fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Architektura

Krajobraz po boomie

Szczecin. W starym portowym mieście pełnym zieleni pstrokate, wielkie bloki ustawione wobec siebie bez żadnego porządku rozlewają się po horyzont dominując nad tradycyjnymi zabudowaniami
Fotorzepa
Chaos, anarchia i brzydota – tak stan polskiego krajobrazu diagnozują architekci i urbaniści. O nowym projekcie „Polskiej polityki architektonicznej” pokazującym możliwe drogi wyjścia z kryzysu rozmawiamy z Grzegorzem Buczkiem, jednym z autorów
[b]Rz: Co czuje polski urbanista, rozglądając się w drodze do pracy?[/b]
Grzegorz Buczek: To zależy, jaka jest ta droga. Przynajmniej część polskich urbanistów czuje się niezbyt komfortowo, a przedstawiciele starszego pokolenia czasem nawet przyznają się do porażki. Okres PRL zostawił bardzo widoczne ślady. W przestrzeni miast zaniedbaną zabudowę XIX-wieczną i przedwojenną, zdegradowane śródmieścia, osiedla z wielkiej płyty na peryferiach, rozlewającą się poza obszary zurbanizowane zabudowę jednorodzinną. A boom inwestycyjny i zaniedbania planistyczne ostatnich 20 lat sprawiły, że dziś w przestrzeni rządzi chaos. Mamy sporo dobrych budynków, natomiast trudno wskazać duże zespoły urbanistyczne kompleksowo zrealizowane, które mogłyby stanowić wzór.
[b]Dlatego powstał projekt „Polskiej polityki architektonicznej”?[/b]
On odpowiada na pytanie, jak polski urbanista diagnozuje obecny kryzys oraz zarysowuje drogi wyjścia z niego.
Diagnoza brzmi jak raport z Trzeciego Świata. Anarchia, chaotyczna zabudowa, reklamy zawłaszczające przestrzeń, niekompetentni urzędnicy, koniunkturalne decyzje, substandard nowych osiedli.
Niestety tak, to jest miara naszego poziomu cywilizacyjnego. Dwa lata temu na Uniwersytecie Warszawskim prowadzono dyskusję, czy Warszawa jest miastem Trzeciego Świata. Postawiłem wówczas tezę, że nawet nie sam chaotyczny obraz przestrzeni upodabnia nas do Trzeciego Świata, ale mechanizmy, które skutkują tym obrazem. Sytuacje społeczne i ekonomiczne mogą wpływać na wygląd otoczenia. Lepiej lub gorzej. Pewną gwarancją pozytywnej ewolucji jest ustanowienie procedur ochrony i kształtowania ładu przestrzennego. Chodzi o podniesienie jakości życia.
[b]Czy projekt proponuje takie procedury?[/b]
Jeszcze nie. Określa standardy i kierunki zmian systemowych, które należy przełożyć na język legislacji. Teoretycznie im bardziej państwo jest liberalne, tym mniej interweniuje w sferę społeczną i gospodarczą. Ale, co zawsze podkreśla mój kolega architekt Czesław Bielecki, nawet guru liberalizmu Milton Friedmann uważał, że planowanie przestrzeni i zarządzanie miastami jest wyłączone z gry wolnorynkowej, że właśnie w tej dziedzinie powinno być planowanie.
[b]Wpadliśmy w pułapkę nadmiernej wolności?[/b]
Tak, zresztą to było bardzo czytelne na początku przemian społeczno-ustrojowych. Warszawą zarządzało wtedy sporo fachowców. Mówiono nawet o mafii urbanistycznej. Przewodnicząca rady miasta oraz pierwszy prezydent byli urbanistami, ja byłem burmistrzem Ochoty, wielu ówczesnych radnych to architekci i urbaniści. Ale nawet w naszym środowisku plany zagospodarowania przestrzennego uważane były za narzędzie opresji dawnego reżimu. Paradoksalnie w tym samym czasie na Zachodzie powracano do planowania.
I miejscowego, i zabudowy.
[b]Dlaczego?[/b]
Z przyczyn analogicznych do korporacyjnych zasad zarządzania. Miasta też są rodzajem przedsiębiorstw, choć bardzo złożonych. W nich też sprawdza się mechanizm zwany zarządzaniem ryzykiem czy ograniczaniem ryzyka, a właściwym narzędziem jest planowanie przestrzenne.
[b]Ile procent powierzchni kraju obejmują miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego?[/b]
Około 20 procent. Tyle samo w Warszawie. Tymczasem tam, gdzie jest taki ruch inwestycyjny jak w stolicy, pokrycie planami powinno wynosić co najmniej 50 – 60 procent. Inwestor, który planuje inwestycje w granicach planu miejscowego, wie, co się stanie w sąsiedztwie, jak zaplanowano układ komunikacyjny, jakie będą usługi. A gdy przy braku planu miejscowego dostaje decyzję o warunkach zabudowy, często nawet w sprzeczności z lokalną polityką przestrzenną, to wie tylko, co może zrobić na swojej działce. Już niekoniecznie, co się wydarzy w sąsiedztwie…
[b]Więc chodzi o zarządzanie ryzykiem, a nie o estetykę?[/b]
Określenie „ład przestrzenny” potocznie kojarzy się z przymiotnikiem „ładny”. A jego geneza jest inna. Mówimy, że coś jest uładzone, tzn. uporządkowane. W innych językach europejskich w odniesieniu do przestrzeni mamy: l’ordre, order, ordnung. To nie są określenia z kategorii estetyki. Piękno jest subiektywne, a porządek bardziej obiektywny, mierzalny.
[b]Pan mówi o porządku, a Polacy to indywidualiści, będą walczyć o możliwość postawienia chaty góralskiej na Mazowszu.[/b]
Kapitalny dowód na to, co pani mówi, przyniosło badanie, które zlecił SARP w 2005 roku. Gdy spytano respondentów, czy ich sąsiad, chcąc zbudować dom, powinien zasięgnąć fachowej porady, odpowiadali, że tak. Ale na pytanie, czy sami w takiej sytuacji poradziliby się fachowca, odpowiadali, że nie. To jest szczególny aspekt syndromu „not in my backyard” („nie na moim podwórku” – red.). Rok temu w miesięczniku „Urbanista” Czesiek Bielecki złośliwie skomentował polski chaos przestrzenny, przypominając, że w innych krajach o własnym otoczeniu mówią: chez nous, at home, bei uns, czyli u nas, w domu, a Polacy mówią: na własnych śmieciach. To określenie coś oddaje.
[b]Z badania, o którym pan wspomniał, wynikało też, że prawie 80 proc. z nas jest zadowolonych z architektury i otoczenia, w którym żyje.[/b]
Dlatego to tak trudny problem. Inny przykład: z badań wiemy, że większości nie przeszkadza reklama wielkogabarytowa. Więc może my, architekci, urbaniści jesteśmy jakimiś pięknoduchami?
[b]Ale jednocześnie zależy państwu, by zwykli ludzie włączyli się w te procesy tworzenia ładu.[/b]
Tak, choć w naszym środowisku opinie na ten temat są podzielone. Starsi koledzy często traktują partycypację społeczną jako dopust boży.
[b]Podobnie urzędnicy[/b]
Niestety. Urządza się dyskusję nad planem w niedogodnym czasie, w ciasnej sali albo informuje o tym w małym ogłoszeniu, ustala się jak najkrótsze terminy, by w dyskusji nad takimi projektami uczestniczyło jak najmniej osób. Proszę sobie wyobrazić, że gdy miasto stołeczne Warszawa robiło projekt planu otoczenia Pałacu Kultury, czyli ścisłego centrum stolicy kraju, to też ustalano minimalne i niedogodne terminy. A przecież powinna się odbyć debata publiczna z prawdziwego zdarzenia, a nawet seria debat. Mnie to wydaje się oczywiste. Jest natomiast pytanie, czy władze miasta chcą tych debat.
[b]Inwestorzy naciskają, by skracać te terminy.[/b]
Ich zdaniem te procedury wydłużają się niepotrzebnie… A więc w pierwszej kolejności urzędnicy skracają termin wyłożenia projektu planu do publicznego wglądu.
[b]Mamy dyktat inwestorów?[/b]
W pewnym sensie. Dowodem na to jest ostatnia ustawa znosząca pozwolenia na budowę. Argumentowano, że zmniejszy bariery biurokratyczne. Ale przecież pozwoli też łatwiej uzyskać tzw. milczącą zgodę urzędniczą na zabudowę o niskiej jakości. I tylko zwiększy chaos w przestrzeni.
[b]Wasz projekt zwraca uwagę, że nawet środowiska opiniotwórcze i elity mają niski poziom świadomości estetycznej i przestrzennej.[/b]
Tak długo jak sprawa edukacji w tych dziedzinach będzie kulała, tak długo ta świadomość będzie taka, jaka jest. Ale jeżeli nie przemawiają do nas wartości estetyczne, niemierzalne jak wartość krajobrazu czy dziedzictwa, niech przemówią kategorie ekonomiczne. Dlaczego tej sfery nie rozumie minister, podczas gdy każdy kaszeba czy gazda wie, które z pokoi w jego chałupie przynoszą mu większy dochód, te z widokiem na morze lub Giewont czy te z widokiem na wychodek. Nie ma prostszego wyjaśnienia.
[b]Zakładając optymistyczny scenariusz: rząd przyjmuje wasz projekt i go realizuje – bo takie są wstępne deklaracje ministrów kultury i infrastruktury – czy wielkie reklamy przestaną zasłaniać miasto i powstanie pas zieleni wokół Warszawy?[/b]
Ani reklamy od razu nie znikną, ani realizowanie zielonego pasa nie stanie się oczywiste, ale pojawią się mechanizmy, które w dłuższej perspektywie zaczną ograniczać patologie. Sfera reklamy będzie uregulowana, łatwiej będzie realizować przedsięwzięcia urbanistyczne, także dotyczące krajobrazu i terenów zieleni. Przyjęcie przez rząd polityki architektonicznej – na wzór innych krajów UE – powinno doprowadzić do tego, że przestrzeń wokół nas zacznie przypominać tę, której zwykle zazdrościmy sąsiadom europejskim.
[b]Będzie ładniej?[/b]
Wolę odwołać się do przestrzeni niemieckiej, czyli raczej – porządniej.
[i]Grzegorz A. Buczek, urbanista, architekt, członek zarządu głównego Towarzystwa Urbanistów Polskich oraz Stowarzyszenia Architektów Polskich. Jeden z autorów projektu „Polskiej polityki architektonicznej”. Polityki jakości krajobrazu, przestrzeni publicznej, architektury” wydanego przez Narodowe Centrum Kultury, Polską Radę Architektury, SARP i TUP.[/i]
Projekt dostępny na stronach
[link=http://www.sarp.org.pl]www.sarp.org.pl[/link]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA