Publicystyka

Klauzula piękna, ale niebezpieczna

Piotr Skwieciński
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
To prawda, że niezależność dziennikarska w ciągu ostatnich kilkunastu lat niepokojąco się zmniejszyła. Ale znacznie groźniejszą chorobą mediów jest ich światopoglądowa uniformizacja – pisze publicysta
[b][link=http://blog.rp.pl/skwiecinski/2009/05/28/klauzula-piekna-ale-niebezpieczna/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Jacek Żakowski wraz z grupą dziennikarzy mediów prywatnych zaproponowali wprowadzenie do ustawy o TV tzw. klauzuli sumienia, "zakazującej wywierania presji w celu zmuszenia dziennikarza do wyrażenia poglądów niezgodnych z jego sumieniem lub przekazania informacji sprzecznych z jego wiedzą o stanie faktycznym". Politycy pomysł ten natychmiast podchwycili i w trybie pilnym klauzulę (choć niedokładnie w takim brzmieniu) wpisali do przyjętej przed paroma dniami ustawy.
Troska polityków o dziennikarską wolność oczywiście cieszy, ale wobec pomysłu Żakowskiego mam uczucia mieszane. I sądzę, że podobne odczucia musi mieć każdy, kto zna prawdziwy stan polskich mediów. [srodtytul]Klauzula dla stada [/srodtytul] Wspominając początek lat 90., Piotr Zaremba napisał ostatnio w "Dzienniku": "Wtedy w większym stopniu gazeta była dziełem dziennikarza, dziś jest gazetą redaktora. Z jednej strony to dobrze, bo gazety są robione bardziej profesjonalnie, ale teksty to rodzaj tworzywa. Wtedy precyzyjna informacja była świętością, dziś zbyt chętnie wykorzystuje się ją do robienia spektaklu, podkręcania tekstu". To prawda – dziennikarska niezależność w ciągu ostatnich kilkunastu lat znacząco się cofnęła. To niedobrze – nie dlatego, że część dziennikarzy ma w związku z tym gorsze samopoczucie, tylko dlatego, iż niezależność pracowników mediów lepiej służy dobremu informowaniu społeczeństwa. Ale kiedy człowiek choruje na wiele chorób, rozpoczęcie leczenia tylko jednej z nich może niewiele pomóc, a nawet spotęgować choroby inne. I to jest moim zdaniem sytuacja polskich mediów. Bo inną – moim zdaniem groźniejszą – ich chorobą jest opisywana wielokrotnie polityczna i światopoglądowa uniformizacja mediów. Inną jest zbyt mały odsetek dziennikarzy reprezentujących zarazem wysoki poziom i doświadczenie zawodowe. I po prostu sporo wiedzących o świecie w przeciwieństwie do dominującego w newsroomach najmłodszego pokolenia, operatywnego i przebojowego, lecz o wiedzy z natury rzeczy bardzo ograniczonej. Jeszcze inną jest nieskrywana chęć mediów prywatnych wyeliminowania z rynku mediów publicznych. Te trzy choroby wiążą się z sobą. Bo młode pokolenie dziennikarzy ukształtowane już po roku 2000 jest – mimo godnych uwagi wyjątków – światopoglądowo znacznie bardziej zuniformizowane niż pokolenie średnie i starsze. I chyba jeszcze bardziej niż średnie i starsze bywa powodowane swego rodzaju stadnym instynktem, nastrojem grupy i środowiska, przekonaniem, że w jakiejś określonej sprawie trzeba postąpić w jakiś określony sposób, bo przecież "wszyscy tak myślą" i "wszyscy tak robią". Zaproponowana przez Żakowskiego klauzula sumienia nie będzie jednak działać w jakiejś rzeczywistości idealnej, tylko właśnie w konkretnej, polskiej, opisanej powyżej. [srodtytul]Klauzula hipokryzji [/srodtytul] Pomysł klauzuli sumienia nawiązuje do sprawy Hanny Lis, która odmówiła przeczytania narzuconego jej wstępu do materiału dziennikarskiego. Sprawie tej "Wyborcza" i inne sprzyjające jej media nadały rangę niezwykłą. Dla kogoś, kto stale śledzi realizowaną przez "Gazetę" strategię polityczną, nie mogło to jednak być zaskoczeniem. Bo "GW" i te media, którym nadaje ona ton, bacznie śledzą to, co się dzieje w mediach publicznych. Oczywiście zwłaszcza wtedy, kiedy są one zarządzane przez ekipy uznane na ul. Czerskiej za wrogie. Kiedy próbują one odchylić się nieco od wizji świata lansowanej przez Agorę, "Gazeta" interweniuje. A częsty schemat takiej interwencji wygląda tak: źli szefowie narzucają coś dobrym dziennikarzom. Każą zrobić jakiś temat. Żądają dopisania czegoś do materiału lub sami dopisują. I "Gazeta" intensywnie sugeruje, że oto dzieje się coś niesłychanego. Coś nie tylko złego, ale też wyjątkowego. Ogromna większość czytelników przyjmuje zapewne interpretację "Wyborczej". Ale dziennikarze – w tym oczywiście i ci z "GW" – muszą dostrzec w tym monstrualną hipokryzję. Bo "GW" sugeruje, że wszędzie – poza, rzecz jasna, mediami publicznymi – redakcje to jakieś skrzyżowania spółdzielni z wiecem, gdzie niezależni (oczywiście!) dziennikarze piszą, co chcą, a ich szefowie są chyba tylko od tego, żeby utwory swoich podwładnych jakoś złożyć do kupy i pomieścić w wydaniu. A jest – wszędzie, choć w różnym stopniu – inaczej. Tak jak napisał Zaremba – obecnie w newsroomach rządzą redaktorzy. Tekst reportera (chodzi o teksty informacyjne, a nie publicystyczne) jest w coraz większej mierze jedynie półfabrykatem. Półfabrykatem do dalszej, często brutalnej obróbki. Obróbki polegającej właśnie na wycinaniu, przycinaniu, skłanianiu reportera, żeby coś tam napisał inaczej, lub robieniu tego za niego. Przy okazji sprawy Hanny Lis z mediów wylała się fala zapierającej dech w piersiach hipokryzji. Redaktorzy i publicyści sugerowali – albo wręcz wprost mówili – że oni nigdy, że u nich nigdy, że nie wyobrażają sobie, żeby ich dziennikarzom kiedykolwiek… Itd., itp. Brzmiało to trochę dziwnie w ustach przedstawicieli redakcji mających "w branży" zasłużoną opinię bardzo bezwzględnych w obrabianiu dziennikarskich tekstów przez kierownictwo – od średniego szczebla aż po naczelnych. Wszyscy o tym wiedzą, wszyscy się z tym godzą – bo albo to lubią, albo muszą. I dopiero kiedy decyzję, kompletnie standardową, taką, jakich dziesiątki zapadają dziennie w warszawskich newsroomach, podejmie ktoś przeznaczony przez "Wyborczą" do odstrzału, środowisko przypomina sobie o tzw. zawodowym etosie i grzmi… [srodtytul]Klauzula koniunkturalizmu [/srodtytul] Klauzula sumienia ma dobre i złe strony. Ale w konkretnej polskiej sytuacji służyć będzie – jestem o tym głęboko przekonany – dalszej uniformizacji mediów. Uefektywni i tak efektywny agresywny nadzór sprawowany przez "Wyborczą" i jej partnerów nad nielicznymi niespacyfikowanymi jeszcze wyspami nieagorowego myślenia. Stanie się orężem dla stadnego myślenia. Stadnego myślenia podlanego konformizmem. Konformizmem? – ma prawo zdziwić się czytelnik. Czy sprzeciw wobec szefa może mieć coś wspólnego z konformizmem? A owszem, może. Wtedy, kiedy szef (a tak się dziwnie składa, że z reguły taka jest sytuacji kierownictw mediów nieagorowych) ma pozycję słabą. Kiedy prawdopodobna jest gwałtowna reorientacja danego medium. I wiadomo dobrze, kto – niekoniecznie w sensie personalnym, ale polityczno-ideowym – przejmie władzę po pacyfikacji. Tak, w takiej sytuacji sprzeciw wobec szefa bywa często efektem koniunkturalizmu właśnie. Koniunkturalista ma prawo się spodziewać, że jego gest nie zostanie niezauważony, będzie natomiast w różnych formach sowicie nagrodzony. Za koniunkturalistą stoi w takiej sytuacji stadne myślenie i wsparcie z ulicy Czerskiej. A teraz jeszcze ma dostać do ręki nowe narzędzie – klauzulę sumienia. [srodtytul]Klauzula nie dla wszystkich [/srodtytul] Twórcy pomysłu nie określili jednoznacznie, do których mediów ma się stosować klauzula sumienia. Uczynili to jednak za nich posłowie. Dopisali ją do nowelizacji obecnej ustawy o RTV w artykule opisującym zadania publicznych mediów – a więc klauzula nie tylko faktycznie, ale i formalnie obowiązywać ma jedynie w nich. Nie będzie odnosić się do dziennikarzy mediów prywatnych. Takiej sytuacji nie da się uzasadnić. Bo przecież klauzula sumienia ma, jak rozumiem, służyć nie dobremu samopoczuciu części dziennikarzy, tylko interesowi publicznemu. Interesowi polegającemu na tym, że społeczeństwo otrzymywało lepszą, bardziej obiektywną informację. Jeśli tak, to i poczucie sprawiedliwości, i zdrowy rozsądek nakazują objęcie klauzulą sumienia wszystkich dziennikarzy. Nie tylko mediów publicznych, ale i prywatnych. Bo to te ostatnie dominują już obecnie na informacyjnym rynku. I nie tylko, oczywiście, mediów elektronicznych, ale i tradycyjnych, drukowanych. Skoro klauzula sumienia ma nie dotyczyć dziennikarzy TVN, Polsatu, "Gazety Wyborczej" i agorowych stacji radiowych, to polityczny sens pomysłu Żakowskiego bije w oczy. A niektórzy krytycy mogą pójść jeszcze dalej. Wprowadzenie klauzuli sumienia jedynie do mediów publicznych można uznać nie tylko za akt politycznie motywowany, ale i za czyn nieuczciwej konkurencji, skierowany przeciw mediom publicznym. Bo jeśli klauzula sumienia stanie się obowiązującym prawem i rzeczywiście będzie często stosowana, oznaczać to będzie anarchizację zespołów redakcyjnych, w konsekwencji – utrudnienia w ich pracy, a co za tym idzie – zwiększenie jeszcze ich niesterowności (aż do paraliżu) i pogorszenie jakości ich produktów. Z oczywistym, a pozytywnym dla prywatnej konkurencji, efektem biznesowym. [srodtytul]Klauzula francuska [/srodtytul] Sejm nie zakazał – choć proponował to Żakowski – zmuszania dziennikarza "do przekazania informacji sprzecznych z jego wiedzą o stanie faktycznym". Zabroniono natomiast wywierania presji w celu zmuszenia dziennikarza do wyrażenia poglądów "niezgodnych z jego sumieniem" – co może być równie ryzykowne. Co bowiem może to oznaczać? Przyjrzyjmy się przypadkowi Hanny Lis. Odmówiła ona przeczytania zdania informującego, że wieloletnia szefowa przygotowującego omawianą w materiale ankietę instytutu startuje do europarlamentu z ramienia Platformy Obywatelskiej. Prezenterka argumentowała, że Lena Kolarska-Bobińska, decydując się na uczestnictwo w wyborach, zrezygnowała z szefowania instytutowi. Czy jest to fakt obojętny dla odbioru przygotowanego przez instytut raportu, oceniającego – w przeddzień wyborów – europosłów z różnych ugrupowań? Czy widz nie ma prawa do uzyskania tej informacji (niezależnie od domniemanej nieprecyzyjności sformułowań zawartych we wstępie)? Pod rządami znowelizowanej ustawy w takim przypadku trzeba będzie rozstrzygnąć następujący dylemat. Czy stwierdzenie, iż polityczne sympatie długoletniej kierowniczki ISP (notabene od lat powszechnie kojarzonego z obecną partią rządzącą) miały wpływ na oblicze raportu, to tylko fakt niezgodny z wiedzą dziennikarki, czy może to już pogląd niezgodny z jej sumieniem? Każdy, kto zna rzeczywistość mediów, wie, że podobne spory rozgrywały się, rozgrywają i będą rozgrywać w newsroomach. I ktoś musi je w końcu przecinać, podejmować decyzje. Przyjęcie proponowanej przez Żakowskiego klauzuli oznaczać może, że decyzję podejmować będzie nie (ponoszący w końcu za nią odpowiedzialność, także prawną) szef redakcji, tylko pojedynczy dziennikarz powołujący się na swoje poglądy. Autorzy projektu klauzuli sumienia powołują się na przykład Francji, gdzie funkcjonuje instytucja pod dokładnie tą samą nazwą. Ma ona jednak inną treść. Dziennikarz może zerwać umowę z pracodawcą, a mimo to zachować prawo do takiego odszkodowania, jakby to on był zwalniany, "jeśli zmienił się właściciel lub orientacja danego medium, a zmiany te zagrażają poglądom politycznym, etycznym i niezależności dziennikarza". Jeśli pracodawca nie zgadza się na wypłacenie odszkodowania, pracownik może zwrócić się o rozstrzygnięcie sporu do sądu – wtedy musi udowodnić, że owe "znaczące zmiany" naprawdę nastąpiły. Klauzula sumienia w wersji francuskiej wychodzi więc naprzeciw dziennikarza tak daleko, jak to tylko możliwe, bez anarchizowania funkcjonowania redakcji. A przypadek jej zastosowania podlega weryfikacji sądowej. Nad podobnym pomysłem można byłoby pewnie dyskutować, natomiast klauzula sumienia zaproponowana nam przez Żakowskiego jest pomysłem pozornie pięknym, ale niebezpiecznym. Przede wszystkim dlatego, że wbrew – naiwnie chcę wierzyć – intencjom wnioskodawców może uderzyć w wątły pluralizm polskich mediów. Może też dodatkowo osłabić media publiczne w ich nierównej walce z komercyjną konkurencją. Trudno będzie teraz autorom projektu klauzuli sumienia i politykom, którzy wpisali ją do ustawy, uniknąć oskarżeń, że nie chodziło im tak naprawdę o sparaliżowanie konkurencji publicznej i zwiększenie możliwości ingerencji w jej działania (casus "Wyborczej" tropiącej domniemane nieprawidłowości w newsroomach radiowych i telewizyjnych). Że ich celem nie było punktowe uderzenie w te nieliczne media, które nie podzielają (czasami) mainstreamowej wizji świata. [i]Autor jest współpracownikiem "Rzeczpospolitej". Był m.in. prezesem Polskiej Agencji Prasowej[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL