Sport

Olimpijski cierń sprzed lat

Dwudziestoletni Jacek Wszoła w Montrealu (1976) zdobył olimpijskie złoto, a potem został idolem polskiej młodzieży. Cztery lata później podczas kadłubowych igrzysk w Moskwie (na zdjęciu) był drugi. W roku 1984 do Los Angeles już nie pojechał
Archiwum
Kontrowersje wokół chińskich igrzysk ucichły. Nikt nie mówi już głośno o bojkocie. Sportowcy, choć może nie czują się komfortowo, odetchnęli z ulgą – nie powtórzy się przypadek Moskwy i Los Angeles, kiedy trud ich kolegów sprzedano na politycznym targu
Po inwazji ZSRR na Afganistan w 1979 roku prezydent USA Jimmy Carter wystosował wobec Kremla ultimatum: jeśli żołnierze w ciągu miesiąca nie opuszczą terytorium sąsiada, amerykańska ekipa nie przyjedzie do Moskwy na igrzyska w 1980 roku.
Rosjanie pozostali w Afganistanie przez kolejną dekadę, a do amerykańskiego bojkotu igrzysk przyłączyło się ponad 60 krajów (m.in. RFN, Japonia, Kanada, Argentyna, Egipt, Iran, Indonezja, Izrael, Korea Południowa, Pakistan, Turcja i Norwegia). Zostało 81 reprezentacji i 5283 sportowców. W ramach protestu chorążowie 16 ekip zamiast flag narodowych nieśli białe proporce z pięcioma kołami olimpijskimi.
Już podczas uroczystości otwarcia na Łużnikach wiadomo było, że radzieckie politbiuro będzie szukać okazji do rewanżu. Ta nadeszła cztery lata później wraz z igrzyskami w Los Angeles (1984). ZSRR i jego 16 satelitów zbojkotowało je pod pretekstem braku bezpieczeństwa i smogu wiszącego nad miastem. Wyłamały się Rumunia, Jugosławia i Chiny. „Antypolska kampania prowadzona w USA od dłuższego czasu, jawne próby wykorzystywania igrzysk do celów politycznych” – tak „Trybuna Ludu” wyjaśniała społeczeństwu powody absencji Polski. W dniu otwarcia amerykańskich igrzysk na stronach sportowych znalazła się relacja z Festiwalu Szachowego PKWN. Kółka olimpijskie wpadły w tryby polityki. Igrzyska 1980 i 1984 roku zostały wypaczone, zmarnowano wysiłek tysięcy sportowców, którzy zakwalifikowali się do reprezentacji olimpijskich swoich krajów, ale nigdy nie wyszli na stadion. Dla wielu była to jedyna taka szansa, inni zdołali wystartować w igrzyskach wcześniej lub później. Celem Jacka Wszoły – złotego medalisty z Montrealu (1976) i srebrnego z Moskwy w skoku wzwyż – było zdobycie medalu na trzecich z rzędu igrzyskach. – O tym, że nie jedziemy do Los Angeles, przeczytałem we Włoszech na obozie. Ale już podczas igrzysk w ZSRR wiadomo było, co się święci. Czuliśmy na plecach oddech Moskwy – wspomina Wszoła. Można było liczyć tylko na nadzwyczajnie pomyślny obrót spraw po sierpniu 1980 roku. Ale po kilkunastu miesiącach prawie wolności mieliśmy stan wojenny i sportowcy z Polski – podobnie jak z innych krajów realnego socjalizmu – oswajali się z myślą, że pod flagą swojego kraju w Los Angeles nie wystąpią. Szansa na trzeci medal olimpijski Jacka Wszoły oddalała się. Jeżeli wciąż była, to jedynie w teorii. – W 1984 roku prowadziłem rozmowy z sekretarzem generalnym Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej Johnem Holtem o tym, co by było, gdybym zechciał wystartować w Los Angeles pod flagą olimpijską – wspomina złoty medalista z Montrealu. – To można było załatwić jednym telefonem, ale zdawałem sobie sprawę z konsekwencji. Musiałem myśleć o rodzinie, i to nie tylko tej najbliższej – żonie i córce – ale o rodzicach, siostrze i dalszych krewnych. Pewnie dostałoby się wszystkim Wszołom, nawet tym niespokrewnionym. Ostatecznie zamiast do Los Angeles sportowcy z Polski udali się na organizowane w wielu socjalistycznych miastach – od Hawany po Ułan Bator – zawody przyjaźni, czyli demoludowy erzac igrzysk. Ich uczestnicy zostali potraktowani jak olimpijczycy – dostali odznaczenia i premie za medale. Męskie konkurencje lekkoatletyczne przeprowadzono w Moskwie. Myślałem o starcie w Los Angeles pod olimpijską flagą, ale bałem się zemsty władz PRL na mojej rodzinie – Zdecydowałem się wziąć udział w tych zawodach dla własnej motywacji, bo w tym czasie nie było żadnej innej imprezy – opowiada Wszoła. – Dziwny to był konkurs. Po rozgrzewce i próbnych skokach na stadion wprowadzono grupę ludzi w ponchach, Pigmejów czy Bóg wie kogo... jak z bajki o karłach, dosłownie. To było tak śmieszne, że ręce nam, najlepszym, opadły. No i tamci zaczęli skakać od metra trzydzieści (!), żeby pokazać, że „świat jest z nami”. Skakali godzinę, więc po tak długiej przerwie chcieliśmy oddać chociaż po jednym próbnym skoku. „Nie nada” – orzekli sędziowie. Tymczasem nad stadion nadeszła chmura, zaczęły walić pioruny i lunęło. Skaczący przede mną Rosjanin Walerij Siereda, mój najgroźniejszy konkurent (ostatecznie wygrał zawody na spółkę z Kubańczykiem Javierem Sotomayorem – b.k.), przewrócił się podczas kolejnego skoku i złamał rękę. Żeby nie ryzykować, udałem, że też się poślizgnąłem, i efektownie wjechałem pod zeskok. Napędziłem strachu żonie, bo od jednego z trenerów, który oglądał wszystko w czechosłowackiej telewizji, dowiedziała się przez telefon, że „jest źle, Jacek leży na bieżni i zaraz go wyniosą na noszach”. Udawałem do końca i wstałem dopiero w bramie stadionu. Popalaliśmy fajeczki z chłopakami z karetki. W 1977 roku student amerykańskiego college’u Benn Fields przyjechał do Los Angeles. Miał plan czteroletni – zakwalifikować się do olimpijskiej reprezentacji USA w skoku wzwyż. Poznał Muhammada Alego, który przez cztery miesiące opłacał jego rachunki i dawał 500 dolarów kieszonkowego. Benn miał tylko trenować. I trenował. Zdaniem narzeczonej, która go w końcu zostawiła, trenował aż za bardzo. W końcu regularnie skakał 7 stóp i 5 cali, czyli 2,21 m. O amerykańskim bojkocie radzieckich igrzysk dowiedział się podczas zawodów w Belgii. – Po czterech latach wyrwanych z życia – mówi z żalem. – Ale mój cel, czyli awans do reprezentacji olimpijskiej, pozostał aktualny. W kwalifikacjach do igrzysk, które mimo wszystko się odbyły, Fields skoczył 2,26 m. Awansował i czuł, że w zdobyciu medalu olimpijskiego mogłaby mu przeszkodzić tylko kontuzja albo kolega z drużyny Dwight Stones – brązowy medalista olimpijski z Monachium i Montrealu, później czwarty w Los Angeles (1984). Jednak amerykańscy skoczkowie mogli co najwyżej obejrzeć moskiewskie igrzyska w meksykańskiej telewizji. Fields nie oglądał. Z informacją, że złoty medal zdobył niespodziewanie Gerd Wessig z NRD, a srebro Jacek Wszoła, zadzwonił kolega z El Paso. – Osiągnąłem cel. Jestem olimpijczykiem, ale czuję się jak przybrane dziecko. Nie doświadczyłem igrzysk – podsumowuje dziś Amerykanin. Zamiast do Moskwy Fields poleciał wtedy do Filadelfii, by wygrać Liberty Bell Classic – czyli zawody przyjaźni w wersji amerykańskiej, zorganizowane w czasie radzieckich igrzysk z udziałem 29 reprezentacji narodowych. Choć zdarzały się tam wyniki lepsze niż u konkurencji, w skoku wzwyż do zwycięstwa wystarczyło 2,26 m, czyli 10 cm mniej, niż skoczył Wessig (jego 2,36 m to był wówczas nowy rekord świata), i 5 cm mniej niż Wszoła. Cztery lata później to Polak mógł oglądać olimpijskie zmagania w jednej z zachodnich telewizji, ale też nie oglądał. W dniu, w którym rozgrywano w Los Angeles olimpijski finał skoku wzwyż, Wszoła przechodził serię testów w Sopocie. We wszystkich znacząco pobił rekordy życiowe. – Z trzech kroków skoczyłem tyle samo ile zdobywca brązowego medalu w Los Angeles – mówi bez entuzjazmu. – Mój normalny rozbieg liczył dziewięć kroków.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL