Operacja w Afganistanie

Afgańska szansa Sikorskiego

Radosław Sikorski podczas pożegnania żołnierzy wyjeżdżających na służbę do Afganistanu, Libanu i Kosowa na lotnisku wojskowym Kraków-Balice 19 września 2006 r.
Rzeczpospolita, Bartosz Siedlik
Polska dyplomacja mogłaby się podjąć roli pośrednika w rozmowach między USA, talibami i rządem w Kabulu. Rozwiązanie polityczne jest dla nas najlepsze, w przeciwnym razie utkniemy w Afganistanie na bardzo długo – ostrzega ekspert w dziedzinie wojskowości
Minister Radosław Sikorski oprócz administrowania MSZ, a wcześniej MON, nie może się pochwalić sukcesami ani na polu polityki zagranicznej, ani bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że nie został szefem NATO w trudnym dla sojuszu momencie. Nie jest bowiem wizjonerem. Z racji swego afgańskiego epizodu w życiorysie mógłby jednak spróbować odegrać historyczną rolę, gdyby naszej dyplomacji udało się wynegocjować pokój w Afganistanie.
Jednym ze scenariuszy uspokojenia sytuacji w tym kraju jest opcja szybkiego wciągnięcia umiarkowanych talibów do procesu politycznego i podzielenia się z nimi władzą. Jest na to zgoda prezydenta Baracka Obamy. Polska dyplomacja mogłaby się podjąć roli pośrednika w rozmowach między USA, talibami i rządem w Kabulu. Istnieją ku temu mocne przesłanki. Mamy solidny, dobrze postrzegany przez Afgańczyków, kontyngent w Ghazni (jak powiedział podczas wizyty w Polsce gubernator prowincji Osman Osmani), a także dobre relacje z Amerykanami i rządem w Kabulu. Rozwiązanie polityczne to dla nas najlepsze rozwiązanie, w przeciwnym bowiem razie utkniemy w Afganistanie na bardzo długo, a wtedy trzeba będzie się liczyć ze wzrastającą liczbą ofiar w polskim kontyngencie i ogromnymi kosztami. Tym bardziej że Polacy mają również prowadzić działania zaczepne.
[wyimek]Polski szef dyplomacji nie jest wizjonerem. Ale z racji afgańskiego epizodu w życiorysie mógłby odegrać historyczną rolę, gdyby udało się nam wynegocjować pokój w Afganistanie[/wyimek] Porozumienie uspokoiłoby sytuację na granicy afgańsko-pakistańskiej. I, co najważniejsze, w końcu sami Afgańczycy, jeśli proces polityczny byłby udany, mogliby szybko przejąć samodzielną władzę, a w dłuższej perspektywie NATO miałoby szansę na wyjście z Afganistanu z twarzą. Są jednak dwie niewiadome w tym scenariuszu: pierwsza – jaka jest długofalowa strategia Amerykanów wobec Afganistanu, i druga – czy sami talibowie byliby zainteresowani współrządzeniem krajem i szukaniem porozumienia. Uwolnienie porwanego przez talibów przedstawiciela ONZ Amerykanina Johna Soleckiego wskazuje, że może to być pojednawczy gest z ich strony. [srodtytul]Żołnierzy jak na lekarstwo[/srodtytul] Utrzymanie wojsk w obecnej liczbie (wzmocnionej nawet przez 17 tys. Amerykanów) oznacza, że partyzantka talibów nie zostanie zlikwidowana, a ich ataki będą częstsze i skuteczniejsze. Przypomnijmy, że Międzynarodowe Siły Wsparcia Bezpieczeństwa dowodzone przez NATO liczą obecnie ok. 70 tys. żołnierzy, z czego jedynie ok. 30 tys. nie ma ograniczeń narodowych i może walczyć z islamską partyzantką. Chodzi o tzw. trzon anglosaski: Amerykanów, Brytyjczyków, Kanadyjczyków, Australijczyków oraz o Polaków. To jednak zdecydowanie za mało jak na państwo o powierzchni 650 tys. km kw. Do Bośni i Hercegowiny, kraju o obszarze zaledwie 50 tys. km kw., NATO wysłało w 1996 r. 60 tys. żołnierzy, chociaż tam nie było żadnych walk. Kierując się takim przelicznikiem, sojusz powinien skierować do Afganistanu 700 tys. żołnierzy, co oczywiście jest czystą mrzonką. Oznacza to również, że w perspektywie kilku lat, jeśli nie będzie widocznego postępu, może nastąpić erozja poparcia społecznego dla wojskowej obecności oddziałów międzynarodowych w Afganistanie. Trwa bowiem wojna nie tylko o serca Afgańczyków, ale i światowej opinii publicznej. Jej objawami są wzrastająca liczba ataków samobójczych, porwania pracowników organizacji międzynarodowych, obcinanie głów Afgańczykom wspierającym ISAF, a także duża aktywność talibów w mediach. Wyjściem mogłoby być przyspieszenie szkolenia policji i armii afgańskiej, które powinny wziąć odpowiedzialność za sytuację w kraju tak szybko, jak to możliwe. Porozumienie polityczne z talibami z pewnością podniosłoby morale afgańskich żołnierzy i policjantów. – Na razie afgańska policja jest nieprzygotowana do wypełniania nałożonych nań zadań, przekupna, bazująca na powiązaniach etnicznych, armia też nie jest gotowa – powiedział mi niemiecki generał brygady Josef Blotz, szef Regionalnego Dowództwa Północ w Mazar-i-Szarif podczas mojego pobytu w Afganistanie. [srodtytul]Niepewni Afgańczycy[/srodtytul] Może armia afgańska powinna wziąć na siebie większy ciężar walk z talibami. W końcu chodzi o przyszłość ich kraju. Motywacja powinna być ogromna, w rzeczywistości różnie z tym bywa. W całym kraju jest 27 ośrodków rekrutacyjnych dla ochotników chcących zasilić jej szeregi. Każdy, kto sądzi, że nadaje się do służby w armii, może się zgłosić i podpisać kontrakt na trzy lata, jeśli przejdzie procedurę kwalifikacyjną. Wtedy trafia na siedmiotygodniowe szkolenie. – Chętnych nam nie brakuje – twierdzi gen. bryg. Muhammad Amin Wardak, komendant Ośrodka Szkoleniowego Armii Afgańskiej w Kabulu, i zapewnia, że armia niedługo samodzielnie stawi czoła talibom. Szkopuł w tym, że na każdą setkę ochotników około 17 dezerteruje w ciągu kilku tygodni. Plany ty mogą więc spalić na panewce. Tym bardziej że Afgańczykom brakuje wszystkiego. – Nie mamy transporterów opancerzonych, śmigłowców, brakuje czołgów – wyliczał gen. Wardak. NATO powinno zwrócić więcej uwagi na szkolenie oraz wyposażenie rządowego wojska i policji. [srodtytul]Talibowie w garniturach[/srodtytul] To jeszcze nie koniec złych wiadomości. Wojnę z talibami być może dałoby się wygrać tymi siłami, które są, ale nie uda się tego zrobić bez wsparcia Islamabadu. Bez Pakistanu nie da się też ustabilizować sytuacji w Afganistanie, choćby NATO zadeklarowało wielokrotne zwiększenie obecności wojskowej. Talibowie operują z terytorium tego kraju i są tam tolerowani, co w praktyce uniemożliwia ich całkowite wyeliminowanie. Ponadto mają znaczne poparcie wśród pakistańskich służb wywiadu, które często są nazywane talibami w garniturach. To może nieco wyjaśnić powody, dla których Amerykanie mimo nacisków politycznych i zwiększonej pomocy wojskowej dla Pakistanu w dalszym ciągu nie są w stanie wymusić na tym państwie „załatwienia” problemu talibów. Będą jednak musieli. Dlatego zwiększają do 10,5 mld dolarów pomoc wojskową i gospodarczą dla Islamabadu na najbliższych pięć lat. Z Afganistanu płyną jeszcze gorsze wiadomości. Tradycyjna nienawiść między talibami a Iranem idzie w zapomnienie, odkąd to Ameryka jest największym wrogiem Teheranu. Iran może więc sekretnie zaopatrywać talibów w broń, byle upokorzyć Amerykę. Ostatnio jednak szefowa amerykańskiej dyplomacji Hillary Clinton zaproponowała również Teheranowi współpracę w zakresie stabilizacji sytuacji w Afganistanie. Po zmianie ekipy rządowej w Waszyngtonie widać wyraźnie, że oprócz działań stricte wojskowych podejmowane są działania dyplomatyczne, by ustabilizować sytuację w Afganistanie. Czy naszej dyplomacji uda się w tym procesie pokojowym odegrać rolę negocjatora? Gdyby tak się stało i gdyby nam się powiodło, zaufanie do Polaków by wzrosło, a tym samym otworzyłoby przed Polskimi dyplomatami nie tylko natowskie salony. [i]Autor, komandor porucznik rezerwy, jest absolwentem Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni Wydziału Bezpieczeństwa Międzynarodowego Naval Postgraduate School w Monterey w Kalifornii. W latach 1996 – 1998 służył w sztabie Nordycko-Polskiej Brygady w Bośni i Hercegowinie. Był oficerem Naczelnego Dowództwa Sojuszniczych Sił NATO w Europie i Wielonarodowego Korpusu NATO Północny Wschód w Szczecinie. Obecnie niezależny analityk ds. bezpieczeństwa. Opublikował zbiór reportaży „Widok na Sarajewo” [/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL