fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Festiwalowy blichtr i depresje

Gwiazdy na czerwonym dywanie to dla fotoreporterów ulubione ujęcie. Na zdjęciu Monica Bellucci i Sophie Marceau
AFP
Cannes jest jedno i niepowtarzalne. Żadna inna filmowa impreza nie ma takiej atmosfery ani magii. Tu wszystko może się zdarzyć, nawet cuda
Wzdłuż Bulwaru Croisette, przy którym stoi Pałac Festiwalowy, a także największe eleganckie hotele: Majestic, Carlton, Palais Stephanie, Miramar i Martinez, toczy się życie. Przez nadmorski deptak przetaczają się tłumy. Goście w smokingach mijają się z dziennikarzami w T-shirtach i turystami z aparatami fotograficznymi. W okolicznych wypożyczalniach za 50 euro można na jeden wieczór wypożyczyć smoking, by wejść na oficjalny pokaz.
Przed Pałacem Festiwalowym od rana stoją rozstawione krzesełka fotografów i gapiów, którzy zajmują dobre miejsca do obserwowania wieczornej gali. Cannes żyje też nocami. Wtedy niebo rozświetlają fajerwerki, na zacumowanych w porcie statkach, w hotelach i na plaży odbywają się przyjęcia, a ulice stają się jedną niekończącą się restauracją. Gwar przycicha dopiero o trzeciej, czwartej nad ranem.
[srodtytul]Zima w maju[/srodtytul]
Cuda zdarzają się w Cannes głównie dzięki wielkim studiom, które na promocję swoich filmów wydają miliony dolarów. Z morza może wyłonić się King Kong, a na Croisette wylądować kosmiczny statek. Pamiętam, jak z okazji premiery „Na krawędzi” z niebieskiego nieba nad Pałacem Festiwalowym spadł gęsty śnieg.
W tym roku na Croisette też zapanowała zima. Trawnik przed Carltonem zabielił się od białego puchu, na którym stanęły dwie wielkie choinki ubrane w kolorowe bombki. Tak Disney reklamował nakręconą w technice 3D „Opowieść wigilijną”. Podczas spotkania z prasą przed hotel podjechała bryczka, z której wysiedli producenci filmu, reżyser Robert Zemeckis i grający Scrooge’a Jim Carrey.
– Ta rola była dla mnie wymarzona – zażartował, a wtajemniczeni lekko się uśmiechnęli, bo aktor nie słynie z rozrzutności.
Promował też w Cannes gejowski romans „I Love You Philipp Morris”. Jego sławy nie starczyło jednak, by przebić się z tym tytułem na czołówki gazet.
Trochę na uboczu festiwalu była też królowa popu Mariah Carey. Promowała film „Precious”, którego akcja toczy się w Harlemie.
– Sama wychowałam się w Harlemie – wspominała. – Moja matka była biała, a ojciec czarny. Miałam trudne dzieciństwo i nigdy o tym nie zapominam.
Wszędzie, nawet podczas wywiadów, towarzyszyło jej dwóch rosłych ochroniarzy. W tym roku mniej jest szumu wokół wielkich gwiazd. Na Croisette najważniejsi stali się reżyserzy. Trudno się zresztą dziwić, bo konkurs zamienił się w pojedynek gigantów.
[srodtytul]Muza Almodóvara[/srodtytul]
Gdyby ktoś przyznawał Palmę dla najsympatyczniejszego artysty, musiałby ją dostać Pedro Almodóvar. Pogodny, ze stojącymi na baczność gęstymi siwymi włosami. Nie przejmuje się sławą. Można go spotkać w niedrogiej pizzerii niedaleko starego portu, do której chętnie chadzają wieczorami festiwalowicze, albo w kawiarni Carltona.
Pierwszy raz przyjechał na ten festiwal w 1982 roku. Pokazywał „Labirynt namiętności” w Tygodniu Krytyki.
– Byłem wtedy znacznie chudszy i zupełnie nieznany – wspomina. – Na projekcję przyszło niewiele osób, ale i tak czułem się szczęściarzem.
Dziś wraca do Cannes jako mistrz, choć przecież nigdy, nawet za „Wszystko o mojej matce”, nie dostał Złotej Palmy. Dlatego po „Przerwanych objęciach” wszyscy pytali: „Czy tym razem?”.
– W czasach, kiedy wiele filmów przypomina gry komputerowe, chcę, by moje odbijały prawdziwe życie – powiedział. – A czasem nawet były od niego intensywniejsze, bo nie ma niczego na świecie równie pięknego jak kino.
Od kilku lat Almodóvar przyjeżdża na Croisette z Penelopą Cruz. Nie kryje, że po Carmen Maurze i Victorii Abril to jego kolejna muza. Hiszpanka wie, że w amerykańskich hitach może zyskać sławę i pieniądze, ale wielką aktorką staje się przed kamerą Allena i Almodóvara.
– Zawsze się boję, czy sprostam ich oczekiwaniom – mówi. – Drżę jak osika, że mnie wyrzucą z planu. Najbardziej przy scenach komicznych. Na ekranie może to wygląda śmiesznie, ale dla mnie są dramatem. Podczas kręcenia „Vicky Cristina Barcelona” bardzo cierpiałam.
Podczas sesji zdjęciowych zarzuca mu ręce na ramiona, wtula się w niego jak mała dziewczynka. A Pedro, zdeklarowany gej nigdy niekryjący swojej orientacji, zapytany mało taktownie przez pewnego dziennikarza, czy chciałby się z nią ożenić, zdobył się na niezwykłe wyznanie:
– Kochamy się, choć się obawiam, że jest ktoś, kogo Penelope kocha bardziej ode mnie. Ale ona wie, że jest jedyną kobietą na świecie, z którą chciałbym mieć dziecko.
Film jest jak życie czy życie jak film?
Inny „wielki” – Quentin Tarantino, podobnie jak Almodóvar włóczy się po Cannes, przysiada w kawiarenkach przy plaży, zamawia hamburgera w Carltonie, gada z przechodniami. Zapamiętuje ludzi, potrafi rzucić mijanemu dziennikarzowi: „Cześć, fajne pytania wczoraj zadawałeś!”. On też przyjechał tu pierwszy raz jako nieznany twórca i rozpalił publiczność „Wściekłymi psami”. Dwa lata później, w 1994 roku, za „Pulp Fiction” dostał Złotą Palmę. Odtąd zjawia się na festiwalu regularnie.
– Kocham to miejsce, bo przez 12 dni kino jest tu najważniejsze – mówi. – W Nowym Jorku krytycy idą na południowy pokaz filmu jak z łaski. A tu tłoczą się o 8.30 rano pod kinem, żeby zobaczyć nowy obraz Johnniego To.
Tarantino tryska humorem. I kocha aktorów. W westernowych „Bękartach wojny”, gdzie odwraca bieg historii, zabijając w 1944 roku Hitlera, zatrudnił wykonawców z kilku krajów. Na konferencji prasowej na temat każdego z nich wygłosił pean.
– Jeden z moich bohaterów, niemiecki pułkownik Landa, musiał biegle mówić kilkoma językami. Zrobienie filmu uzależniałem od tego, czy znajdę kogoś, kto by do tej roli pasował. Dziesięć dni przed zdjęciami chciałem odwołać realizację. I wtedy na zdjęcia próbne przyszedł Christoph Waltz. Jak przeczytał kilka linijek tekstu, krzyknąłem: „Robimy!”.
Tarantino rzadko sięga po gwiazdy Hollywoodu z najwyższej półki. Tym razem w głównej roli obsadził Brada Pitta.
– Wygląda dokładnie jak główny bohater filmu – tłumaczył. – Gdyby był nieznany, biłbym się o niego z producentami do upadłego.
W Cannes Pitt znów zdementował plotki o rozstaniu z Angeliną Jolie. Wchodził z nią do Pałacu Festiwalowego po czerwonym dywanie, a paparazzi przyłapali parę na pocałunkach podczas romantycznej kolacji. Jako aktor Pitt wyraźnie zmienia wizerunek. Gra role trudne, różnorodne, współpracuje z coraz ciekawszymi reżyserami. Tarantino mówi, że kiedyś napisze specjalnie dla niego scenariusz. Kiedy?
– Muszę odpocząć – przyznaje. – Gdy zaczynam coś nowego, czuję się jak podczas wspinaczki na wielką górę. Dopiero na szczycie widzę następne góry. Na razie jeszcze promuję „Bękarty wojny”.
[srodtytul]Tajemnica penisa[/srodtytul]
Natomiast Lars von Trier, twórca duńskiej Dogmy, zdobywca Złotej Palmy za „Tańcząc w ciemnościach”, nieustannie walczy ze swoimi demonami. Cannes jest jedynym festiwalem, na który przyjeżdża. Własnym vanem, bo się boi latać samolotami i nie wsiada do pociągu. Nie mieszka w żadnym z hoteli na Croisette. Ucieka do Antibe, do położonego na skałach nad morzem Hotel du Cap, gdzie zatrzymują się tylko największe gwiazdy i gdzie metre d’hotel się chwali, że na przyjazd Sharon Stone jej sypialnia zasypywana jest płatkami róż. Trier nie szuka luksusu. Raczej stroni od hałasu.
Podczas rozmowy jest miły i otwarty, ale widać, że przez cały czas próbuje opanować drżenie rąk. Nie ukrywa, że stale walczy z depresjami.
– Są miesiące, w których nie jestem w stanie normalnie funkcjonować – mówi. – Ostatnia silna depresja dopadła mnie dwa lata temu. Próbowałem ją przełamać, pisząc scenariusz „Antychrysta”.
Przyznaje, że to jego najbardziej osobisty film, że przelał na ekran własne wizje i własny strach. Jednak gdy pytam, czy kino może być autoterapią, odpowiada:
– Nie. Ale zmusza mnie do tego, bym rano wstał z łóżka.
Podczas gdy Trier opowiada o swojej chorobie, nieopodal dziennikarze pytają odtwórcę głównej roli Willema Dafoe, dlaczego zgodził się na tak drastyczne obnażanie genitaliów na ekranie.
– To nie mój penis – zapewnia aktor. – Miałem dublera, aktora filmów porno.
Trier pokazał obrazy graniczące z pornografią, a Jane Campion uciekła w opowieść o platonicznej miłości romantycznego poety Johna Keatsa do 18-letniej Fanny Browne.
– Chciałam przypomnieć czasy, w których nie wskakiwało się od razu do łóżka – mówiła. – I miłość okazywaną delikatnie, nieśmiało.
Jej „Jasna gwiazda” jednych zachwyciła, innych znudziła. Natomiast bardzo dobrze został przyjęty nowy obraz Kena Loacha. Loach nigdy nie miał kłopotów ani ze sobą, ani z otoczeniem. Obserwuje je w sposób wnikliwy, ale pełen życzliwości i szacunku. Przyzwyczaił widzów do filmów społecznych, mocnych. W Cannes, gdy dziennikarze mówili mu, że zaskoczył ich pogodą i humorem „Looking for Eric”, tylko nieśmiało się uśmiechał. W jego filmie o samotnym pocztylionie, którego idolem jest Eric Cantona, pojawia się sam francuski piłkarz.
– Pierwszy raz w czasie zdjęć miałem kłopot z fotoreporterami – mówi, śmiejąc się, Loach, a Cantona zapytany, dlaczego po zakończeniu kariery piłkarskiej nie został trenerem, odpowiedział:
– Teraz interesuje mnie tylko kino!
Ech, ta magia ekranu...
Idąc przed ósmą rano na seans, widzę, jak na plaży wygrzebują się ze śpiworów dwaj młodzi chłopcy i dziewczyna. Przypominam sobie opowieść Liv Tyler, która już jako gwiazda „Armageddonu” wspominała, że pierwszy raz była na festiwalu jako nastolatka i spała na plaży, marząc, że kiedyś wejdzie do Pałacu Festiwalowego po czerwonym dywanie. Może więc kiedyś ci młodzi ludzie też staną na słynnych canneńskich schodach w blasku świateł. Marzenia czasem się spełniają. Zwłaszcza w kinie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA