Publicystyka

Kłopoty salonu z Tuskiem

Ostatnie wypowiedzi i działania premiera Tuska stawiają liberalno-lewicowym elitom włosy na głowie – pisze Joanna Lichocka, publicystka „Rzeczpospolitej”
Polska inteligencja liberalno-demokratyczna znalazła się w lesie” – ogłosił na portalu „Gazety Wyborczej” jej publicysta Marek Beylin, komentując swój niedawny tekst na ten sam temat. Otóż okazuje się, że po roku rządów Platformy Obywatelskiej Beylin stanął bezradny wobec dylematu: czy popierać rządy Donalda Tuska (bo inaczej grozi władza straszliwego PiS) i – to jest cena owego poparcia – przymykać oczy na słowa i czyny, które trudno zaakceptować. I zgodzić się, że w zamian, prócz trzymania PiS w opozycji, niewiele od tej ekipy można oczekiwać.Faktycznie „salon” ma coraz większy kłopot z Tuskiem i coraz trudniej wychodzi mu zaciskanie zębów.
Jedna z przyczyn leży w marketingu politycznym rządu. Gabinet Donalda Tuska nie szczędzi wysiłków ni nakładów, by promocja działań rządu przynosiła efekty. I Polacy to doceniają: w jednym z ostatnich sondaży SMG/KRC dla programu „Forum” w TVP Info respondenci spośród ośmiu dziedzin, w jakich ich zdaniem gabinet Tuska odniósł sukces, marketing polityczny wymienili na drugim miejscu, zaraz po polityce zagranicznej.Problem w tym, że spin doktorzy PO nie mają ambicji kształtowania postaw wyborców, wolą hołdować ich poglądom. Nie od dziś wiadomo, że polskie społeczeństwo jest bardziej konserwatywne niż liberalno-demokratyczne a la Marek Beylin. A populizm tak widoczny w wypowiedziach i gestach polityków PO jest świetną metodą utrzymywania wysokiego poparcia. Donald Tusk będzie zatem przynajmniej od czasu do czasu głosił hasła, które bywalcom salonu będą stawiać włosy na głowie. I już to zresztą czyni. Ogłoszony przez premiera zamiar stosowania przymusowej tzw. kastracji pedofilów popiera – co potwierdziły sondaże – znakomita większość Polaków. Donald Tusk zatem twardo tego pomysłu broni, używając języka, który „inteligencję liberalno-lewicową” musi chłostać jak bat: że wobec dopuszczających się przestępstw pedofilskich „takich kreatur” nie można „zastosować terminu człowiek”. I że „w związku z tym, nie sądzę, by obrona praw człowieka dotyczyła tego typu zdarzeń”. To się pewnie podoba przeciętnemu Kowalskiemu czy Nowakowi, a premier może przy tym pokazywać się jako twardy i zdecydowany polityk (w badaniach wyszło zapewne, że ostatnio jego miękkość i „polityka miłości” wywołuje już znużenie u wyborców i przestaje ich uwodzić). Nie może się jednak podobać tym wszystkim, którzy nie tak dawno pisali o zagrożeniu demokracji, autorytarnych rządach i łamaniu praw człowieka. Premier Tusk, a także to, co dzieje się pod jego rządami, daje doprawdy zadziwiająco wiele powodów, by o tych zagrożeniach, jeśli chciałoby się być konsekwentnym, głośno mówić. I równie głośno protestować. Ale na tym właśnie polega problem salonu – atakować Tuska nie można, zgadzać się z tym, co głosi – co najmniej w kilku sprawach – także nie. Cóż więc zostaje? Ano na przykład uprzejma prośba. Właśnie z uprzejmą prośbą wystąpił w najnowszej „Polityce” Jacek Żakowski. Poruszony odmową uznania praw człowieka w odniesieniu do pedofilów publicysta martwi się, że premier swymi emocjonalnymi stwierdzeniami „karmi bestię”, czyli wszelkiej maści skinów i nazistów, którzy też prawa człowieka wobec różnych grup obywateli mogą chcieć mieć za nic. Zatem – pisze Żakowski – premier „powinien szybko, mocno i wyraźnie zdystansować się od takiej interpretacji swojej wypowiedzi, która służy niskim instynktom. Bardzo o to proszę”. Mój Boże, łza się w oku kręci. Co przeczytalibyśmy w tekście tego samego autora, gdyby premierem był poprzednik Tuska i to jemu zdarzyły się takie wypowiedzi? Cóż za pasję byśmy znaleźli, ile ognia? A tu ani pasji, ani ognia, tylko takie sobie letnie (nie napiszę: korne, bo to byłaby złośliwość) „bardzo o to proszę”. Sprawy karania pedofilów, ale też rejestrowania ciężarnych kobiet w Polsce i śledzenia, czy urodziły poczęte dziecko (aż nie chce się wierzyć, że takie pomysły przychodzą do głowy w gabinecie, którego szef słowa „wolność” i „liberalizm” odmienia przez wszystkie przypadki), obudziły dwie inne przedstawicielki lewego skrzydła salonu: Magdalenę Środę i Wandę Nowicką. Obie panie, znane ze zdecydowanie lewicowych i feministycznych poglądów, nie zdzierżyły i dobyły znacznie mocniejszych słów niż nad wyraz stonowany publicysta „Polityki”. Magdalena Środa odkryła, że Tusk, „głosząc barbarzyńskie poglądy, jest… szczery”. I że to, co mówi, może zdradzić, iż chce nas prowadzić prostą drogą do autorytaryzmu. „Czy premier Tusk chciałby rzeczywiście zostać prezydentem kraju, który stosuje kary cielesne i ma za nic cywilizacyjne standardy prawne i moralne? Czyżby rzeczywiście do tytułu prezydenta chciał dołączyć przydomek „barbarzyńca”? A może Najukochańszy Przywódca”?Wanda Nowicka pisze dla odmiany, że PO „jest równie zachowawcza jak PiS” i „idzie tropem Giertycha”, a na dodatek jeszcze wymienia pozytywne działania członków rządu PiS: Zbigniewa Religi i Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która zdaniem Nowickiej (i zgadzam się tu z nią całkowicie) „podjęła parę cennych inicjatyw na rzecz kobiet”, gdy tymczasem jej następczyni Elżbieta Radziszewska z PO „jakby zapadła się pod ziemię”. Rozczarowanie jest mocne i bolesne. Ale nie tylko sprawy obyczajowe i światopoglądowe mogą stanowić problem w akceptowaniu przez salon rządów Donalda Tuska. Chodzi mi o przypadki, które pokazują, że pod rządami PO może dochodzić (z wielkim prawdopodobieństwem) do łamania praw obywatelskich. Nie wierzę jednak, by tak głośno występujący w obronie tych praw przedstawiciele elit nagle upomnieli się choćby o Anitę Gargas, szefową publicystyki TVP 1, szykanowaną przez prokuraturę. Otóż dziennikarka w czasie przesłuchania odmówiła wpisania do arkusza prokuratorskiego swego numeru PESEL. Miała do tego prawo. Jej odmowę prokuratura uznała za afront. Dziennikarka za swój legalistyczny upór została przykładnie ukarana grzywną w wysokości 5 tysięcy złotych. Za odmowę składania zeznań. To oczywisty skandal potwierdzony na dodatek decyzją sądu. Nie słyszałam jednak, by wzbudził choćby nieśmiały pisk protestu salonowych elit, choć powinien. A gdyby podobnego typu sprawa dotknęła dziennikarza „Gazety Wyborczej” pod rządami PiS? Nietrudno wyobrazić sobie ten wrzask oburzenia... Inną sprawą, która powinna postawić na nogi nie tylko salon i „Wyborczą”, ale nas wszystkich, była pokazówka policji przed meczem w Warszawie Legia – Polonia. Zatrzymano ponad 750 osób, z tym że zaledwie kilku postawiono zarzuty. Wielu zatrzymanych nie było żadnymi „kibolami”, tylko przypadkowymi przechodniami lub ludźmi, którzy szli na mecz. Policja przeprowadziła demonstrację siły jak za czasów PRL. Chodziło zapewne jak zwykle o efekt medialny i początkowo nawet go uzyskano. Jednak po początkowej euforii w relacjonowaniu skuteczności policji do mediów zaczęły docierać informacje, jak było naprawdę. Pisze o tym choćby „Polityka” i przywołuje sytuację z 2006 roku, kiedy rządziło PiS i „obowiązywała filozofia zaostrzania rygorów”. Teraz student zatrzymany przed meczem tak opowiadał tygodnikowi, co działo się w komisariacie: „Już przy wejściu dostałem po twarzy, potem bili mnie pałkami. Bez słowa, o nic nie pytali, po prostu lali…”. „Polityka” zgrabnie opisuje te zajścia, jednak nie wini rządzących i ich filozofii, lecz niedoskonałą wciąż przecież policję. I jeszcze jeden przykład, tym razem dotyczący kwestii wolności słowa. Chodzi o reklamę Banku Pocztowego parodiującą premiera Donalda Tuska i jego „grillowe” przemówienie. Gdy bank ING zrealizował swoją reklamę, kpiącą z orędzia prezydenta Lecha Kaczyńskiego, nie napotkała ona żadnych przeszkód w emisji i niemal codziennie możemy uśmiechnąć się na widok występującego w niej Marka Kondrata. Gdy Bank Pocztowy, w którym udziały ma Skarb Państwa, chciał zrealizować podobną reklamę, ale będącą parodią wystąpień premiera, została ona wstrzymana. I można mieć niemal całkowitą pewność, że stało się to ze względów politycznych. Taśma z reklamą trafiła do ministra w Kancelarii Premiera Zbigniewa Derdziuka, ale on sam nie uznał za stosowne wyjaśniać czegokolwiek prasie. Wielka szkoda. Przydatne byłoby to dla zrozumienia atmosfery panującej w spółce, która nie pozwala na swobodne prowadzenie kampanii reklamowej, bo musi się liczyć, że liderowi PO ona się nie spodoba.Reklamówka banku to jednak drobiazg w porównaniu z tym, co spotkało naukowców IPN, Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, za to, że odważyli się przebadać dokumenty świadczące o kontaktach Lecha Wałęsy z SB w latach 70. Zajadły i bezpardonowy atak na nich był udziałem także rządzących. Na tym polega problem salonu: atakować premiera nie można, ale zgadzać się z tym, co głosi – także nie Oczywiście wiem, że obowiązująca wykładnia elit głosi, iż ci historycy żadnymi naukowcami nie są. Ale rzeczywistość jest inna – obaj mają i dorobek, i tytuły naukowe. Dzwonki alarmowe powinny więc zabrzmieć, choćby dlatego, że przedstawiciele partii rządzącej atakują historyków za ich badania naukowe. Przypadek odejścia Cenckiewicza z IPN powinien być dokładnie przeanalizowany w kwestii, czy faktycznie chodzi tylko o „polityczną inwestycję” historyka, jak próbuje nam wmówić „Wyborcza”. Ale dzwonki w salonie nie brzmią. W końcu „nie biją naszych”. Język, jakim premier broni tzw. kastracji pedofilów, nie może podobać się tym, którzy nie tak dawno pisali o zagrożeniu demokracji i łamaniu praw człowieka Marek Beylin narzeka, że od jakiegoś czasu zniknęły z debaty publicznej takie pojęcia jak prawa obywatelskie, państwo prawa, wolność. Że trzeba na nowo zdefiniować wartości, wokół których powinna skupić się inteligencja liberalno-demokratyczna. Proszę bardzo, to tylko garść przykładów, dla których warto głośno się odezwać.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL