fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Lepszy nie mógł wygrać

Evander Holyfield wie, że rewanż z Wałujewem jest nierealny
Reuters
Tej walki nie warto pamiętać. Evander Holyfield powinien zostać najstarszym mistrzem świata wagi ciężkiej, ale sędziowie widzieli inaczej.
Punktowali 114:114, 116:112, 115:114 dla Wałujewa. Werdykt i rosyjski gigant zostali wygwizdani, ale Holyfield nie miał do nikogo pretensji. On zbyt dobrze zna reguły obowiązujące w boksie zawodowym, by mieć złudzenia, że sport jest tu ważniejszy od pieniędzy.
Pojedynek czterokrotnego mistrza świata z mierzącym 213 cm Rosjaninem wywołał ogromne zainteresowanie. 12,5 tysiąca ludzi w Hallenstadion w Zurychu oraz miliony przed telewizorami czekały na walkę, w której najwyższy i najcięższy mistrz świata wagi ciężkiej, 35-letni Rosjanin Nikołaj Wałujew, zmierzy się z legendą boksu, 46-letnim Evanderem Holyfieldem.
Ale faworyt od początku był jeden – Wałujew. I choć mistrz organizacji WBA nie jest wybitnym pięściarzem, choć wielu twierdzi nawet, że nie jest godny noszenia pasa mistrzowskiego, to niższy o 25 cm i lżejszy o ponad 40 kg podstarzały Holyfield z góry skazany był na porażkę.
Pierwsze rundy zaskoczyły Wałujewa. Nie myślał, że rywal może być tak szybki. A Holyfield postanowił wygrać walkę, nie walcząc. Krążył wokół zdezorientowanego Rosjanina, od czasu do czasu atakował i trafiał.
Pierwsze cztery rundy należały do Amerykanina, piątą, w której nic się nie działo, od biedy można było zapisać na konto Wałujewa.
„Bestia ze Wschodu” obudziła się z letargu dopiero w szóstej rundzie, ale estetyczna strona pojedynku niewiele na tym zyskała. Tym, którzy widzieli walki Muhammada Ali z Joe Frazierem czy chociażby Holyfielda z Riddickiem Bowe’em, trudno zrozumieć, że stawką w tym starciu był prestiżowy pas organizacji WBA w wadze ciężkiej.
Holyfielda można podziwiać tylko za to, że w tym wieku wciąż jest szybki i ma dobrą pracę nóg. Ale tego „Wojownika” sprzed lat, który bił się jak lew z Mike’emTysonem, już nie ma. Wałujew z kolei mógł się podobać w dobrej walce z Rusłanem Czagajewem (stracił wtedy tytuł WBA), ale w sobotę był zagubiony jak nigdy.
Gdyby Holyfield wygrał, a minimalnie powinien, to zdobyłby po raz piąty pas mistrzowski i zostałby najstarszym wśród championów tej królewskiej kategorii. Ale Amerykanin, który dyplomatycznie chwali Wałujewa i grzecznie mówi, że jest zawiedziony decyzją sędziów, z pokorą przyjmuje porażkę.
Biznesowe karty rozdano już przed pierwszym gongiem. Czas, gdy Holyfield napędzał cały system pay per view, już minął. Kilkaset tysięcy dolarów, które dostał za walkę w Zurychu, to premia za wcześniejsze dokonania.
Teraz nastał czas Wałujewa. Jego walki z Czagajewem i braćmi Kliczko mogą przynieść miliony tym, którzy zorganizują je w Niemczech. I dlatego w Zurychu Amerykanin nie mógł wygrać.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA