fbTrack

Świat

Steinbach będzie musiała poczekać na nominację

Kanclerz Angela Merkel i Erika Steinbach
Rzeczpospolita, Marcus Brandt mbBrandt Marcus Brandt
Niemiecki rząd może opóźnić zatwierdzenie kontrowersyjnej kandydatki, aby jej osoba nie stała się elementem walki przedwyborczej – twierdzą źródła w Berlinie
Specjalny wysłannik premiera Władysław Bartoszewski 40 minut rozmawiał wczoraj z kanclerz Angelą Merkel o kandydaturze Eriki Steinbach do władz fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie. Zadaniem utworzonej niedawno fundacji jest organizacja “Widocznego znaku”, czyli kontrowersyjnego projektu muzeum poświęconego w przeważającej części Niemcom wysiedlonym przymusowo z Polski i innych krajów po II wojnie światowej. – Wyszedłem przekonany, że mogę polegać na lojalności i liczyć na dotrzymanie pewnych ustaleń dotyczących naszych kontaktów szczególnie w tym, jubileuszowym roku – oświadczył Bartoszewski po spotkaniu. Dzień wcześniej dał do zrozumienia, że nominacja dla szefowej Związku Wypędzonych (BdV) grozi pogorszeniem relacji polsko-niemieckich.
– To nie Polska będzie decydować, kto będzie reprezentował nasz związek – tłumaczył wczoraj “Rz” Helmut Sauer, przewodniczący Związku Wschodnich i Środkowych Niemiec (OMV), organizacji funkcjonującej w strukturach CDU. Jego zastępczynią jest Erika Steinbach. Jak się dowiaduje “Rz”, Steinbach miała się wczoraj spotkać z kanclerz Angelą Merkel i z prezydentem Horstem Köhlerem. Minister Bartoszewski był umówiony z kanclerz Merkel dopiero po jej rozmowach z szefową BdV. Rozmowa pani Steinbach z szefową rządu odbyła się w ramach konsultacji partyjnych. Prawdopodobnie kanclerz Merkel została oficjalnie poinformowana o decyzji Związku Wypędzonych, który zamierza delegować do kuratorium fundacji trzy osoby, w tym swą przewodniczącą. To do rządu należy ostatnie słowo w sprawie mianowania wszystkich 13 członków kuratorium fundacji.
[srodtytul]Decyzja w przyszłym roku? [/srodtytul] Władysław Bartoszewski w rozmowie z kanclerz Merkel porównał obecność szefowej Związku Wypędzonych w kuratorium do wydelegowania przez Watykan negującego Holokaust biskupa Williamsona na rozmowy z Izraelem. Dziennik “Süd- deutsche Zeitung” już wczoraj w swoim internetowym wydaniu skrytykował polskiego wysłannika za to porównanie. “Steinbach nigdy nie pozostawiała wątpliwości, że uważa wypędzonych za ofiary polityki Hitlera” – pisze gazeta. Niemieckie władze przekonują, że “Widoczny znak” nie będzie zniekształcał historii i znajdzie w nim odzwierciedlenie fakt, iż niemiecka napaść na Polskę była początkiem zbrodni i cierpień w całej Europie, a niemiecki rząd jest świadom swej odpowiedzialności. – Nie sądzę, aby stosunki polsko-niemieckie ucierpiały z powodu obecności pani Steinbach w kuratorium fundacji. Nie jest żadną ekstremistką – mówi “Rz” Karl Georg Wellmann, poseł CDU. Kiedy rząd podejmie decyzję? Zdaniem agencji DPA, powołującej się na źródła rządowe, nie zrobi tego w tym roku, bo nie chce, aby sprawa stała się tematem kampanii przed wrześniowymi wyborami parlamentarnymi w Niemczech. Nie brak w Berlinie opinii, że Frank-Walter Steinmeier, obecny szef MSZ i kandydat SPD na kanclerza, jest gotów zgłosić w imieniu swej partii weto w sprawie obecności pani Steinbach we władzach fundacji, rozpoczynając w ten sposób kampanię wyborczą. Związek Wypędzonych stoi murem za swą przewodniczącą. Już w kwietniu 2008 roku uchwalił, że we władzach przyszłej fundacji będzie go reprezentować Erika Steinbach. [srodtytul]SPD nie chce Steinbach[/srodtytul] W ostatnich dniach zapadła ostateczna decyzja. Na pytanie, kiedy i jakie gremium ją podjęło, BdV nie udziela żadnych odpowiedzi. – Angela Merkel nie może się sprzeciwić stanowisku związku. Wywołałoby to zbyt wiele problemów w CDU – usłyszeliśmy wczoraj od naszego informatora w Berlinie. Erika Steinbach jest członkiem prezydium CDU i cieszyła się poparciem swej partii przez ostatnie lata, forsując swój projekt Centrum przeciwko Wypędzeniom. Realizowany obecnie projekt rządowy “Widocznego znaku” jest nieco zmienioną wersją tego pomysłu. Akceptuje go także SPD, partner koalicyjny CDU/CSU, ale bez udziału Eriki Steinbach. Wyjściem mogłoby być dobrowolne wycofanie się szefowej BdV z projektu. W 2009 roku przypadają ważne dla Polski i Niemiec rocznice, m.in. 70. rocznica wybuchu II wojny światowej, 20. rocznica upadku komunizmu w Europie Środkowej i Wschodniej oraz 60. rocznica powstania RFN. Oba kraje planują wspólne obchody. Oficjalna strona Związku Wypędzonych: www.bund-der-vertriebenen.de [ramka][b]Organizacja, która woli zapomnieć o wydarzeniach poprzedzających wysiedlenia[/b] Związek Wypędzonych (BdV) zrzesza formalnie dwa miliony członków. Nazywają się „wypędzonymi”, choć zdecydowana większość nie ma osobiście nic wspólnego z wydarzeniami z czasów II wojny światowej i przymusowymi przesiedleniami ludności niemieckiej z Polski i innych krajów. Ale zgodnie z ustawą z 1953 roku wypędzonym jest jednak każdy, którego przodkowie zamieszkiwali kiedyś obszary utracone przez Niemcy po II wojnie światowej, a także Niemcy, którzy opuścili tereny niemieckiego osadnictwa w wielu regionach Europy, jak np. w Besarabii. Związek Wypędzonych powstał w 1957 roku z połączenia szeregu organizacji wysiedlonych Niemców. Podstawą jego działalności jest Karta wypędzonych z 1950 roku, w której zawarte są zapewnienia, że wysiedleni rezygnują z „zemsty i odwetu” i wspierać będą wszelkie inicjatywy „zmierzające do powstania zjednoczonej Europy”. W całym dokumencie nie ma jednak ani słowa o wydarzeniach poprzedzających przesiedlenia. Nic o zbrodniczej wojnie, narodowym socjalizmie i niemieckiej odpowiedzialności za największą katastrofę w dziejach ludzkości. Działacze Związku Wypędzonych domagali się przez lata rewizji granic, używając pojęcia prawa do stron ojczystych tych wszystkich, którzy urodzili się na ziemiach utraconych przez Niemcy oraz ich potomków. Domagają się odwołania tzw. dekretów Bieruta o przejęciu przez państwo polskie majątków poniemieckich oraz dekretów Benesza w Czechosłowacji. Garstka nieprzejednanych, zrzeszonych w Powiernictwie Pruskim, żąda nadal odszkodowań i restytucji mienia ich rodzin w Polsce, nie zważając, że ich pozwy zostały ostatnio odrzucone przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Związek składa się z 21 ziomkostw oraz 16 organizacji terytorialnych. Jest finansowany przez budżet federalny, utrzymując m.in. kilkadziesiąt izb pamięci w całych Niemczech oraz szereg muzeów. Dotacje państwowe wynoszą do 18 mln euro rocznie. BdV świadczy także pomoc dla tysięcy napływających do Niemiec tzw. późnych przesiedleńców, głównie emigrantów z obszarów byłego ZSRR. [/ramka] [ramka][b]Marek Cichocki, ekspert z Centrum Europejskiego Natolin[/b] W odroczeniu decyzji w sprawie składu rady fundacji zajmującej się wysiedleniami Niemców nie widziałbym żadnego gestu wobec Polski czy profesora Bartoszewskiego. Oznacza ona jedynie, że niemiecki rząd zajmie się tą sprawą dopiero po wrześniowych wyborach parlamentarnych. Co wcale nie musi prowadzić do rozstrzygnięcia, które by satysfakcjonowało Polskę. Władze w Warszawie od lat podkreślają, że zależy nam na tym, by w fundacji nie było Eriki Steinbach, czyli osoby, która w znaczący sposób przyczyniła się do tego, że relacje polsko-niemieckie dzisiaj są w nie najlepszej kondycji. Jednak wbrew temu, co czasami oficjalnie strona niemiecka mówiła w rozmowach z nami, pani Steinbach nie jest jakąś nieznaczącą osobą w partii. Ale ma w chadecji dobrą pozycję, a tradycyjnie zwłaszcza przed wyborami politycy CDU/CSU opierają się na głosach środowiska wypędzonych. Rok temu, w lutym, polski rząd miał najdogodniejszą sytuację, by postawić sprawę pani Steinbach i „Widocznego znaku“ jednoznacznie. Wtedy miały miejsce rozmowy między profesorem Bartoszewskim a ministrem Neumannem i z perspektywy roku wygląda na to, że strona polska nie wykorzystała tego momentu do zawarcia korzystnego dla nas kompromisu. Jednym z podstawowych punktów takiego porozumienia powinno być odsunięcie od projektu „Widocznego znaku“ Eriki Steinbach. Zapomniano chyba też, że w polityce nie ma dżentelmeńskich umów i strona polska nie powinna się godzić na ustępstwa bez uzyskania odpowiednich gwarancji. Nie powinna też była deklarować – jak to określił prof. Bartoszewski – życzliwej neutralności w stosunku do niemieckiego projektu. To przez ten błąd minister Bernd Neumann mógł potem twierdzić, że rząd niemiecki nie może wpływać na wybór osób, które z ramienia Związku Wypędzonych mają wejść do władz fundacji. Obecnie szanse na zawarcie takiego kompromisu są znacznie mniejsze. Dlatego sądzę, że ostateczne rozstrzygnięcie sprawy pani Steinbach nie będzie dla Polski korzystne. [/ramka] [ramka][b]Stefan Dietrich szef działu politycznego „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ)[/b] Jeśli niemiecki rząd przełoży podjęcie decyzji w sprawie składu rady fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie na 2010 rok, to muzeum nie powstanie przed 2012 rokiem, a miało powstać już w 2010. Zaczynam mieć wątpliwości, czy w ogóle kiedykolwiek powstanie. Moim zdaniem to ważny projekt. Niemiecki rząd nie powinien zwlekać z jego realizacją. Z drugiej strony rozumiem kanclerz Merkel. Rząd nie chce kolejnej awantury z Polską. Jeśli nie można dojść do kompromisu, to przesunięcie decyzji w tej sprawie jest taktycznie mądre. Niech ktoś inny się tym martwi, najlepiej następny rząd. Osobiście uważam, że debata wokół muzeum jest równie ważna i pożyteczna jak samo muzeum. Spory, dyskusje – to integralna część tego projektu. Przez to staje się lepszy. Nie oznacza to, że nie zależy nam na dobrych relacjach z Polską. Jednak decyzja, kto powinien się znaleźć we władzach fundacji, należy do uczestników projektu. O ile wiem, Polska w nim nie uczestniczy. Wypędzeni mają więc prawo proponować, kogo chcą. A oni pragną, by we władzach fundacji znalazła się Erika Steinbach. Ja się z nimi zgadzam. Muzeum było pomysłem posłanki CDU. Dlaczego miałaby zostać wykluczona z jego realizacji? W Niemczech szefowa Związku Wypędzonych uchodzi za polityka o konserwatywnych poglądach, czyli typowego polityka CDU, nie mniej, nie więcej. To Polacy reagują na nią emocjonalnie i podejrzewają ją o rewizjonizm historyczny. Także pan Bartoszewski. Inaczej nie potrafię sobie wytłumaczyć, jak mógł porównać ją do biskupa lefebrysty negującego Holokaust. Przyjazd pana Bartoszewskiego do Berlina na pewno nie miał znaczącego wpływu na decyzję rządu w sprawie terminu powołania składu rady fundacji. Jeśli pani Steinbach nie zostanie powołana do gremiów muzeum w tym roku, to i tak zostanie powołana do nich w roku przyszłym. Nie możemy pozwolić na to, by Polska decydowała o tym, kto będzie zasiadał w gremiach muzeum, które powstaje bez udziału Polski, za niemieckie pieniądze na terenie Niemiec. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL