzeba było poczekać kilka minut, aż przyjdzie elektryk, a ja zareagowałem jak świr, wpadłem w furię. Nie byłem stabilny psychicznie. Dobrze, że ekipa to zniosła. [b]I rzeczywiście przelał pan na ekran własne lęki?[/b] Artysta zawsze wkłada w dzieło siebie. Czasem opowiada o swoim szczęściu, czasem o strachu. Nawet jeśli nie mówi bezpośrednio o sobie, zawsze jakoś przegląda się na ekranie, na kartach książki, na płótnie. Pisząc „Antychrysta”, myślałem o Strindbergu, ale również o Munchu. O jego „Krzyku”. Oni obaj leczyli się z depresji, nawet u tego samego lekarza. I przypuszczam, że „Krzyk” był dla Muncha tym, czym dla mnie jest mój ostatni film. Obłaskawianiem własnych demonów. [b]To pomaga?[/b] Oczywiście. Kiedy pracujesz, te demony nagle stają się twoimi sprzymierzeńcami, niemal przyjaciółmi. [b]Nie boi się pan dzielić z innymi tak bardzo osobistymi słabościami?[/b] Dlaczego miałbym się bać? Nigdy nie robiłem tajemnicy ze swojej choroby. Wiedzieli o niej moi najbliżsi i przyjaciele, opowiadałem o niej dziennikarzom. Nie mam się czego wstydzić. Depresja jest częścią mnie, wywiera wpływ na to, co robię i tworzę. [b]W „Antychryście” do rozpaczającej po stracie dziecka kobiety powracają obrazy lasu, w którym spędziła z synkiem ostatnie wakacje. Mąż psychoterapeuta zabiera ją więc do domu w puszczy, chcąc, by tam przełamała strach i wróciła do normalnego życia. Ponosi jednak kompletne fiasko. Nie wierzy pan w terapię kognitywną?[/b] Znam takie metody, bo stosowano je także w stosunku do mnie. Ale wszystko ma swoje granice. Lekarz pyta: „Czego pan się boi?”. „Ciągle mi się śni, że spadam z wysokiej skały” – odpowiada człowiek. On więc zabiera go na skalny ustęp i każe skoczyć. Jeśli skała nie jest zbyt wysoka, pacjent przeżyje i może nawet pokona swój strach. Ale gdy urwisko jest zbyt głębokie, może się to skończyć tragedią. [b]Oglądając „Antychrysta”, miałam wrażenie, że nie wierzy pan również w siłę kultury, a nawet w kojącą moc natury.[/b] Można powiedzieć, że jestem pesymistą. Ale nie chciałem przy tym filmie zbyt wiele analizować. Pozwoliłem sobie tworzyć tak jak malarz, który czasem rzuca farbę na płótno, nie zastanawiając się, co z tego wyjdzie i jak widzowie będą to interpretować. [b]Prowadzi pan też wyraźną polemikę z religią. Na dodatek odwołując się do koncepcji Nietzscheańskiego antychrysta.[/b] Jestem katolikiem, ale bardzo byle jakim. Nie mam wielkiego szacunku ani dla religii, ani dla jej rytuałów. Jeśli kiedykolwiek podkreślałem swój katolicyzm, to głównie dlatego, żeby denerwować moich rodaków, którzy w większości są protestantami. Zaś co do antychrysta... Książka Nietzschego towarzyszyła mi zawsze. Od wczesnej młodości była lekturą, do której nieustannie wracałem. Teraz dziennikarze wciąż mnie pytają, dlaczego antychryst jest kobietą. Przyznaję, że dużo o tym myślałem. Zrozumiałem, że musi być kobietą, gdy uświadomiłem sobie, iż religia została wymyślona przez mężczyzn. [b]Bohaterom pana filmu nie nadał pan imion, nie osadził pan też akcji w żadnym konkretnym miejscu. Chciał pan przez taki zabieg osiągnąć bardziej uniwersalną wymowę tej opowieści?[/b] Nie zastanawiałem się nad tym. To było dla mnie naturalne, płynęło z mojego sposobu percepcji świata. Człowiek pogrążony w depresji jest trochę poza czasem. Jego lęki są jakby niezawieszone w realnym życiu. [b]Ale dziecko, które ginie w pierwszej scenie, ma imię Nick.[/b] Wiem, to pewna niekonsekwencja. Pewnie powinienem go nazwać Kid albo Boy. Ale wołać do dziecka: „Chodź tu, Boy”? Jakoś dziwnie. Chyba to jeszcze jedna rzecz, której podczas pracy nie analizowałem. Dziecko to dziecko, ma swoje prawa. Dlatego ma imię. [b]Zrobił pan film przesycony potwornym okrucieństwem i ostrym seksem. Nie miał pan problemów ze znalezieniem aktorów, którzy odważyli się zagrać tak drastyczne sceny?[/b] Willem Dafoe występował wcześniej w moim „Manderlay”. Obaj bardzo sobie tę współpracę chwaliliśmy. Zapowiedział, że chętnie znów się ze mną spotka na planie. Dlatego posłałem mu scenariusz „Antychrysta”. Przyznaję, że nie bardzo wierzyłem, iż tę propozycję przyjmie. On jednak przystał na nią bez żadnych oporów. Aktorki szukałem dłużej. Z jedną z francuskich gwiazd byłem już niemal umówiony, ale dość zdecydowanie udział w moim filmie odradził jej agent. Uratowała mnie Charlotte Gainsbourg, która sama się zgłosiła. Powiedziała: „Daj mi zagrać, jestem tą rolą i całym projektem zachwycona”. I rzeczywiście, okazała się niezwykłym prezentem, który dostałem od losu. W czasie zdjęć była ogromnie odważna. Czasem się wręcz zastanawiałem, czy nie powinienem jej powstrzymać. Ale to było niepotrzebne. Twierdzę z całym przekonaniem, że nie przekroczyliśmy żadnych barier. Byliśmy po prostu uczciwi. Wobec siebie i wobec tematu. [b]Sadomasochistyczne sceny były naprawdę potrzebne?[/b] Bez nich nie wyobrażam sobie tego filmu. Konieczne było nawet wycinanie łechtaczki. Moja bohaterka walczy nie tylko z mężem, ale również, a może przede wszystkim, z własnym poczuciem winy i własną seksualnością. Nigdy nie pozwoliłbym sobie na epatowanie publiczności seksem dla seksu albo okrucieństwem dla okrucieństwa. Kiedy filmowałem scenę orgii w „Idiotach”, też robiłem to dla filmu, a nie po to, żeby ściągnąć do kina kilku niewyżytych podglądaczy. Ja nie kręcę obrazów porno. I to nie ja jestem okrutny, lecz świat, o którym opowiadam. [b]„Antychrysta” dystrybutorzy klasyfikują jako horror. Rzeczywiście chciał pan wypróbować ten gatunek?[/b] Lubię kino gatunkowe. Na przykład, kręcąc „Tańcząc w ciemnościach”, próbowałem się zmierzyć z musicalem. Tyle że nie bardzo umiem dochować poszczególnym gatunkom wierności. Gdzieś po drodze film zawsze zbacza mi z prostej drogi, nie trzyma się jednego stylu. O horrorze myślałem od dawna. Był nawet moment, gdy chciałem przenieść do teatru „Egzorcystę”. Straszenie nie poprzez ekran, lecz na żywo wydaje mi się mocniejsze. Ale w końcu zdecydowałem się na „Antychrysta”. I też nie udało mi się zachować reguł czystego gatunku. Jak na horror za dużo tu psychologii i metafizyki. [b]A propos metafizyki: dlaczego zdecydował się pan zadedykować swój film Andriejowi Tarkowskiemu? On obchodził się z wiarą i Bogiem delikatniej niż pan.[/b] Tak tego nie odbieram, Tarkowski jest moim guru. Kiedy po raz pierwszy oglądałem jego filmy, przeżyłem coś w rodzaju ekstazy. Jestem pod jego dużym wpływem i dedykując mu ten film, chciałem uniknąć zarzutu, że go naśladuję lub, co gorsza, kradnę mu idee. [b]Mówi pan, że robi pan filmy dla siebie i nie obchodzi pana reakcja widzów. To prawda?[/b] Tak, gdyby to ode mnie zależało, nie musiałbym pokazywać „Antychrysta” nikomu. Sam też zresztą bym go nie oglądał. Wrzuciłbym go do piwnicy, niechby sobie tam leżał. Niestety, to kompletnie niemożliwe. Musimy sprzedawać i pokazywać filmy, choćby po to, by zarobić na realizację następnych. [b]W kilku krajach „Antychryst” ma zostać okrojony. Nie czuje się pan tak, jakby pozbawiano pana kawałka własnej duszy?[/b] Nic na to nie mogę poradzić. Rozmawiałem z producentami, możemy tylko zapewnić sobie to, że dystrybutor będzie miał obowiązek poinformowania o skrótach widzów. [b]Podczas festiwalu w Cannes, gdzie odbyła się prapremiera filmu, krytycy wygłaszali skrajne opinie. Od zachwytu po całkowite odrzucenie.[/b] Zawsze są ci, którzy film kochają, i tacy, którym się on nie podoba. Ja nawet lubię wysłuchiwać różnych opinii. Przed pierwszą publiczną projekcją „Antychrysta” naprawdę nie wiedziałem, czego mam oczekiwać. Przedtem pokazywałem go jedynie garstce przyjaciół. Oni go zrozumieli i zaakceptowali. W Cannes spodziewałem się różnych reakcji, byłem gotowy na krytyczne uwagi. Ale nie na wrogość, którą chwilami poczułem. Zwłaszcza że ten film to moje własne cierpienie, moja własna walka o przetrwanie. Ale teraz „Antychryst” będzie już żył własnym życiem. Ja wracam do domu, żeby się zaszyć w moim małym ogródku.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL