fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Wojna na inwektywy

Nagłówki w szwajcarskiej prasie
AFP
Niemcy chcą zmusić groźbami Szwajcarię do zmiany prawa bankowego. Szwajcarzy nie pozostają im dłużni
„Tego faceta nienawidzimy”, „Peer z pejczem”, „Znienawidzony Niemiec”, „Nazista” – to tytuły ze szwajcarskiej prasy odnoszące się do poważanego i lubianego w Niemczech ministra finansów Peera Steinbrücka. Wszystko dlatego, że od dawna domaga się on od Szwajcarii, by wprowadziła międzynarodowe standardy ochrony tajemnicy bankowej i przestała pełnić funkcję raju podatkowego. Pół roku wcześniej Steinbrück groził użyciem pejcza, by przywołać Szwajcarów do porządku.
Kilka dni temu użył innych porównań. Na spotkaniu ministrów finansów G20 w Londynie miał powiedzieć, że przygotowywana przez OECD czarna lista państw określanych jako oazy podatkowe pełnić będzie funkcję „kawalerii z Yumy”, którą można wysłać do boju. – Nie musi koniecznie wyruszyć, ale Indianie powinni wiedzieć, że istnieje – ogłosił minister. W wywiadzie dla „Süddeutsche Zeitung” postawił kropkę nad „i”, mówiąc, że Szwajcaria „zachęca cudzoziemców, by naruszali prawo w swoich krajach”. W Szwajcarii zawrzało. Jeden z tamtejszych posłów oświadczył, że niemiecki minister kojarzy mu się z pokoleniem Niemców, którzy 60 lat wcześniej maszerowali w skórzanych płaszczach, butach z cholewami i opaskami na ramionach. Nikt nie miał wątpliwości, co ma na myśli. Inny polityk przypomniał o masakrach Indian w USA, kawalerii z Fortu Yuma i Apaczach nad rzeką Colorado. Cytowano także Franza Münteferinga, szefa SPD i partyjnego kolegę Steinbrücka, który powiedział wprost: „Wcześniej można by było wysłać tam żołnierzy. Dziś tego zrobić się na da”. Takie głosy z Niemiec skłoniły zwykle umiarkowanego w słowach premiera Luksemburga Jeana-Claude'a Junckera do zarzucenia Niemcom arogancji. – Takie upokarzanie sąsiadów jest nie do przyjęcia – mówił na łamach szwajcarskiego dziennika „Le Temps”.
Berlin ma pretensję nie tylko do Szwajcarii, ale i do Austrii, Luksemburga, Andory oraz Liechtensteinu, że stwarzają niemieckim milionerom możliwość oszustw podatkowych. Wielu korzysta z tego nie od dziś. Kiedy ryzykowne stało się przewożenie walizek z pieniędzmi przez granicę, sięgnęli po bardziej wyrafinowane metody w postaci zakładania fundacji lub manipulacji z kupnem i sprzedażą dzieł sztuki. Niemiecki fiskus traci na tym podobno dziesiątki miliardów euro rocznie. Niemieckie władze walczą z tym zjawiskiem, jak mogą. Kilkanaście miesięcy temu niemiecki wywiad kupił od byłego pracownika jednego z banków Liechtensteinu płytę DVD z nazwiskami setek niemieckich biznesmenów, sportowców i innych bogatych obywateli ukrywających swe dochody w alpejskim księstwie. Wielu wytoczono procesy. Jednym z nich był Klaus Zumwinkel, szef Deutsche Post, koncernu zatrudniającego pół miliona pracowników. Stracił stanowisko, zapłacił fiskusowi należne miliony i stał się symbolem nieokiełznanej żądzy pieniądza całej niemieckiej elity menedżerów. To nie wystarczyło. Niemieccy politycy nazwali system bankowy Liechtensteinu „współczesną formą rozbójnictwa”, grozili „katastrofalnymi konsekwencjami”. Liechtenstein się ugiął i zmienił przepisy bankowe. Podobnie postąpili Szwajcarzy. Tym bardziej nie mogą zrozumieć ataków Berlina. Ministra finansów wzięła w obronę kanclerz Angela Merkel, ogłaszając w czwartek, że pewne rzeczy trzeba nazwać po imieniu. Niemiecko-szwajcarska wojna na inwektywy trwa nadal. W Szwajcarii oburzenie sięga zenitu. Pojawiają się wezwania do bojkotu niemieckich samochodów, w Internecie tworzą się grupy „Indian przeciwko Steinbrückowi”, media elektroniczne przesyłają niemieckiemu ministrowi tysiące e-maili od widzów i słuchaczy. – Takiego rezonansu jeszcze nigdy nie było – mówi Pascal Scherer, szef Radia DRS3 (1,2 mln słuchaczy), które od kilku dni nie zajmuje się praktycznie niczym innym jak niemiecką arogancją.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA