Publicystyka

Kto kogo wyklucza?

Andrzej Friszke
Fotorzepa
Zarzuca mi Jan Żaryn, że „wykluczam” go jako narodowca, który o narodowcach chce pisać dobrze. Trzeba więc zadać pytanie, jak to się stało, że z Biura Edukacji Publicznej IPN pod jego rządami musieli odejść prawie wszyscy doktorzy promowani przez prof. Tomasza Strzembosza – pisze historyk
Emocje Jana Żaryna wyrażone w artykule [link=http://www.rp.pl/artykul/9157,297804_Zaryn__Przykrywanie_prawdy_klamstwem__.html" "target=_blank]„Przykrywanie prawdy kłamstwem”[/link] („Rz” z 29.04.2009) są tak wielkie, że bardzo utrudniają merytoryczną dyskusję. Jak twierdzi, to ja dokonałem „wykluczenia”, a zatem „kończy się możliwość dialogu”. Dokonuję tych niecnych czynów jako przedstawiciel „liberalnego centrum”, które – jak rozumiem – dominowało w IPN do 2006 r. i „chcę wziąć odpowiedzialność za całą przestrzeń demokratycznego państwa”. Aby odpowiednio pokazać grozę owego „liberalnego centrum”, Żaryn przypomina nazwiska innych wykluczonych – literatów i pisarzy – w PRL. Tym samym staję się prawie spadkobiercą stalinistów i uczestnikiem rozgałęzionego spisku.
Kto kogo wyklucza, o tym niżej. Zacznijmy jednak od dr. hab. Żaryna, który sam zaznacza, że pracuje w IPN od 2000 r. i pod rządami „liberalnego centrum” mógł prowadzić swoje badania. Zajmował się m.in. powojenną historią podziemnego Stronnictwa Narodowego. Pracy wprawdzie nie ukończył, ale gdyby książkę napisał, to z pewnością wydałby ją pod „logo IPN”. I to mimo ostrych rozbieżności ocen i poglądów, które nie były tajemnicą. Miałem okazję ostro polemizować z Żarynem na temat powojennej historii Kościoła („Pamięć i Sprawiedliwość” 2005, nr 1), ale wówczas możliwość dialogu się nie kończyła, choć był on bardzo trudny. Wcześniej nie przysłużyłem się „wykluczeniu” Żaryna jako recenzent jego pracy habilitacyjnej, choć miałem i mam do niej wiele uwag krytycznych.
Skoro Żaryn pisze o „wykluczeniu”, trzeba zapytać, jak to się stało, że z BEP pod jego rządami musieli odejść prawie wszyscy doktorzy promowani przez prof. Tomasza Strzembosza. Dotyczy to nie tylko dr. hab. Grzegorza Motyki (którego Żaryn nie dopuścił do udziału w konferencji naukowej, rzecz bez precedensu w wolnej Polsce), ale całego rzędu wybitnych badaczy, specjalistów epoki lat 40. Odchodzili, bo czuli się zmuszeni do odejścia, poddani różnego rodzaju szykanom. Może zechcą sami zabrać głos na ten temat. Można zapytać, dlaczego kilku świetnych badaczy zatrudnionych w IPN, choć nadal tam pracuje, usunęło się w cień. Nazwisk nie wymienię, by im nie szkodzić. [srodtytul]Prawicowe przechylenie IPN[/srodtytul] Profesor Żaryn szeroko przedstawia dorobek IPN wyrażający się w liczbie książek i konferencji, organizowanych także we współpracy z innymi ośrodkami naukowymi. Trudno zaprzeczyć, że te książki wyszły i konferencje się odbyły. Nie jest jednak tajemnicą, że niektóre z nich (np. „PZPR jako machina władzy”, „Europa Środkowo-Wschodnia w zimnej wojnie”) nie spotkały się z żadnym zainteresowaniem ogromnej większości historyków z IPN, choć przynosiły potężną dawkę wiedzy o całej epoce. Podawane liczby wydanych książek są przesadne, obejmują pozycje różnej wartości, także wyraźnie słabe. Z pewnością kilkadziesiąt książek wydanych w ostatnich latach zostanie na trwałe w dorobku polskiej historiografii. To dobrze, że powstały i zostały wydane, ale też trudno się dziwić, że liczba wydanych pozycji wzrosła, skoro budżet IPN, który niegdyś wynosił około 100 mln zł, wzrósł w ostatnich latach do ok. 200 mln. [wyimek]Nigdy nie twierdziłem, że IPN nie robi rzeczy pożytecznych i nie pracują w nim również wspaniali badacze. Twierdzę jednak, że IPN mocno przechylił się na prawą burtę, i jeśli się nie wyprostuje, to grozi mu zatonięcie[/wyimek] Liczne książki, konferencje i wystawy są zasługą wielu zatrudnionych w IPN historyków, także zajmujących odpowiedzialne stanowiska. Nigdy nie twierdziłem, że IPN nie robi rzeczy pożytecznych i nie pracują w nim również wspaniali badacze. Twierdzę jednak, że IPN mocno przechylił się na prawą burtę i jeśli się nie wyprostuje, to grozi mu zatonięcie. Instytut jest bowiem głównym narzędziem tworzenia polityki historycznej współczesnej Polski, o czym przekonuje sam Żaryn, wykazując rozległość prowadzonych prac, oddziaływania na świat naukowy, na szkoły i nauczycieli. Komu wiele dano, od tego wiele się będzie wymagać. Jeśli IPN uczy Polaków najnowszej historii w większym stopniu niż szkoły, gdzie historii powojennej właściwie w ogóle się nie wykłada, to trzeba pytać, czego i jak uczy. A także wspomnieć wielkie kampanie publicystyczne, które pracownicy IPN wywołali. Te ostatnie mocniej ukształtowały obraz IPN niż bardzo specjalistyczne – nieliczne przecież – monografie i o wiele liczniejsze wybory dokumentów źródłowych. [srodtytul]Gdzie są publikacje o PSL[/srodtytul] Wątpliwą zasługą tych kampanii jest upowszechnienie w społeczeństwie polskim przekonania, że Lech Wałęsa to „Bolek”, a nie przywódca Sierpnia i „Solidarności”, bo o pozytywnej roli Wałęsy w polskich zmaganiach lat 80. w IPN głucho. Czytelnik publikacji IPN nie zauważa także, by dla tej instytucji państwowej znaczącą datą był rok 1989. Rocznicę Okrągłego Stołu obchodzono w milczeniu, zobaczymy, jak będzie z wyborami czerwcowymi. Zaczekajmy, może w adresowanym do szkół „Biuletynie” dacie odrodzenia wolnej Polski zostanie oddana sprawiedliwość. Od lat upominam się, by w IPN zwrócono należną uwagę na wielki ruch przeciwstawienia się dyktaturze komunistycznej, jakim było mikołajczykowskie Polskie Stronnictwo Ludowe. W odpowiedzi słyszę półprawdy, że gdzieś w terenie wyszła jakaś monografia regionalna, że ukazała się książka o kolektywizacji w następnym dziesięcioleciu itp. Pytam więc wprost: dlaczego nie opublikowano niczego i nie przypomniano przywódców PSL zamordowanych w 1945 r. – Narcyza Wiatra, Władysława Kojdera, Bolesława Ścibiorka? Dlaczego nikt nie pochyla się nad takimi postaciami, jak Stanisław Mierzwa, Jan Witaszek, Franciszek Kamiński, Kazimierz Nadobnik, Mieczysław Kabat i wielu innych, którzy organizowali opór przeciw dyktaturze i zapłacili za to więzieniami? Dlaczego IPN nie wznowił wydanej pod redakcją Władysława Bartoszewskiego publikacji drugiego obiegu z roku 1981 zawierającej protokoły dyskusji w latach 1945 – 1946 w najwyższym gremium kierowniczym PSL? Dlaczego nie wznowiono biografii Stanisława Mikołajczyka napisanej przez prof. Andrzeja Paczkowskiego? Dlaczego nie ukazano – choćby wyborem dokumentów – łamania PSL w latach 1946 – 1947 przez UB? Byłaby to historia pasjonująca, dziś nieznana, ale bardziej ucząca historii tego okresu niż kolejny przyczynek do dziejów kolejnego oddziału partyzanckiego. [srodtytul]Głucho o WiN[/srodtytul] Dlaczego wreszcie, choć tylu historyków pracuje nad dziejami powojennego podziemia, nadal podstawową monografią o Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość jest książka Zygmunta Woźniczki wydana 17 lat temu? Dlaczego nie ma popularnych nawet biografii komendantów WiN? Dlaczego IPN lekceważy dorobek innych historyków, np. Zygmunta S. Siemaszki, którego wydana w 1982 r. w Londynie monografia „Narodowe Siły Zbrojne” z pewnością godna jest przypomnienia współczesnemu czytelnikowi. Wspomnieć monografię Krystyny Kersten „Narodziny systemu władzy 1943 – 1948” (podziemna „Krytyka” 1984, Paryż 1986) aż się boję, bo Piotr Gontarczyk uznał ją niedawno (w „Rzeczpospolitej”) za produkt peerelowskiej propagandy. Trudno odpowiedzieć na te pytania inaczej niż tak, że promowane są mikrografia i proste zbiory źródeł, bo pozwala to ominąć trudne pytania i problemy, przed którymi stawali wymienieni ludzie i ich organizacje. Wymagałoby to głębszego namysłu nad epoką, którego nie da się zamknąć w czarno-białym schemacie. [srodtytul]Haniebna spuścizna narodowców[/srodtytul] Zarzuca mi wprost Żaryn, że „wykluczam” go jako narodowca, który o narodowcach chce pisać dobrze. Zachęcam do powtórnego przeczytania drugiego akapitu oraz dodaję. Publicystyka obozu narodowego lat 40. wykładała potrzebę ustanowienia w Polsce rządów jednej ideologii i jednej organizacji „narodowej”, a więc dyktatury, mówiąc wprost, totalistycznej. Zmaganie się endeckich totalistów z endekami akceptującymi – mniej lub bardziej szeroki – pluralizm jest jednym z głównych wątków historii tego obozu. Zamazywanie tej prawdy jest fałszowaniem historii. W ideologii „obozu narodowego” jednym z naczelnych założeń był antysemityzm, który upowszechniano w tysiącach artykułów, na wiecach, walcząc o getto ławkowe i odmawiając polskości Polakom żydowskiego pochodzenia. Kampanii przeciw Żydom nie zaniechano do 1944 r., głosząc m.in. program przymusowej emigracji z Polski „niedobitków”. Zmierzenie się z tą haniebną spuścizną jest konieczne, by rozsądnie rozmawiać o Stronnictwie Narodowym czy Narodowych Siłach Zbrojnych. Zakrzyczenie problemu przez wylansowanie za państwowe pieniądze wątpliwej naukowo książki Marka Chodakiewicza służyło tylko zamazywaniu rzeczywistości. Tak zatroskany o tradycję SN Jan Żaryn nie znalazł jednak możliwości – a szkoda – by udostępnić czytelnikom dokumentację do historii podziemnego SN, tragicznej sprawy Adama Doboszyńskiego, dramatycznych losów Włodzimierza Marszewskiego czy Tadeusza Macińskiego itd. Głębsze wniknięcie w problem powojennych losów endeków kazałoby się jednak też pochylić nad wyborami tych, którzy zdecydowali się na współdziałanie z władzą w Ministerstwie Ziem Odzyskanych czy Instytucie Zachodnim. No cóż, wtedy zostałby złamany czarno-biały schemat, a to nie byłoby pedagogiczne. [srodtytul]„Glaukopis” i afirmacja zbrodni[/srodtytul] W kręgu prof. Żaryna, w piśmie „Glaukopis”, którego naczelnymi redaktorami są odpowiedzialni pracownicy IPN, czytamy we wstępie podpisanym „Redakcja”: „Żyjemy w czasach, gdy relatywizm moralny atakuje różne sfery naszego życia. Nie pozostały wolne od tej plagi również nauki historyczne. (...) Tylko mało kto zdaje sobie sprawę, że autorzy tego rodzaju publikacji, wykształciuchy uformowane w dusznej atmosferze PRL-owskiego kołchozu, żałośni plagiatorzy i propagatorzy dekonstruktywistycznych teorii (...) Jednak ich gnijący fetor zatruwa umysły ludzi wszędzie tam, gdzie nie udało się oczyścić Akademii z upiorów przeszłości...”. Uff. Cóż za język? I kto tu kogo „wyklucza”? W tym piśmie Sebastian Bojemski opublikował artykuł, w którym atakuje Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK: „Nawet bez otwierania sowieckich archiwów widać, że działania [Jana] Rzepeckiego, [Aleksandra] Kamińskiego, [Jerzego] Makowieckiego w kilku istotnych kwestiach (...) były w interesie wrogów Polski”. A zatem mord dokonany na Makowieckim, wysoko postawionym oficerze Komendy Głównej AK przez cały okres wojny, byłym oficerze wywiadu w roku 1920, przywódcy Stronnictwa Demokratycznego, a także na doc. Ludwiku Widerszalu, to „dbałość o porządek społeczny oraz zwalczanie sowieckiej penetracji wywiadowczej i ideologicznej”. Nic to, że autor nie ma żadnych dowodów na podważenie patriotyzmu i uczciwości Widerszala i Makowieckiego, który był demokratą i starał się myśleć politycznie w tragicznej dla sprawy polskiej sytuacji 1944 roku. Autor jasno daje do zrozumienia, że podobny los powinien był spotkać innych wymienionych. „Można zatem przyjąć tezę, że została podjęta (...) akcja prewencyjna”. Tak właśnie rozumowali różni – nie wszyscy – działacze NSZ: lepiej zabijać lewicowców (w tym nieraz także socjalistów czy ludowców), niż dać im okazję do zdrady w przyszłości. Był to pierwszy od dziesięcioleci znany mi tekst zawierający afirmację morderstw politycznych i stawki na wojnę domową między Polakami. Problemem Jana Żaryna jest to, że zagadnięty w tej sprawie jako dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN przez Adama Leszczyńskiego („Gazeta Wyborcza”) nie odciął się od tej publikacji pisma, w którego radzie programowej figuruje, a wręcz wykazał zrozumienie dla tych poglądów. I przez wiele miesięcy nie znalazł czasu, by do tej sprawy powrócić w sposób godny wysokiego urzędnika państwa polskiego. Jeśli mamy do czynienia z instytucją, która stara się zbudować świadomość historyczną współczesnych pokoleń Polaków, to należy oczekiwać, że będzie to robione z maksymalną starannością, świadomością wielowątkowości polskich losów, a nie będzie służyło promowaniu nurtów ekstremalnych i usuwaniu w cień zapomnienia organizacji i wydarzeń kluczowych. A uczenie historii oraz państwowych i narodowych tradycji będzie polegało na budowaniu zrozumienia dla trudnej przeszłości, a nie wykoślawianiu jej obrazu, pomijaniu ważnych wątków. Czy nawet wybielaniu zbrodni, jeśli ich sprawcami byli „nasi”. [i]Autor jest profesorem historii. Specjalizuje się w zakresie historii najnowszej. W 1981 r. pełnił funkcję redaktora działu historycznego w „Tygodniku Solidarność”. Wchodził też w skład kolegium redakcyjnego związanego z opozycją pisma „Głos Wolny Wolność Ubezpieczający”. Od 1982 r. kieruje działem historycznym miesięcznika „Więź”. Od 1990 r. pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN. W 1999 r. z rekomendacji Unii Wolności został powołany w skład Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej. W 2007 r. z ramienia Platformy Obywatelskiej ponownie był kandydatem na to stanowisko, ale nie został wybrany[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL