fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Prognozy z sufitu

W lutym władze Ukrainy zakazały publikowania danych dotyczących PKB. Moja pierwsza reakcja była typowa – uznałem to za tłuczenie termometru, aby chory nie wiedział, jaką ma gorączkę, oraz ograniczanie obywatelskiego prawa do informacji. Z biegiem czasu zaczynam jednak dostrzegać plusy tej decyzji. Bo kryzys kryzysem, ale jedna dziedzina rozwija się dynamicznie. Jest to produkcja wskaźników.
Rozwija się wszerz, bo rosnąca liczba ludzi codziennie rzuca się do Internetu, by sprawdzić zmiany: koniunktury w Brazylii, zamówień produkcyjnych w Tajlandii i sprzedaży domów na rynku wtórnym w Irlandii. Produkcja rozwija się także w głąb, bo pojawiają się nowe indeksy. Każde dane – np. liczba bezrobotnych na Madagaskarze – podawane są łącznie z komunikatem: „a analitycy przewidywali, że...”. Jest to przejaw magicznej wiary, że owi analitycy wiedzą wszystko, chcą dobrze i rządzą światem, a dobre jest to, co dzieje się po ich myśli.
Warto pamiętać, że owi analitycy mają w tym, co mówią – na ogół własny interes, wiedzą nie wszystko, a ich predykcje mają często znikome zastosowanie. Dlatego, nie popadając w spiskową teorię dziejów, o konflikcie interesów należy przypominać, nagłaśniać co większe pomyłki i zastanawiać się nad tym, co z podanych prognoz można wydedukować. Dla ilustracji dwa przykłady z ostatnich dni. – Spadek PKB w Polsce wyniesie 1,8 proc., licząc rok do roku w 2009 r., a za jedno euro będziemy płacić 5,2 zł na koniec tego roku – poinformował główny ekonomista BNP Paribas Michał Dybuła na konferencji w środę. Mocno powiedziane, i to przez firmę poważną. Tyle tylko, że wszyscy zapomnieli, że pod koniec ubiegłego roku ten sam autor powiedział, że „spodziewa się już tylko 2 proc. tempa wzrostu PKB w IV kw. 2008 r.”. Jak się okazało, owa stopa wzrostu wyniosła 2,9 proc., a jako żywo błąd wynoszący 45 proc. w prognozie bardzo krótkookresowej i odnoszącej się do wskaźnika o sporej bezwładności powodów do chwały nie przynosi.
A co do informacyjnego zastosowania owych „analitycznych prognoz”. Znane banki prognozują kurs złotego do euro w końcu roku: JP Morgan 3,80 zł, Erste Bank 3,87 zł, Morgan Stanley 4,65 zł, Deutsche Bank 4,70 zł, BNP Paribas 5,20 (koniec III kw. 5,40 zł!). Na szczęście nie prowadzę interesów, w których trzeba przyjąć założenia kursowe, bo musiałbym uznać, że prognozy – których rozpiętość wynosi 1,60 zł (30 proc.) – warto potłuc o kant urządzenia sedesowego. I niewykluczone, że przyjąłbym wielkość podaną przez Waldemara Pawlaka, który – patrząc w sufit – przewiduje: „złoty osłabi się do 4 zł”.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA