Publicystyka

Wałęsa zbiorowej troski

Piotr Semka
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Historyczny lider „Solidarności" lubi występować w roli pomnika. Jednak co rusz ucieka z cokołu, aby związanemu z nim akurat środowisku wykręcić jakiś numer – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
[b][link=http://blog.rp.pl/semka/2009/05/07/walesa-zbiorowej-troski/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Emocje, jakie wywołał występ Lecha Wałęsy na kongresie eurosceptycznej partii Libertas w Rzymie, to nic nowego. Zwyczajna powtórka jego politycznej metody. Zanim więc wszyscy pogrzebią ostatni wybryk noblisty we wstydliwej niepamięci, prześledźmy zwroty, jakie wykonywał w swojej politycznej karierze. Rzymski rajd byłego prezydenta zszokował Platformę Obywatelską, zwłaszcza że dzień wcześniej na kongresie Europejskiej Partii Ludowej (EPP) w Warszawie kreowano go na symbol euroentuzjazmu. Trudno się zatem dziwić, że początkowe reakcje były neurotyczne. Najpierw Stefan Niesiołowski zagrzmiał, że Wałęsa się skompromitował. Potem politycy PO zorientowali się, że wyjazd byłego prezydenta do Declana Ganleya ich samych najbardziej wystawia na pośmiewisko, zmienili więc linię propagandową. Zaczęli bagatelizować sprawę, ogłaszając, że historyczny lider "Solidarności" jest wolnym człowiekiem i może robić, co chce. Sam premier Donald Tusk nie wyszedł poza zdawkowe określenie "wyskok".
Choć zdawać by się mogło, że najwięcej powodów do złośliwej Schadenfreude ma PiS, to najostrzej Wałęsę zaatakowały duchowe sieroty po Unii Wolności. Jacek Żakowski, publicysta "Polityki", oznajmił, że Wałęsa, popierając Ganleya, "przeszedł na stronę interesów Kremla". Z kolei Władysław Frasyniuk, który jeszcze niedawno radził Wałęsie "dawać w twarz" adwersarzom, zaczął rozwodzić się nad jego chłopskimi przywarami: pazernością i nadmiernym przywiązaniem do wartości materialnych. Od tych zaś, którzy nie wiedzą, co myśleć o kolejnej wolcie noblisty, usłyszeliśmy starą litanię głupio-mądrych sentencji. Andrzej Celiński uderzył się w pierś: "To nasz problem, że Polska nie znajduje miejsca dla Lecha Wałęsy". Pojawili się już jednak nowi, zażarci obrońcy. Wdzięczni za rzymski show polscy politycy Libertas wybaczyli mu wcześniejsze flirty z PO. Artur Zawisza ni stąd, ni zowąd zauważył, że były polski prezydent w europejskiej Radzie Mędrców "zwalcza socjalistyczne pomysły", a Libertas "jest dumny, że mógł zaprezentować Wałęsę jako wkład Polski w walkę o wolność w Europie". Roman Giertych już wieszczy, że Wałęsa " z natury ludowy, katolicki, antybiurokratyczny" tylko czeka, aby rzucić wyzwanie Platformie. Z kim? Giertych już wie: z Libertas, które jest "właściwym dla niego miejscem". Wszystkie te jeremiady utrwalają typową dla Polski praktykę traktowania Wałęsy jako cudownego – choć kapryśnego – dziecka, które ma prawo robić wszystko, co zechce. A jeśli dochodzi do jakiejś hecy, to winni są wszyscy, tylko nie Wałęsa. [srodtytul]Kasa to kasa[/srodtytul] Sam noblista wybrał najprostszą linię obrony. Z rozbrajającą szczerością ogłosił, że kasuje pieniądze i kasować będzie: "Potrzebuję pieniędzy na ubrania, na buty mi nie starcza". Ku niewymownej zgrozie dziennikarki TVN24 Moniki Olejnik ujawnił nawet, że za odpowiednią cenę gotowy jest obsłużyć zarówno zjazd PiS, jak i spotkanie Radia Maryja. W ten sposób potwierdził zasadę, dzięki której Wałęsa daje sobie radę od dziesięcioleci – po odsunięciu starych zwolenników, szybko zyskuje nowych, którzy liczą na to, że coś im skapnie z jego pozycji i sławy. Czy rzeczywiście były prezydent jest zmuszony do skromnego życia? Bez pieniędzy na buty i skarpetki? Jego dożywotnia prezydencka pensja zapewne ucieszyłaby wielu Polaków. Za darmo chronią go borowcy. Dodatkowo ma do dyspozycji opłacane z budżetu państwa biuro, które organizuje mu wyjazdy zagraniczne. Od ponad dekady za zagraniczne wykłady kasuje zresztą spore sumy. Kto uwierzył w tyrady Wałęsy o braku pieniędzy, niech przyjrzy się corocznym imieninom noblisty w jego gdańskim domu, gdzie stoły uginają się od luksusowych dań i gdzie bawi się parę setek gości. Można podejrzewać, że Wałęsa do Rzymu pojechał zarówno skuszony atrakcyjną gażą, jak i powodowany chęcią utarcia nosa Platformie, która traktowała go już niemal jako swoją własność. Na dodatek miał od dłuższego czasu wiele innych pretensji do Donalda Tuska. Że nie zlikwidował IPN, że nie gwarantuje mu prokuratorskiego śledztwa, które ogłosi brak jego kontaktów z SB. Uparta plotka głosiła ponadto, że Wałęsa niedawno zażądał od Tuska umieszczenia jego syna Jarosława na pierwszym miejscu na pomorskiej liście do europarlamentu. Koniec końców Tusk dał Wałęsie juniorowi jedynie ostatnie – dziesiąte – miejsce na liście. Wróćmy do rytualnego załamywania rąk nad tym, że Polska nie potrafi zagospodarować postaci Lecha Wałęsy. Czy nie przypomina to rozterek rodziców, że nie potrafią zmusić leniwego dziecka do zainteresowania się czymkolwiek? Wiele wskazuje na to, że Wałęsa na żadne ambitne misje międzynarodowe nie ma ochoty. Jedyna planowana wizyta w Wenezueli, kraju pogrążającym się w dyktaturze, nie doszła do skutku. A czy były lider ruchu "Solidarności" interesuje się represjonowanymi związkowcami czy bojownikami o wolność? Czy próbuje wjechać do Birmy, by zobaczyć się z opozycjonistką Aung San Suu Kyi? Jeździ do Gruzji, aby mediować między prezydentem Saakaszwilim a opozycją? Odwiedza znękane wojną kraje Afryki? Nic nie wskazuje na to, aby wygodny Wałęsa miał ochotę ruszać się poza zachodnie uniwersytety, gdzie nawet najbardziej banalny wykład daje mu solidny zysk. [srodtytul]Psucie lidera "Solidarności" [/srodtytul] Nie od dziś powtarzam, że traktowanie Wałęsy jak dziecka, któremu wszystko wolno, najbardziej szkodzi samemu Wałęsie. Kto na przykład rozliczył go z działalności w europejskiej Radzie Mędrców, do której wpychano go przy sporym udziale polskiej dyplomacji i osobiście premiera Tuska? Dziennikarze "Teraz my" odkryli ze zdziwieniem, że były polski prezydent w Rzymie mówił niemal słowo w słowo to, co na kongresie EPP w Warszawie. A może zdziwienie powinno dotyczyć raczej tego, jak pusta i ogólnikowa jest jego nowomowa, która doskonale pasuje zarówno do kongresu zwolenników traktatu lizbońskiego, jak i wiecu eurosceptyków? Trudno zliczyć środowiska polityczne, które psuły Wałęsę, tolerując jego złe cechy i broniąc go, aby tylko dopiec adwersarzom. Lista jest długa: działacze Wolnych Związków Zawodowych, korowcy i członkowie Ruchu Młodej Polski. Związkowcy i narodowcy. Adam Michnik i prymas Glemp. Bracia Kaczyńscy i rząd Hanny Suchockiej. Zwolennicy Unii Wolności i czapkujący mu AWS. Przypomnijmy, jak różne siły stawiały na Wałęsę i jak się te przymierza kończyły. Wyrywanie sobie Wałęsy z rąk zaczęło się z chwilą powstania NSZZ "Solidarność" w 1980 r. Działacze WZZ, którzy czuli się mentorami Wałęsy, gdy ten w 1978 roku wchodził do działalności opozycyjnej, oczekiwali, że jako szef związku weźmie pod uwagę ich doświadczenie. Ale "Lechu" szybko zerwał ze swoimi patronami sprzed Sierpnia i zagrał o samodzielne przywództwo. W czasie szesnastu miesięcy karnawału "Solidarności", w otoczeniu Wałęsy ścierały się różne wpływy: wpierw radykałów z kręgu Andrzeja Gwiazdy, potem konserwatystów z Ruchu Młodej Polski, wreszcie działaczy ze środowiska KOR. Na dodatek na lidera "Solidarności" starał się wpływać prymas Józef Glemp, by ograniczyć wpływy środowiska lewicy laickiej w związku.Sam Wałęsa tylko w niewielkim stopniu był czuły na ideologie. Kolejne zwroty ku jednym czy ku drugim środowiskom zawsze służyły utrzymaniu jego przywództwa. Dlatego w stanie wojennym, gdy najważniejsze stały się kontakty na Zachodzie – ważniejsze od robotniczych mas – postawił na środowisko Adama Michnika. W okresie od rozpoczęcia rozmów Okrągłego Stołu do powstania rządu Tadeusza Mazowieckiego akceptował strategiczną rolę Bronisława Geremka i Adama Michnika jako faktycznych architektów polityki strony opozycyjnej. W tym czasie kultu Wałęsy pilnowali jego najważniejsi doradcy. Gustaw Herling-Grudziński wspominał, że gdy podczas rozmowy z Bronisławem Geremkiem wyrwały mu się uwagi o złych cechach Wałęsy, został zgromiony za naruszenie autorytetu robotniczego trybuna. Ale w 1990 roku rząd Mazowieckiego popełnił błąd – uznał, że Wałęsa jest już niepotrzebny i może poprzestać na funkcji szefa NSZZ "Solidarność". Nasz bohater zrobił wtedy kolejny zwrot i zaczął planować, kto przygotuje mu kampanię prezydencką. Rozejrzał się, kto jest wrogiem jego wrogów i zainteresował się braćmi Kaczyńskimi. Ambitni bliźniacy dostrzegali wprawdzie wady Wałęsy, ale czuli, że bez Lecha – silnej politycznej lokomotywy – nie wygrają z obozem Mazowieckiego. Adam Michnik zaszokowany uniezależnieniem Wałęsy, ogłosił, że najsłynniejszy stoczniowiec świata staje się zagrożeniem dla polskiej demokracji. "Być może Wałęsa zwycięży w wyborach prezydenckich. Ale i wtedy nie będzie prezydentem demokratycznej Rzeczypospolitej, lecz czynnikiem destabilizującym polityczny układ, wprowadzającym chaos, izolującym Polskę od świata" – pisał naczelny "Wyborczej" w październiku 1990 roku. [srodtytul]Na bocznym torze[/srodtytul] Jako prezydent Wałęsa uznał, że po wykorzystaniu Kaczyńskich trzeba szukać nowych sojuszników. Tym razem postawił na liberałów i wraz z nimi poparł rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego, a potem gabinet Hanny Suchockiej. Jednocześnie Adam Michnik, widząc, że nowy prezydent nie jest już zwolennikiem dekomunizacji i lustracji, zaczął traktować Wałęsę jako "mniejsze zło" – zwłaszcza w porównaniu z rządem Jana Olszewskiego. Okres prezydentury to krótki czas, gdy Wałęsa lekceważy potrzebę posiadania własnej partii. Jest przekonany, że może rządzić sam, dysponując jedynie silną władzą prezydencką i usłużnymi byłymi oficerami SB i WSI. Że słaba baza polityczna to jednak za mało, zrozumiał dopiero w drugiej fazie swojej kadencji – wtedy na gwałt zaczął tworzyć BBWR (Bezpartyjny Blok Wspierania Reform). Porażka w 1995 roku na dłuższy czas czyni go politykiem nieatrakcyjnym. Nie lgną więc do niego ani Unia Wolności, ani AWS. Zbyt świeże są jeszcze wspomnienia kiksów jego prezydentury. [srodtytul]Bezcenny nabytek Tuska [/srodtytul] Salon liberalny przypomniał sobie o nim na chwilę w 2000 roku. Wałęsa z lubością atakował wówczas Mariana Krzaklewskiego z AWS, rywala Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich. Kwestionując prawo ówczesnego przewodniczącego "Solidarności" do świętowania rocznicy Sierpnia, zepsuł ważny punkt jego kampanii. Od 2005 roku Wałęsa znów staje się potrzebny. Żywiąc starą niechęć do Kaczyńskich, zaczyna sypać oskarżeniami wobec PiS. Natychmiast zyskuje poklask Platformy i tej części liberalnej inteligencji, którą niepokoi projekt IV RP. Wałęsa stał się bezcennym nabytkiem dla Donalda Tuska, zwłaszcza że przekonywał: "Kaczyński się nigdy nie podda, bo to człowiek walki, cały czas w natarciu. Ale do normalnej pracy się nie nadaje. Tusk jest jego przeciwieństwem, to człowiek do roboty". To wtedy autorzy publikacji odbrązowiających postać Wałęsy otrzymują na łamach " Wyborczej" miano sługusów PiS. W myśl tej logiki obrona Wałęsy jest kwestią przyzwoitości, a jego krytyka – wypełnianiem podłych planów Kaczyńskich. Kulminacją aliansu Wałęsy z PO stała się hołdownicza feta z okazji rocznicy przyznania mu Nagrody Nobla. Wzięły w niej udział liczne autorytety obozu liberalnego. Idylla na linii Tusk – Wałęsa trwała długo. Wydawało się, że show byłego prezydenta na kongresie EPP będzie jej uwieńczeniem. Donald Tusk był na końcu długiej kolejki polityków, którzy chcieli ogrzać się w blasku wałęsowskiej sławy. Wydawałoby się, że pamięć o wadach noblisty powinna nakazać jego kolejnym sojusznikom daleko idącą ostrożność. Tak jednak nie jest. Zawsze ktoś bardziej potrzebuje Wałęsy, niż lęka się o jego ewentualny spektakularny zwrot. Ta słabość i brak konsekwencji wobec jego działań wytworzyły sytuację, w której Wałęsa pasożytuje na polskiej scenie politycznej. Raz obrazi Radio Maryja, a innym razem nieuczciwie zasugeruje, że na arcybiskupa Kazimierza Nycza "też są teczki". Raz poprze Tuska, a kiedy indziej zbojkotuje sejmową akademię pod patronatem platformerskiego marszałka ku czci Okrągłego Stołu. Wałęsa lubi występować w roli pomnika, ale co rusz ucieka z cokołu, aby związanemu z nim akurat środowisku wykręcić jakiś numer. [srodtytul]Ile on kosztuje? [/srodtytul] W cywilizowanych krajach od żyjących pomników wymaga się, aby unikały wikłania się w aktualne spory. Coś za coś. Szacunek i splendor w zamian za trzymanie się z dala od bieżącej polityki. Tylko w Polsce Wałęsa może korzystać z historycznych zasług, a jednocześnie nie wiążą go żadne ograniczenia. Przypomina nastolatka, który domaga się od rodziców dachu nad głową i kieszonkowego, nie poczuwając się przy tym do obowiązku bycia posłusznym. W ciągu ostatnich 30 lat wszystkie siły polityczne przyczyniły się do stworzenia takiego Wałęsy, jakim jest obecnie. I tylko porozumienie wszystkich sił mogłoby go zmusić do respektowania granic swojej aktywności. Ale taki konsensus to w naszych warunkach marzenie ściętej głowy. Zawsze komuś może przyjść od głowy, by użyć Wałęsy do własnych celów kosztem politycznych przeciwników. I nie widać nikogo, kto wykazywałby chęć powiedzenia mu kilku słów do słuchu. Henryk Sawka w niedawnym rysunkowym żarcie w dzienniku "Polska" przedstawia biuro niemieckiego Związku Wypędzonych oraz jego szefową Erikę Steinbach, która zwraca się do swego asystenta: "Zbliża się kongres. Ile kosztuje Wałęsa". Okrutne? Krzywdzące? A może powinno dać do myślenia bezwarunkowym obrońcom "Lecha"?
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL