fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Straszne danie Churchilla

Lądowanie wojsk alianckich na Gallipoli 25 kwietnia 1915 r., rys. Charles Edward Dixon
bridgeman art library
Francuzi i Niemcy mocno kłopotali się o lokalizację rozwijającej się wojny. Trudno im było w mig zrozumieć, iż nie da się jej zlokalizować. No i wyszło, jak wyszło – i doszło nad Dardanele
Był to czas wprost wymarzony dla duchów ogarniętych przemożną wolą działania, choć niekoniecznie zrównoważonych, z gatunku takich, co nie pytają o koszty. A wśród nich błyszczy pomysłodawca desantu na Gallipoli Winston Churchill. Powiedziano o nim, że była to wielka i osobliwa machina umysłowa.
Prawda, rozmaitych talentów i energii odmówić mu nie można, również artystycznych, bo Churchill nie tylko świetnie pisał, ale też całkiem zgrabnie malował. A kiedy zgrywały się oba talenty, spod jego ręki wychodziły prawdziwe arcydzieła, np. mały traktacik o malarstwie „Painting as the pastime” – doprawdy niewiele czytałem rzeczy celniej trafiających w naturę sztuki malarskiej. Jakże znakomity byłby z niego krytyk artystyczny! Sztuka oratorska również nie była mu obca.
Chyba najgorzej było ze sztuką wojenną, ale i w tej sprawie miewał ambicje na miarę Aleksandra Macedońskiego.
Towarzyszyła temu wszakże niebywała wprost megalomania, najpewniej odziedziczona po jego nieszczęsnym ojcu Randolphie. Korespondencje Winstona z wojny burskiej wystawiają jego miłości własnej monumentalny pomnik ozdobiony ornamentami czystej grafomanii.
Za kołnierz też nie wylewał, a mówiąc ściślej – pił jak marynarz. Potrafił to jakoś kontrolować, jakkolwiek późniejsze popijawy ze Stalinem były pożałowania godne.
System miał taki: rano przynoszono mu dużą szklankę whisky, którą – wciąż uzupełniając wodą – cmoktał niemal do obiadu. Na koniec robiła się z tego płukanka do ust. No ale przy obiedzie popuszczał pasa i zdrowo używał sobie zacnym winkiem, a zacne wina bywają drogie. Ale Churchill lubił sobie pożyć, nieodmiennie na wielką stopę. Nie dajmy się zwieść jego buldogowatej fizys i bezpośrednim manierom:
to był skończony arystokrata. Zawsze pamiętał, że jego przodkiem był słynny kniaź Marlborough, pogromca Francuzów spod Blenheim. Przy całej swej demagogii z prostymi ludźmi miał kontakt raczej szczątkowy... Na Gallipoli rzucił się z podobną gwałtownością jak na swoje ulubione cynaderki. Straszne danie.
Ale przecież to on, gdy w maju 1940 roku, w obliczu niemieckiego najazdu na Francję został premierem, powiedział Brytyjczykom wielkie słowa o „pocie, trudzie, krwi i łzach”. Naga prawda w obliczu stężonej zgrozy. I za to mu chwała, która czyści plamy na poplamionej sosami kamizelce.
[i]Jarosław Krawczyk, redaktor naczelny „Mówią wieki”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA