fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Człowiek strzela, czart kule nosi

Świat szatana uosabia Samiel (Edyta Wasłowska, na pierwszym planie)
Teatr Wielki, Chwalisław Zieliński chz Chwalisław Zieliński
"Wolny strzelec" w Łodzi. W spektaklu Waldemara Zawodzińskiego najefektowniej prezentuje się świat szatana. Reszta jest tylko staroświecką bajką
Trudno w ogóle zrozumieć, dlaczego polskie teatry nagle zainteresowały się "Wolnym strzelcem". Po dziesięcioleciach nieobecności opery Carla Marii von Webera na naszych scenach Łódź jest czwartym miastem teraz ją wystawiającym.
A przecież w opowiastce, w której świat rozumu musi uznać moc wierzeń i zabobonów, nie ma nic, co mogłoby zainteresować dzisiejszego widza. Co więcej, z "Wolnym strzelcem" mają też kłopot sami Niemcy, choć to ich narodowe dzieło. Próbują go uwspółcześnić, obedrzeć z historycznego kostiumu – bez powodzenia. Opera Webera pozostaje wyłącznie dzieckiem romantyzmu, odbiciem przekonania, że życiem człowieka kierują nie tylko racjonalne działania, ale także uczucia, a zwłaszcza pokusy, którym ulega.
Łódzka inscenizacja też nie tchnęła nowego ducha w historię Maksa, który nie zawahał się wejść w konszachty z czartem Samielem, by dzięki temu wygrać turniej strzelecki i zdobyć rękę ukochanej Agaty. Z momentu spotkania człowieka i diabła reżyser z malarską wyobraźnią, jakim jest Waldemar Zawodziński, uczynił punkt kulminacyjny spektaklu. Wykreował sugestywny – także dzięki kostiumom Marii Balcerek oraz dynamicznej choreografii Janiny Niesobskiej – obraz szatańskiego królestwa, nawiązujący stylistycznie do barokowych przedstawień tańca śmierci.
Ten świat o wysmakowanej estetyce ogląda się z dużą przyjemnością, ale bez emocji. Pakt Maksa z czartem nas przecież nie dotyczy, tak jak i codzienne życie bohaterów Webera. Reżyser nie każe zresztą przejmować się zbytnio ich losami. Budując dla ziemskich zdarzeń scenę na scenie, utwierdza nas w przekonaniu, że nic tu nie dzieje się naprawdę.
Doczekawszy się zatem morału (człowiek powinien dostać szansę naprawienia życiowych błędów), pozostajemy w przekonaniu, że obejrzeliśmy starą bajkę, choć podaną z użyciem nowoczesnych środków inscenizacyjnych. Dlaczego warto zatem wystawiać "Wolnego strzelca"? Odpowiedź jest tylko jedna: dla muzyki Webera, bo ta wcale się nie zestarzała.
Trudno jednak uwierzyć w jej piękno, gdy kluczową rolę Maksa kreuje Ireneusz Jakubowski – tenor zasłużony, ale zmęczony wokalnie i kompletnie niewiarygodny aktorsko. Kontrast był tym bardziej przykry, gdy obok miał młodą Katarzynę Hołysz (Agata) – jeden z naszych autentycznych talentów wokalnych ostatnich lat. Wspomnieć też trzeba o efektownej roli Iwony Sochy (Anusia), ale prawdziwa wielkość Webera dała znać o sobie jedynie w uwerturze, świetnie poprowadzonej przez Tadeusza Kozłowskiego, oraz w finale, gdy scenę wypełnił potężny bas Rafała Siwka, który jako Pustelnik pojawił się, by zadecydować o karze dla Maksa.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA