Publicystyka

Polska armia – "misjonarze" czy "obrońcy"?

Olaf Osica
Fotorzepa, ms Michał Sadowski
Armia, która jest zdolna do udziału w zagranicznych ekspedycjach, daje lepszą rękojmię na wypadek niebezpieczeństwa niż wojska spędzające czas na manewrach – pisze ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/05/12/olaf-osica-polska-armia-%E2%80%93-misjonarze-czy-obroncy/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Dyskusja nad kształtem polskiej armii odzwierciedla często sam proces zmian w wojsku. Atmosferze politycznego sporu towarzyszą chaotyczna analiza i niespójny przekaz. W ten sposób obraz przemian upodabnia się do pozbawionego sensu działania, którego efektem jest stałe pogarszanie się kondycji sił zbrojnych. Tymczasem, jeżeli za punkt startu przyjąć rok 1990, zmiana na lepsze jest oczywista, co nie znaczy, że w pełni wykorzystano szanse minionych dwóch dekad i że nie ma powodów do obaw. Spojrzenie z dystansu pozwala na w miarę dokładne zdefiniowanie przyczyn dzisiejszych problemów. [srodtytul]Amerykanie stymulowali przemiany [/srodtytul]
Dla rozwoju sił zbrojnych, jak każdej instytucji, kluczowe jest zachowanie impulsu do zmian, a następnie zdolność do ujęcia ich w ramy spójnej i długofalowej strategii. W ostatnich dwóch dekadach pojawienie się obu umiejętności było wynikiem presji zewnętrznej. Najpierw związane było to z procesem rozszerzania NATO. Ogromna inercja struktur szeroko pojętego establishmentu obronnego, brak konsekwencji w realizacji planów i słabości przywództwa politycznego (niemal każdy minister obrony, a było ich w latach 1990 – 1999 dziesięciu, miał własną wizję armii) spowodowały, że czas ten został w dużej mierze stracony dla głębokiej reformy armii. W owym okresie nie udało się też przeprowadzić reformy szkolnictwa wojskowego ani zbudować silnej kontroli cywilnej nad wojskiem. Oba zaniechania do dzisiaj hamują przemiany w siłach zbrojnych. Dodatkowym czynnikiem osłabiającym presję na zmiany w wojsku była dominacja politycznych kryteriów rozszerzenia sojuszu nad aspektami wojskowymi. Od armii państw kandydujących oczekiwano ogólnej gotowości do porozumiewania się z NATO, a nie realnej zdolności do współdziałania z paktem. Na przełomie 1998 i 1999 r. sojusz stworzył tzw. minimalne kryteria wojskowe, aby zachować pozór gotowości kandydatów do członkostwa. Utyskując dzisiaj na strategiczną dwuznaczność rozszerzenia NATO w 1999 i 2004 r., przejawiającą się m.in. brakiem infrastruktury sojuszniczej na wschód od Renu, warto pamiętać, że z punktu widzenia NATO kryteria ekspansji i kryteria członkostwa pokrywały się wzajemnie. Drugi impuls pojawił się wraz z decyzją o zaangażowaniu się w Iraku. To ta operacja, politycznie wątpliwa i nieprzygotowana od strony dyplomatycznej w relacjach z USA, uruchomiła prawdziwą reformę, wymusiła realne zaangażowanie struktur państwa i wojska, których nawykiem było zajmowanie się samymi sobą. Wojna w Iraku i Afganistanie racjonalizuje zakupy dla sił zbrojnych pod kątem realnych wymogów pola walki, a nie "ambicjonalnych" potrzeb kadry i polityków. Wymusza także dostosowania u producentów uzbrojenia. Pozwala ocenić jakość produktów oferowanych m.in. przez rodzimy przemysł obronny, który większość lat dziewięćdziesiątych spędził na doskonaleniu radzieckich produktów (niekiedy nawet udanie) i tworzeniu prototypów. Rola USA, a także innych sojuszników, w stymulowaniu przemian była zawsze bardzo ważna i pozytywna. Nie przekreślają tego wszystkie błędy polityczne i niezręczności, których doświadczyliśmy ze strony Waszyngtonu. Nie tylko dlatego, że sporą część kosztów w Iraku pokrywali Amerykanie, ale i dlatego, że od połowy lat dziewięćdziesiątych oferowali swą wiedzę, doradców i miejsca na uczelniach. Z pewnością wśród wielu podsuwanych nam rozwiązań były i takie, które w większym stopniu bliższe były amerykańskim potrzebom, niż odzwierciedlały naszą sytuację i możliwości. Patrząc na losy Strategicznego Przeglądu Obronnego i projektów transformacji sił zbrojnych, problemem nie było jednak naśladownictwo amerykańskich wzorów, lecz brak zdecydowania po polskiej stronie w obraniu, a następnie konsekwentnej realizacji jednego, spójnego pakietu rozwiązań. [srodtytul]Efekt kuriozalnego mariażu [/srodtytul] Czy impuls wywołany zmianą sytuacji bezpieczeństwa światowego po zamachach na USA trwa wystarczająco długo, abyśmy mogli spokojnie patrzeć na przyszłość sił zbrojnych? Na pewno nie. Mały dystans czasowy i brak lub niedostępność całościowego audytu skłania do przypuszczeń, że o ile w obszarze przełamywania "dziedzictwa Układu Warszawskiego" masa krytyczna została już przekroczona, o tyle w obszarze transformacji sił zbrojnych – czyli zarówno ich modernizacji, profesjonalizacji, jak i ciągłej adaptacji do nowych realiów prowadzenia działań militarnych – zdecydowanie nie. Rytm pozytywnych przemian w wojsku nie może być zatem utrzymany tylko w oparciu o impulsy polityki wewnętrznej. Zwłaszcza że mamy do czynienia ze spowolnieniem gospodarczym, którego skala i długość pozostają kwestią otwartą. Dzisiejsza sytuacja przypomina zatem kwadraturę koła: siły zbrojne potrzebują ciągłych doświadczeń z misji i współdziałania z sojusznikami, a stan finansów państwa i zmęczenie oraz rozczarowanie opinii publicznej dekadą udziału wojska w operacjach pod egidą NATO, UE, ONZ czy w ramach innych koalicji wymusza ograniczenie aktywności. Jest to prawidłowość, którą można obserwować w większości, jeśli nie we wszystkich państwach strefy atlantyckiej. Prosty wybór "pomiędzy" jest wykluczony. Pozostaje umiejętna nawigacja łącząca utrzymanie zaangażowania militarnego uwzględniającego ograniczenia finansowe i polityczne wynikające z nastawienia społecznego. Towarzyszyć temu musi jednak zakończenie ciągle dającego o sobie znać sporu między tzw. armią do obrony terytorium a tzw. armią ekspedycyjną. Sporu, który odżył za sprawą wojny w Gruzji i zmian w NATO, a którego przejawem jest m.in. dyskusja o wielkości zawodowych sił zbrojnych. Znowu warto przypomnieć, że spór ten jest dziedzictwem nieformalnego, a zarazem kuriozalnego mariażu, który po 1989 r. zawarły środowiska kultywujące tradycje polskiej wojskowości (dla których punktem odniesienia jest rok 1939) z wpływową częścią establishmentu LWP upatrującą w przemianach politycznych, a także integracji z sojuszem wyroku śmierci dla swej roli i wpływów. Koncepcja obrony terytorialnej została zatem zbudowana w opozycji do działań ekspedycyjnych, ponieważ te drugie miały osłabiać potencjał obronny Polski. W praktyce było i jest dokładnie na odwrót. Siły zbrojne, które są zdolne do działania w operacjach ekspedycyjnych, są z definicji lepszą rękojmią na wypadek zagrożenia bezpieczeństwa niż wojska spędzające czas na manewrach. [srodtytul]Nie ilość, lecz jakość [/srodtytul] Rewolucja technologiczna, a także odejście od tradycyjnych "lekkich" misji utrzymania pokoju w stronę "ciężkich" operacji wymuszania stabilizacji niweluje z kolei różnice w uzbrojeniu i wyszkoleniu "misjonarzy" i "obrońców". Mobilność nie tylko jednostek, ale i struktur dowodzenia, siła ognia, wsparcie z powietrza oraz logistyka są być może nawet większym wyzwaniem dla działań w Afganistanie niż na własnym terytorium. Nie ilość zatem, lecz jakość przesądza o sukcesie kampanii wojskowych. Problemem wymagającym natomiast poważnej i spokojnej dyskusji jest kwestia kształtu sił zbrojnych. Z punktu bezpieczeństwa państwa ważniejsze jest, aby stanowiły one wewnętrznie zwarty i zintegrowany system, nawet jeżeli odbywa się to kosztem ich wielkości oraz braku pewnych zdolności wymagających gigantycznych nakładów finansowych. Wojsko liczebne, ale składające się z wąskiej, w pełni profesjonalnej i znakomicie wyposażonej elity ("armii A"), niezdolnej do współdziałania z większą resztą ("armią B"), niestanowiącą realnej wartości bojowej, oferuje bowiem jedynie iluzję bezpieczeństwa. Dotychczasowa praktyka wszystkich rządów, a także logika działania armii jako instytucji sprzyjała tworzeniu armii "A" kosztem reszty jednostek. Był to wynik presji wydarzeń i ograniczeń finansowych, do których tworzono specjalną narrację nadającą podziałowi pozory racjonalności. Spojrzenie na przemiany w wojsku od strony ich kształtu, a nie misji, pozwala na rozsądną, choć w wielu aspektach bolesną debatę na temat potrzeb obronnych Polski, w tym roli obrony terytorialnej. Wielkość armii, jej kształt i struktury dowodzenia stają się bowiem wypadkową możliwości finansowych państwa i realnych zagrożeń dla jego bezpieczeństwa, a nie ambicji i percepcji. Problem obrony terytorialnej nie wiąże się natomiast z pytaniem o kształt sił zbrojnych, lecz z pytaniem o zdolność całego aparatu państwowego i jego służb – obrony cywilnej, policji, różnych rodzajów straży państwowych – do współdziałania z nowoczesną armią. Dopiero wtedy naprawdę zaczynamy rozmawiać o obronie na wypadek sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa państwa. [i]Autor jest politologiem, ekspertem ds. bezpieczeństwa międzynarodowego. Wykłada w Collegium Civitas, stale współpracuje z "Tygodnikiem Powszechnym" [/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL