fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Godot był z nami

Antoni Libera przed domem, w którym urodził się Beckett
Znak
Antoni Libera wspomina młodość w PRL, ale bohaterem książki jest ulubiony pisarz – Beckett
Gdy Libera był jeszcze dzieckiem, fraza „Czekając na Godota” nie kojarzyła mu się z teatralnym dziełem. To był używany przez Polaków kolokwializm, który wyrażał pesymizm gomułkowskich czasów. Tak wielka była siła obrazowania Becketta, że jego egzystencjalna metafora przeniknęła do codziennego języka.
Kiedy się okazało, że powiedzenie zaczerpnięte zostało z tytułu dramatu, który Jerzy Kreczmar wystawił w Teatrze Współczesnym, a reżyser zaprasza na spektakl rodziców Antoniego, ten mimo dziecięcego wieku uparł się zobaczyć przedstawienie i cel osiągnął. Tak to się zaczęło. Na tle dzieła Irlandczyka jego tłumacz kreśli obrazy swojego życia i epoki – lotu Łajki i pierwszego lądowania na Księżycu, przełomów politycznych i rodzenia się opozycji, w której brał udział. Dzieło Becketta wyrasta w tych dekoracjach na symbol egzystencjalnej pustki, pozorności i bezsensu życia, a także kryzysu wiary.
Są w książce strony szczególnie osobiste – o przyjacielu ojca, który uratował go z getta. I mimo że sam opuścił Polskę po Marcu ‘68 r., stał się życiowym przewodnikiem Libery. Wyjawił, że nowele pisarza są dostępne w wojskowej bibliotece na Szucha. To wtedy przyszły tłumacz dokonał ryzykanckiego porwania książki, korzystając z munduru noszonego na szkoleniu wojskowym. Potem była studencka inscenizacja „Końcówki” i redagowanie beckettowskiego numeru „Literatury na świecie”. Książka obrazuje mozół, jakim było w PRL pozyskanie wiedzy o zachodnim pisarzu. Trud śledzenia wycinków prasowych, przebijania się do artystów związanych z twórcą, którzy odwiedzali Polskę. A także szukanie kontaktów z beckettowskim reżyserami i tłumaczami we Francji, w Ameryce, Anglii, gdy w wyjazdach przeszkadzała SB. A tak Libera budował swoją wiedzę o nobliście. Aż stał się w kraju jego największym znawcą i tłumaczem. Dowiadujemy się, dlaczego nie doszedł do skutku wyjazd Becketta w latach 30. do ZSSR i że ulubiony komik Irlandczyka – Buster Keaton niechętnie zagrał w jego „Filmie”, gdyż kompletnie nie rozumiał, o co chodzi pisarzowi. To pasjonujące historie. Kiedy jednak Libera rozszyfrowuje literackie konteksty tłumaczeń, znaczenia arytmetyki i geometrii słów Becketta – możemy podziwiać erudycję, ale narracja książki słabnie. Chwilami męczy przesadnie emocjonalny ton – zwłaszcza na tle ogromnej dyscypliny słownej, jaką Libera wykazał w przekładach, a którą symbolizował również sam Beckett. Dotyczy to zwłaszcza opowieści o perypetiach przed spotkaniem z dramaturgiem w Paryżu. W rozważaniach o Polsce pokutuje natomiast stereotyp naszego zacofania będącego wianem katolicyzmu i zachwyt nad protestancką przedsiębiorczością, choć autor pomija fakt, że najbogatszym landem Niemiec jest katolicka Bawaria. Opowieść urywa się pod koniec lat 70. Miejmy nadzieję, że nastąpi ciąg dalszy o słynnych beckettowskich inscenizacjach Libery w warszawskim Studio. [i]Dziś na Scenie Kameralnej Teatru Narodowego przy Wierzbowej w Warszawie odbędzie się spotkanie z autorem. Fragmenty książki przeczyta Zbigniew Zapasiewicz. Godz. 19.[/i] [i]Antoni Libera, Godot i jego cień. Znak, Kraków 2009[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA