fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sylwetki

Gospodarka zapłaci za pasywny rząd

Jerzy Hausner
Fotorzepa, Bartosz Siedlik
- Jeśli to nie jest kryzys to co nim jest? - pyta prof. Jerzy Hausner, byłym wicepremier do spraw gospodarczych w rządach lewicy
[b]Mamy już kryzys w naszej gospodarce czy jeszcze spowolnienie gospodarcze?[/b]
- Kolejny miesiąc produkcja przemysłowa jest niższa o kilkanaście procent niż rok temu. Spadki dotkną też budownictwo. Od pięciu miesięcy wyraźnie rośnie bezrobocie. To oznacza, że za kwartał, góra dwa odczujemy trudności także w usługach. Dodatkowo po dwóch miesiącach mamy już jedną trzecią przyjętego w ustawie budżetowej deficytu. A po marcu będzie to już 50 proc. Dynamika wydatków jest zdecydowanie wyższa niż dynamika przychodów. Jeśli to nie jest kryzys, to co nim jest? [b]Jaka jest Pana prognoza wzrostu PKB w tym roku?[/b]
- Rację raczej mają ci, którzy prognozują wzrost ujemny niż dodatni. Myślę zatem, że około zera. [b]A ile wyniesie deficyt budżetowy na koniec roku?[/b] - Na pewno więcej niż zapisano w ustawie budżetowej. Ale o ile, to zależy od działań rządu. [b]Czy taktyka rządu, by jak najdłużej trzymać w ryzach deficyt, jest dobra? [/b] - Taktyka utrzymania deficytu na poziomie 18,2 mld jest o tyle zła, że się nie powiedzie. I gdy nagle w połowie roku trzeba będzie go odczuwalnie podnieść, to rząd przestanie być wiarygodny. Od kilku miesięcy mamy do czynienia albo z systematycznym myleniem się w prognozach, albo ze złym sposobem komunikowania. Jeśli rząd nie popełnia rzeczywistego błędu, tylko zakłada: wiemy swoje, ale nie wywołujmy paniki, a społeczeństwo będziemy informować tak, by nie wywoływać zagrożenia, to jest to ryzykowne. Optymizm skłania do działania, pomaga gospodarce. Ale pomiędzy rzeczywistością, a tym co się mówi, by ludzi zachęcać do działania, musi być jakaś bliskość. Jeśli nie, to skutki urzędowego rozsiewania optymizmu oraz oszczędzania społeczeństwa przed złymi wieściami będą odwrotne. Lepiej przyjąć bardziej konserwatywną prognozę i bardziej wymagający budżet, niż potem go nowelizować. Szkoda, że tego nie zrobiono już w grudniu. Bo chaotyczne poprawianie budżetu w ciągu roku oznacza, że trzeba blokować lub odbierać to, co jest prawnie przyrzeczone. [b]To ostra krytyka ministerstwa finansów? Rząd nie radzi sobie z kryzysem?[/b] - Rząd zachowuje się pasywnie i działa z opóźnieniem. Prowadzi politykę retroaktywnie a nie proaktywnie. Nie widzę, by analizował z wyprzedzeniem sytuację, przewidywał różne scenariusze i podejmował zdecydowane kroki, aby uniknąć lub zmniejszyć zagrożenia. Nadmiernie skoncentrował się na perspektywie rocznej. Tak jakby wszystkie problemy miałyby się skończyć razem z Sylwestrem, jakby ogniskowały się wokół deficytu budżetowego w tym roku. Doświadczenie podpowiada mi, że powinien podejmować działania w perspektywie trzech lat. A o budżecie i o deficycie myśleć nie tylko przez pryzmat ograniczania wydatków, ale też zwiększenia przychodów następnych okresów. Podkreślam pasywność również dlatego, że od zapowiedzi wielu pomysłów do ich realizacji, upływa zbyt dużo czasu. Nie ma w tym konsekwencji. Pomysły są rzucane i porzucane. A ponadto w wielu ważnych sprawach, jak w kwestii przystąpienia do strefy euro, mamy do czynienia z wieloma komunikatami, które są wewnętrznie sprzeczne. [b]Na czym może polegać proinwestycyjne zwiększenie deficytu budżetowego?[/b] Na deficyt składają się nie tylko wydatki, ale także dochody. Bardzo ważne jest dla nas utrzymanie eksportu. A on od miesięcy szybko spada. Tracimy zachodnie rynki, mimo osłabienia złotego. To efekt recesji w Europie Zachodniej i praktycznie prowadzonej polityki ochrony własnych producentów. Trzeba zatem myśleć o ekonomicznych instrumentach pobudzania eksportu na Wschód. Jeśli gospodarka potyka się coraz bardziej o brak kredytu, to konieczne staje się jego stymulowanie pośrednie lub nawet bezpośrednie. Mamy przecież w Polsce nie tylko banki zagraniczne, ale też krajowe, w tym PKO BP, z dominującym udziałem skarbu państwa oraz BGK, w pełni państwowy. Zdaje się, że pomocne mogą się okazać niektóre banki spółdzielcze. Tyle, że BGK trzeba by faktycznie, a nie na papierze dokapitalizować. To nie musi oznaczać automatycznego zwiększania deficytu. Dla dokapitalizowania można użyć ciągle ogromnych aktywów skarbu państwa, które najczęściej pozostają nieczynne. Księgowa wartość tego państwowego majątku to wciąż około 450 mld zł. Jest on rozproszony w wielu agencjach i często służy jedynie ich urzędnikom. Trzeba nim zacząć zarządzać ekonomicznie, a przyniesie jakiś dochód. Potrzeby jest jednak gospodarz [b]Renegocjowałby Pan zasady programów operacyjnych, gdzie zapisane są cele, na które możemy wydawać unijne pieniądze, choćby po to by poprawić sytuację na rynku pracy?[/b] - Oczywiście, natychmiast. Niezbędnie potrzebujemy też więcej inwestycji w energooszczędność. [b]Jakie prorozwojowe zmiany w polityce gospodarczej powinien zastosować rząd, by w przyszłości zapewnić większe przychody podatkowe?[/b] - Koncepcję takiego działanie przedstawiłem publicznie wspólnie z byłym ministrem finansów Mirosławem Gronickim. Świadomie występujemy razem, aby podkreślić kluczowe znaczenie współdziałania ministra gospodarki i ministra finansów, czego w rządzie w ogóle nie ma. Zaproponowaliśmy, aby w polityce gospodarczej skoncentrować się na czterech kwestiach. Po pierwsze tracimy rynki zachodnie. I głęboka recesja potrwa tam w tym i w następnym roku. A nawet jeśli krócej, to naszym firmom wypartym na kilka kwartałów, będzie trudno wrócić na nie od razu. Jeśli chcemy utrzymać eksport, to musimy dramatycznie szukać rynków na Wschodzie. Wschód to nie tylko Rosja i Ukraina, to też Białoruś i dalej położone kraje. Ale nasze firmy nie mogą tam zostać same. Musi je wspierać dyplomacja, potrzebne jest finansowe ubezpieczenia oraz pomoc prawna. Po drugie rząd powinien pomóc odblokowywać kanały przepływów finansowych w gospodarce. Nie proponuję dokapitalizowania banków prywatnych. Natomiast skoro one ograniczają gwałtownie kredyt, posuwają się do zrywania zawartych już umów, to koniecznie znacznie większy kredyt muszą uruchomić banki publiczne. Wtedy banki prywatne zaczną się obawiać o trwałą utratę klientów. Trzeci obszar to podtrzymywanie aktywności inwestycyjnej. Kluczem są inwestycje publiczne, które mogą być finansowane ze środków unijnych. Przy tym niezbędne są środki własne, których już brakuje a będzie brakować jeszcze więcej. Trzeba będzie te pieniądze pożyczyć, także zagranicą, np. w EBI, ale tam praktycznie póki co polskich wniosków nie ma. To zupełnie niezrozumiałe. Zasadnicze znaczenie ma jednak to, aby inwestycje publiczne muszą być bezwzględnie skojarzone z inwestycjami prywatnymi. W przeciwnym razie w przyszłości obiektów publicznych nie da się utrzymać i będziemy mieli nowe budowle gierkowskie. Autostrady same na siebie nie zarobią, tak samo jak szkoły czy oczyszczalnie ścieków. Koło nich musi toczyć się prywatna działalność gospodarcza, która przyniesie z czasem dochody budżetowe potrzebne do finansowania eksploatacji i remontów obiektów publicznych. A my ciągle zajmujemy się doskonaleniem ustawy o partnerstwie publiczno-prywatnym. I czwarta kwestia. Nie wolno dopuścić do gwałtownego wypływu ludzi z rynku pracy. Nie tylko z powodów społecznych, ale także ekonomicznych. Każde 100 tys. więcej bezrobotnych w Polsce oznacza dla państwa koszty i utracone dochody rzędu 1,5 mld zł. To jest kwota, jaką budżet będzie musiał zapłacić przez 12 miesięcy tym ludziom oraz to co uzyska od nich mniej w postaci podatków. [b]Ale gdyby był tutaj ktoś z rządu, to by powiedział: Świetnie, my właśnie robimy to samo.[/b] - Odpowiedziałbym: Panie i panowie czyńcie swoje. Skutecznie i szybko. Ale wtedy powinniśmy zacząć rozmawiać o konkretach: jak chcecie usprawnić urzędy pracy, jak skoordynować działania ministrów gospodarki i finansów oraz pracy, kto będzie monitorował te projekty. I na koniec gdzie są projekty tych ustaw? Gdyby jesienią rzeczywiście rząd przyjął – jak należało – spójną koncepcję reagowania na różne problemy, według kilku scenariuszy, to teraz mielibyśmy na stole wszystko co jest potrzebne, wszystkie rozwiązania. Można je byłoby je użyć a nie o nich dyskutować – jak jest teraz. Tych 6 miesięcy nie da się odrobić. [b]Rząd zawalił sprawdzian z hasła "przede wszystkim gospodarka"?[/b] - Mnie się zdawało, że od początku obowiązywało hasło „przede wszystkim prezydentura”. Rok temu w udzielonym wywiadzie przestrzegałem, że kalkulacja polityczna: nie podejmujemy żadnych trudnych spraw, bo i tak ich nie przeprowadzimy ze względu na zachowanie prezydenta i opozycji. Poczekajmy aż będziemy mieli i rząd i prezydenta, i wtedy podejmiemy zdecydowane działania w gospodarce jest ryzykowna i rachunek zapłaci za nią właśnie gospodarka. Niestety ten rząd zrobił dla gospodarki tylko jedną ważną rzecz i za to mu chwała: wprowadził emerytury pomostowe. I na tym koniec. [b]Przyjęcie wspólnej waluty jest lekarstwem na kryzys?[/b] Jestem zdecydowanym zwolennikiem euro. Ale nie rozumiem komunikatów rządu. Bo jeśli ktoś mówi, że mamy wejść do ERM2 w połowie tego roku, czyli za 3-4 miesiące, to pytam: czy rozpoczęliśmy negocjacje, kto je prowadzi i w oparciu o jaki mandat? Odpowiedź pozytywna uwiarygodni zamiar rządu, inaczej nie jest to poważny komunikat, a chciejstwo, zaklinanie rzeczywistości. Ponadto, przecież naszym celem nie jest wejście do przedsionka, tylko do strefy euro. Przedsionek to niewygodne oczekiwanie, korzyści są potem. Więc pytam, czy spełniamy wszystkie warunki lub czy mamy precyzyjny program ich spełnienia, czy jesteśmy technicznie przygotowani, to przecież złożona i trudna operacja? Pytań jest oczywiście więcej, w tym o możliwość zmiany Konstytucji. Gdy ktoś mówi euro ma nas zbawić, to choć to przesadne, jestem w stanie przyjąć te tezę. Ale nie na wiarę, a w oparciu o wiarygodne informacje o praktycznym działaniu. [b]Rząd blefuje?[/b] - Może nie umiemy odczytać komunikatu. Może on brzmi: wejdziemy o ile sytuacja gospodarcza będzie ustabilizowana, o ile PiS zgodzi się na zmianę Konstytucji. Tylko, że wtedy rząd opowiada o tym, czego by chciał, a nie o tym, co zrobi. I wówczas wspólna waluta nie jest już tą platformą, na której możemy prowadzić antykryzysowa politykę gospodarczą. [b]A kiedy realnie możemy przyjąć euro?[/b] Jak najszybciej, gdy będzie to możliwe. Jeśli politycy uznają, że to jest ich wspólny cel, to możemy myśleć o 2013 roku, a najprawdopodobniej o 2014. Ale jeśli! [b]Czy kryzys to dobry czas na reformę finansów publicznych, na programy porządkowania ich, podobne do tego, jaki Pan chciał zrealizować kilka lat temu. Wtedy nie cieszył się on poparciem społecznym, teraz być może byłoby łatwiej.[/b] Uważam, że naprawa finansów publicznych powinna korespondować z wysokim wzrostem gospodarczym. Teraz gasimy pożar. Mądry rząd nie musi natychmiast rozwiązać wszystkich problemów. Ale kiedy się pożar gasi, trzeba się też zastanowić co lub kto ten pożar spowodowało i wymyślić metodę jak tego uniknąć w przyszłości. My mamy doświadczenie w gaszeniu pożarów. Ale na tym się kończy. I jeżeli państwo jest zdolne tylko do gaszenia, to nieszczęsny kraj, bo politycy albo śpią, albo są sikawkowymi. W sprawie tamtych propozycji, składających się na plan naprawy finansów publicznych, to poziom przyzwolenia społecznego na jego realizację był większy niż poziom zrozumienia politycznego. Zrobiliśmy wówczas badania społeczne i oprócz najmniej akceptowanej propozycji równania w górę wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, inne cieszyły się zrozumieniem i poparciem. Ale nawet te nie zostały politycznie dopuszczone. Jeśli więc zastanawiamy się nad naprawianiem stanu finansów publicznych, a kryzysem, to związek ten politycy próbują zawsze odczytywać na swoją korzyść. Gdy jest dobra sytuacja gospodarcza to nie znajdują motywów i powodów by przeprowadzić zmiany. A gdy jest zła, to uważają, iż są sprawy ważniejsze i nie można nadwyrężać cierpliwości społecznej. Zawsze znajdują powód, by nie robić tego co konieczne. To oznacza, że zagrożenia dla wzrostu gospodarczego płynące ze strony finansów publicznych będą permanentnie wracały. Ilekroć będziemy mieli spowolnienie gospodarcze natychmiast będą się pojawiały problemy z finansami publicznymi. Nierównowaga w finansach publicznych ma charakter strukturalny, a nie koniunkturalny. Dobra sytuacja pozwala łagodzić, zła – zaostrza. Problem będzie stale wracał i wciąż będziemy się tak chybotać. [i]rozmawiali Aleksandra Fandrejewska i Jakub Kurasz[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA