fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Pracoholizm grozi alkoholizmem

materiały prasowe
Komiks „Dziennik z zaginięcia” to prawdziwa historia Hideo Azumy, wziętego rysownika mangi, którego dopada depresja spowodowana nadmiarem pracy oraz nadużywaniem procentów
Nie mieliście nigdy ochoty urwać się z życia pełnego terminów i zobowiązań? Na jakiś czas zniknąć? Bohater „Dziennika z zaginięcia” tak właśnie postępuje. Nie uprzedzając żony ani pracodawców, któregoś dnia wsiada w tokijskie metro, jedzie w kierunku gór, wysiada w rzadko zamieszkałej okolicy i… zaczyna egzystencję współczesnego Robinsona Cruzoe. Na bezludnej wyspie w cywilizacyjnym oceanie.
 
 
Tak zaczyna się jeden z najbardziej poruszających komiksów, na jakie ostatnio natrafiłam. Bo to nie fikcja ani metafora. Zdumiewająco szczera autobiografia artysty, który wpada w alkoholizm z permanentnego przepracowania. Tym komiksem Azuma wypłynął na światowe forum, zdobył liczne nagrody (m.in. „New York Magazine” uznał „Dziennik…” na najlepszą powieść graficzną 2008 roku). Przede wszystkim, odzyskał dla siebie szacunek.
Dobiegający sześćdziesiątki artysta przywołał wydarzenia sprzed ponad 30 lat, gdy jako dwudziestolatek i początkujący mangaka (rysownik mangi) przyjeżdża do Tokio z Hokkaido. Chwyta każde zlecenie, żeby się utrzymać. Jest inny, niż koledzy po fachu. Trochę archaizuje, stylizuje się na amerykański styl z okresu międzywojnia, ale też jego prace wyróżniają się świeżością kreski, zaś nieco kiczowate postaci urzekają autentyzmem uczuć.
Azuma ma talent, lecz zerowe rozpoznanie rynku. Nie zauważa, kiedy wpada w matnię terminów i zobowiązań. Nie widzi, ze jest eksploatowany i manipulowany przez redaktorów wydawnictw. Nie dostrzega, że traci kontakt z rodziną, ze światem. Aż do momentu, kiedy przestaje odczuwać przyjemność tworzenia. „Jak się podchodzi do wszystkiego za poważnie, wpada się właśnie w tę chorą spiralę”, zauważył po latach.
Efektem była depresja. Ucieczka. Nie, artysta nie targnął się na życie – choć po latach podjął próbę samobójczą. Na razie chciał być sam, przemyśleć to i owo.
Taka reakcja – to szczyt odwagi. Spartakus na miarę czasów. Desperado Zachodu. Bo niełatwo zauważyć, a jeszcze trudniej przyznać, że oto staliśmy się „niewolnikami na własne życzenie”. Pracoholikami ze strachu. Ten typ można spotkać zarówno w krajach rozwijających się (Polska), jak wysoko uprzemysłowionych (Japonia): ludzie niby awansują, robią niby-kariery, zarabiając „za dużo, żeby umrzeć, za mało, żeby żyć”.
Rejterada Azumy z dotychczasowego życia na pozór przypomina motywy z powieści Haruki Murakamiego. Jednak popularny pisarz snuje narracje na wpół realistyczne, na poły fantastyczne. Natomiast autor „Dziennika z zaginięcia” nie konfabuluje. Opowiada prawdziwą historię własnej bezdomności. Z wyboru.
 
 
Podstawowy problem bezdomnego: aprowizacja i ciepłe legowisko. Azuma szybko uczy się zasad współczesnej robinsonady. Montuje namiot-łoże z koców i parasola, konstruuje piecyk z z blaszanych puszek, myje się i opiera w publicznych toaletach. Okrywa pokłady żarcia w workach ze śmieciami i w pobliżu knajp; na przystankach zbiera pety; nawet zdarza mu się znaleźć alkohol – a procentów potrzebuje jak nikotyny. I kiedy już urządził się jak król, zgarnia go policja, podejrzewając o dokonanie zbrodni w sąsiedztwie. Funkcjonariusze szybko odkrywają jego niewinność, jednak rysownik i tak wpada: rozpoznaje go zatrudniony na posterunku fan komiksów. Funkcjonariusze telefonują do żony grafika – i kończy się eskapada la Cruzoe.
Po jakimś czasie Hideo Azuma znów nie wytrzymał. Ponownie uciekł z domu, od wydawnictw i zleceń. Tym razem podjął pracę jako fizyczny. Dorabiał przy rozbiórkach domów, następnie w gazownictwie. Choć trudno w to uwierzyć, „przegazował” kilka lat. To inne środowisko wspomina: „Pod względem zdrowia psychicznego praca w budowlance jest przyjemniejsza, tylko stosunki międzyludzkie bardziej skomplikowane. Jest dużo więcej przygłupów…”
Gdy wrócił do domu, dzieci nie pamiętały, jak wygląda. Tym razem po powrocie z „wyspy” odzyskał natchnienie i twórczą parę, lecz wpadł w alkoholizm. Ostatni rozdział autobiograficznego tomu dotyczy choroby i odwyku.
 
 
Temat uzależnienia od alkoholu podejmowany był wielokrotnie przez pisarzy i twórców filmu. Ale żeby za alkoholizm brał się komiksiarz? Tego jeszcze nie widziałam.
W przypadku Azumy powodem uzależnienia była… twórcza praca. W nienaturalnym tempie, pod presją terminów, w strachu o brak dalszych zleceń. „Koty to mają fajnie, nie muszą rysować komiksów”, do takiej konstatacji dochodzi w pewnym momencie bohater opowieści. Ma też świadomość, że brak dystansu do siebie i rysunków grozi popadaniem w banał. „Napędza” się więc wysokoprocentowymi napojami. Aż w końcu… żonie po raz kolejny wyczerpuje się cierpliwość i kieruje go do „psychiatryka”. Jak większość uzależnionych, artysta na początku nie rozumie, dlaczego trafia na odwyk.
Było to 11 lat temu. Od pięciu lat nie pije. Nadal należy do AA – japońskiego stowarzyszenia abstynentów. Odważył się też narysować odwykową gehennę. Co najważniejsze – zrobił to zabawnie, z wdziękiem i autoironią. Szczerość w żartobliwej formie – oto przepis Azumy na sukces. Polecam, sprawdza się też w życiu codziennym.
Hideo Azuma "Dziennik z zaginięcia" Tłum. Radosław Bolałek Wyd. Hanami, Warszawa 2009
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA