Piłka nożna

Strasznie piękny Manchester

Cristiano Ronaldo strzela drugiego gola.
AFP
Echa angielskiego półfinału. Droga do Rzymu prowadziła na skróty. Manchester zapewnił sobie drugi z rzędu awans do finału Ligi Mistrzów w 11 minut, a potem nie tyle grał z Arsenalem w piłkę, co go futbolem torturował. Tego wieczoru, jak napisał "Times", mężczyźni rozbili chłopców
Alex Ferguson podobno poważnie się zastanawiał, czy w ogóle jechać z drużyną na stadion Arsenalu, tak przynajmniej piszą niektóre angielskie dzienniki. Kilka godzin wcześniej trener dowiedział się, że dwoje jego wnuków i ich matka zderzyli się czołowo z innym samochodem w hrabstwie Cheshire. Dziesięcioletni Charlie trafił po operacji na odział intensywnej terapii, w złym stanie była też Nadine Ferguson, która od jakiegoś czasu jest w separacji z Darrenem, jednym z trzech synów menedżera United.
Ferguson chciał w pierwszej chwili lecieć z Londynu do Cheshire by być przy nich w szpitalu. Dopiero gdy usłyszał, że obrażenia nie zagrażają życiu, uspokoił się na tyle, by zostać z piłkarzami. Został i przeżył na Emirates jeden z najpiękniejszych wieczorów w karierze, a podczas meczu ani przez chwilę nie pokazał, że jest myślami gdzie indziej. Przeciwnie: świętował kolejne bramki dla United jak kibic, a nie trener. Nawet tę na 3:0 w drugiej połowie, która dla losów półfinału nie miała absolutnie żadnego znaczenia. Zerwał się po niej sprintem z ławki, śmiejąc się i krzycząc. Ale po meczu był łaskawym zwycięzcą, o pokonanym Arsenalu i jego załamanym trenerze Arsenie Wengerze mówił z wielkim szacunkiem.
Dziennikarze, ale i niektórzy piłkarze Manchesteru, pozwolili sobie na więcej. "Times" napisał o starciu mężczyzn i chłopców, obrońca Patrice Evra był dosadniejszy. "Jedenastu mężczyzn grało przeciw jedenastu dzieciakom. Na każdej pozycji byliśmy lepsi. Ciągle słyszymy, że Arsenal gra pięknie, ale w futbolu chodzi przecież o zdobywanie trofeów. My je zdobywamy. I też jesteśmy piękni" - mówił Francuz. Najostrzejszy dla piłkarzy Wengera był "Mirror". "Manchester ścinał kwiaty Arsenalu jeden po drugim. Bambi Wengera, skaczący na roztrzęsionych nogach, byli bezbronną, łatwą zdobyczą dla ścigających ich bestii" "Guardian" napisał, że Manchester znalazł na Emirates skrót z Londynu do Rzymu. Po 11 minutach rewanżu był już na miejscu. Zapowiedziana przez angielskie bulwarówki "Bitwa o Rzym", gdzie 27 maja odbędzie się finał, skończyła się gdy tylko oddziały skrzyżowały broń. Arsenal zataczał się już po golu Park Ji Sunga - po podaniu Cristiano Ronaldo i kiksie Kierana Gibbsa - a trzy minuty później Ronaldo poprawił jeszcze z rzutu wolnego. Portugalczyk strzelił również trzecią bramkę, po błyskawicznym kontrataku, a "The Sun", trzymając się rzymskiej konwencji, nazwał go po półfinale "Ro-Man Imperatorem". Najlepszy piłkarz ostatniego sezonu wrócił do świetnej formy. Trzeba się chyba pogodzić z tym, że ten imperator zawsze będzie robił na boisku głupie miny (we wtorek wyjątkowo się na nie uparł) i wymuszał faule (przy rzucie wolnym, z którego strzelił gola). Gra tak, że wszystko mu można wybaczyć. Ronaldo to też idealny symbol swojej drużyny: artysta i atleta w jednym. Ferguson zbiera podobnych mu piłkarzy na Old Trafford od kilku lat i chyba wreszcie jest bliski ideału. Od Nemanji Vidicia i Rio Ferdinanda w obronie, po Ronaldo z Wayne'em Rooneyem w ataku, obecny Manchester na równi zachwyca i straszy. Przełamuje wszystkie bariery, na których dotychczas się rozbijał. Nigdy wcześniej nie wygrał w Portugalii - zrobił to niedawno w rewanżu z Porto. Ani razu nie wygrał na Emirates - we wtorek rozniósł tam Arsenal. Jeśli nie zdarzy się żadna katastrofa, za kilka tygodni znów zostanie mistrzem Anglii i wyrówna rekord 18 tytułów Liverpoolu. A 27 maja w Rzymie może zostać pierwszym klubem, który obroni tytuł w Lidze Mistrzów. W całej historii Pucharu Europy było dotychczas tylko dwóch zwycięzców rok po roku: Nottingham Forrest Briana Clougha w 1979 i 1980 oraz Milan Arrigo Sacchiego w 1989 i 1990. A potem nastała Liga Mistrzów i dodatkowo skomplikowała zadanie. Manchester jest pierwszym obrońcą tytułu w finale od 12 lat, śrubuje rekord spotkań bez porażki w LM - już 25 - i chce jeszcze więcej. - Mamy w drużynie jakość, energię i ambicję wystarczające, by powtórzyć sukces z Moskwy sprzed roku. To jest wciąż głodny zespół. W ekstremalnych sytuacjach chłopcy nigdy mnie nie zawodzą - mówi Ferguson. W Londynie smucił się tylko czerwoną kartką dla Darrena Fletchera, która wyklucza Szkota z finału, ale to był raczej ukłon wobec piłkarza i człowieka, na którym Ferguson nigdy się nie zawiódł, niż rzeczywiste zmartwienie. Fletcher w ubiegłorocznym finale z Chelsea nawet nie wstał z ławki rezerwowych, teraz też Manchester jakoś poradzi sobie bez niego. Martwić powinien się raczej Michel Platini, bo być może drugi rok z rzędu będzie musiał zacisnąć zęby i wręczyć Puchar Europy klubowi, który reprezentuje wszystko to w futbolu, co jest Francuzowi nie w smak. Pochodzi z tej obrzydliwie bogatej i potężnej Premiership, ma właściciela zza Oceanu, a w dodatku został przez niego kupiony na kredyt. Podkupuje innym młodych piłkarzy, nie zna umiaru w pensjach i sumach transferów. Kupił Dymitara Berbatowa za 30 mln funtów i trzyma go na ławce rezerwowych, a w lecie, jeśli Ronaldo odejdzie do Realu i trzeba będzie go zastąpić, planuje pobić transferowy rekord świata ściągając z Bayernu Monachium najlepszego z Francuzów, Francka Ribery'ego. I, co najbardziej irytujące, pokazuje, że pieniądze wygrywają.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL